Kurs Stoicyzmu LOGO

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #46 - O drodze ku Wnętrzu: dlaczego szukając szczęścia na zewnątrz zawsze wrócisz z pustymi rękami.

INTRO

Cześć! Wyobraź sobie taką sytuację: stoisz w gigantycznym centrum handlowym, z rękami pełnymi toreb. Właśnie wydałeś sporą sumkę na nowy smartfon, markowe ciuchy i te super buty, które wypatrzyłeś w reklamie. Czujesz ten krótki przypływ dopaminy? Ten moment "wow, mam to!"? A teraz szybkie pytanie - jak długo to uczucie potrwa? Tydzień? Dwa dni? A może już w drodze do domu zaczniesz myśleć o kolejnej rzeczy, którą "koniecznie musisz mieć"?

Dziś porozmawiamy o jednym z największych paradoksów naszego życia - dlaczego szukając szczęścia na zewnątrz, w rzeczach materialnych, statusie społecznym czy opinii innych ludzi, zawsze wracamy z pustymi rękami. I co ważniejsze - gdzie naprawdę warto szukać.

O MNIE i PODCAŚCIE

Nazywam się Andrzej Bernardyn. Jestem trenerem biznesu z nurtu evidence based, ekspertem od rozwijania nawyków i praktykującym stoikiem. A to mój podcast Od laika do stoika, w którym pokazuję, jak możesz żyć inaczej. Jak zamiast wypruć sobie żyły w pogoni za sukcesem, cieszyć się życiem tu i teraz, korzystając z mądrości stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.

GŁÓWNA CZĘŚĆ ODCINKA

Zacznijmy od pewnej metafory, która doskonale obrazuje to, o czym dziś mówimy. Wyobraź sobie, że budujesz dom. Piękny, solidny dom, w którym spędzisz resztę życia. Co jest absolutnie kluczowe dla takiej konstrukcji? Oczywiście - fundament! Bez solidnego fundamentu, głęboko osadzonego w ziemi, nawet najpiękniejszy dom z czasem się zawali.

I teraz wyobraź sobie, że ktoś próbuje zbudować fundament... na zewnątrz domu. Brzmi absurdalnie, prawda? A jednak dokładnie to robimy, gdy próbujemy zbudować nasze szczęście na zewnętrznych rzeczach - pieniądzach, statusie, opinii innych ludzi, czy nawet związkach.

Seneka, jeden z największych stoickich myślicieli, powiedział coś, co doskonale pasuje do naszego tematu: "To nie ubóstwo nas nęka, ale pragnienie bogactwa". Pomyśl o tym przez chwilę. To nie brak rzeczy materialnych sprawia, że czujemy się nieszczęśliwi, ale samo pragnienie posiadania ich więcej i więcej.

Znacie to uczucie? Osiągasz jeden cel finansowy, kupujesz wymarzony samochód czy gadżet, a już po tygodniu myślisz: "fajnie, ale gdybym miał jeszcze TO...". Apetyt rośnie w miarę jedzenia. I nagle okazuje się, że to, co miało dać ci szczęście, staje się źródłem kolejnych pragnień i frustracji.

Dlaczego tak się dzieje? Cóż, to kwestia naszej psychologii. Badania pokazują, że ludzie bardzo szybko adaptują się do nowych warunków materialnych. Nazywamy to "hedonistyczną adaptacją" - po prostu przyzwyczajamy się do lepszych warunków i przestajemy je doceniać. Ten nowy iPhone po miesiącu staje się po prostu... telefonem. Te markowe buty? Po kilku tygodniach to po prostu buty.

Ale jest coś jeszcze głębszego. Kiedy opieramy nasze poczucie wartości i szczęścia na rzeczach zewnętrznych, oddajemy kontrolę nad naszym życiem czynnikom, na które mamy ograniczony wpływ. A to prosta droga do frustracji.

Wyobraź sobie, że budujesz swoją wartość na liczbie followersów na Instagramie. Co się stanie, gdy algorytm się zmieni i nagle stracisz zasięgi? Albo gdy wybuchnie jakiś skandal (nawet fikcyjny) i ludzie zaczną cię masowo unfollowować? Twoje szczęście legnie w gruzach w ciągu kilku dni, a ty nie będziesz miał na to żadnego wpływu.

Epiktet, kolejny wielki stoik, ujął to doskonale: "Bogactwo nie polega na posiadaniu wielkich dóbr, lecz na posiadaniu niewielu pragnień". To zdanie zawiera w sobie ogromną mądrość. Prawdziwe bogactwo to nie to, co masz na koncie czy w garażu, ale to, jak niewiele potrzebujesz, by czuć się spełnionym.

Ale wróćmy do naszej metafory z fundamentem. Co jest tym prawdziwym fundamentem, na którym warto budować? To wszystko, co wypracujemy wewnątrz siebie - nasze wartości, przekonania, zasady, którymi chcemy się kierować w życiu, nasza wiara w siebie, szacunek do siebie, poczucie sprawstwa.

I wiecie co jest najlepsze w tym wewnętrznym fundamencie? Nikt nie jest w stanie nam go ukraść czy siłą odebrać. To całkowicie bezpieczny skarb, który zawsze będzie do nas należał. Możesz stracić pracę, dom, oszczędności życia - ale nikt nie odbierze ci twoich wartości, twojego charakteru, twojej wewnętrznej siły.

Marek Aureliusz, cesarz i filozof w jednej osobie, pisał w swoich "Rozmyślaniach": "Masz władzę nad swoim umysłem – nie nad wydarzeniami zewnętrznymi. Uświadom to sobie, a znajdziesz siłę." To właśnie ta wewnętrzna cytadela, o której mówili stoicy - miejsce w nas, które jest niezdobyte, bezpieczne, nasze własne.

Pomyślcie o tym jak o inwestycji. Dobrze przemyślany system wartości i życie zgodnie z nim to kapitał, który będzie procentował przez całe nasze życie, aż do jego zakończenia. To doskonała inwestycja. Wymaga trochę pracy na początku, a potem można od niej odcinać kupony w postaci wewnętrznego spokoju, odporności na życiowe zawirowania i autentycznego szczęścia.

A teraz porównajcie to z inwestowaniem w rzeczy zewnętrzne - nowy samochód traci na wartości w momencie wyjazdu z salonu, modne ubrania wychodzą z mody po sezonie, a najnowszy smartfon staje się przestarzały po roku. Która inwestycja wydaje się bardziej opłacalna w długim terminie?

Co więcej, mamy pełną kontrolę nad swoim wnętrzem. Jeśli tylko jesteśmy zmotywowani, możemy je opracować do perfekcji, jak pięknie zaaranżowane mieszkanie, w którym każdy element wyposażenia jest na swoim miejscu i stylistycznie pasuje do pozostałych. Możemy stworzyć wewnętrzną harmonię, która będzie nas cieszyć niezależnie od pogody za oknem, aktualnego notowania bitcoina czy tego, która partia jest u władzy.

A świat zewnętrzny? Cóż, jest nieprzewidywalny. Szybko się zmienia wraz z rozwojem technologii, nowymi modami, trendami, nowymi przepisami prawa, nowymi wzorcami kulturowymi, wojnami kulturowymi. Raz się do niego dostosujesz i myślisz, że wiesz jak się w nim odnaleźć. A za kilka lat czeka Cię rewolucja. Wywracanie wszystkiego do góry nogami – przystosowywanie się na nowo i tak w kółko.

Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Jeśli zależysz od innych ludzi finansowo albo od tego ilu masz followersów na Instagramie – to w ciągu kilku dni po wybuchu nawet fikcyjnego skandalu, możesz to wszystko stracić. Przez to cały czas się będziesz denerwował, że możesz stracić to, na czym Ci najbardziej zależy i nie masz na to większego wpływu.

Co więcej, będziesz zawierał śliskie kompromisy, nie będziesz mówił tego, co naprawdę myślisz, żeby nie podpaść swoim fanom. Będziesz mówił i robił to, co wydaje Ci się że wypada, że tego od ciebie oczekują, zamiast być wiernym sobie i swoim zasadom. A to prosta droga do życia w nieautentyczności i wewnętrznym konflikcie.

Seneka powiedział również: "Największym bogactwem jest umieć się zadowolić małym". To nie znaczy, że mamy rezygnować z ambicji czy dążenia do lepszego życia. Chodzi raczej o to, by nie uzależniać swojego szczęścia od rzeczy materialnych, które - jak już wiemy - nigdy nie dadzą nam trwałej satysfakcji.

Bo widzicie, apetyt na dobra materialne rośnie w miarę jedzenia. Zawsze nam będzie mało. Osiągniemy jeden cel finansowy, za chwilę to będzie nowy standard i będziemy potrzebowali czegoś jeszcze ambitniejszego, żeby czuć się spełnionym. Zmieni się nasz układ odniesienia, będziemy mieli nowych, bogatszych znajomych, dla których znów my będziemy "biednym krewnym" czyli najbiedniejszą osobą w towarzystwie, mimo że obiektywnie masz więcej pieniędzy na koncie.

Pragnienie bogactwa jest pragnieniem nienaturalnym, którego nie da się zaspokoić. Zawsze będziesz chciał więcej. W przeciwieństwie do pragnień naturalnych, takich jak jedzenie, sen, ciepło – tu odpowiednia ilość sprawia, że przestajemy chcieć więcej, jesteśmy nasyceni.

Jest jeszcze jedna kluczowa rzecz, o której warto pamiętać: Twoja rzeczywistość jest tym, co o niej myślisz. Żyjemy w świecie zewnętrznym, ale doznania, które z niego płyną są filtrowane przez nasz świat wewnętrzny. Nasze przekonania, myśli o świecie i nas samych, o innych ludziach decydują o tym, jak odbierzemy wydarzenia z zewnętrznego świata.

Będąc osobą marudną i roszczeniową możesz opływać w luksusy i dalej być niezadowolonym. Ucząc się cieszyć z małych rzeczy i praktykując wdzięczność, możesz mieć obiektywnie dużo mniej / dużo gorsze warunki, a w większym stopniu przełoży się to na Twoje poczucie szczęścia.

I na koniec tej części - od siebie nie uciekniesz. Jeśli masz bałagan w głowie, niskie poczucie własnej wartości, niczym go sobie nie kupisz. Luksusowe gadżety, młoda kochanka, prestiż społeczny – wszystko to będzie zatrute poczuciem marności, własnej mizerii i nie uzdrowi zepsutej duszy.

Jak powiedział Epiktet: "Niepokoją nas nie rzeczy, lecz nasze mniemania o rzeczach". To nie świat zewnętrzny determinuje nasze szczęście, ale to, jak go interpretujemy i jak na niego reagujemy. A to jest całkowicie w naszej mocy.

KĄCIK NAUKOWY

W dzisiejszym kąciku naukowym chciałbym opowiedzieć o fascynującym badaniu, które doskonale ilustruje temat naszego odcinka. Mowa o badaniu "Ciemna strona amerykańskiego snu", przeprowadzonym przez Tima Kassera i Richarda M. Ryana z Uniwersytetu w Rochester.

Naukowcy ci w latach 90. opublikowali dwie przełomowe prace, które rzuciły nowe światło na związek między naszymi aspiracjami życiowymi a dobrostanem psychicznym. Szczególnie interesujące jest badanie z 1996 roku, w którym wzięło udział 100 dorosłych osób w różnym wieku, od 18 do 79 lat, reprezentujących różne grupy społeczne i zawodowe.

Uczestnicy wypełniali kwestionariusz zwany "Indeksem Aspiracji", który mierzył, jak ważne są dla nich różne cele życiowe. Badacze podzielili te cele na dwie główne kategorie: wewnętrzne i zewnętrzne.

Cele wewnętrzne obejmowały rozwój osobisty, budowanie głębokich relacji, zaangażowanie w społeczność i samoakceptację. Natomiast cele zewnętrzne to sukces finansowy, atrakcyjny wygląd, uznanie społeczne i sława.

I wiecie, co odkryli? Osoby, które wysoko ceniły cele zewnętrzne, zwłaszcza sukces finansowy, wykazywały niższy poziom witalnośći i energii życiowej, mniej samoaktualizacji, więcej objawów depresji i lęku, a także więcej fizycznych symptomów stresu. Ogólnie rzecz biorąc - były mniej zadowolone z życia.

Z drugiej strony, osoby zorientowane na cele wewnętrzne cieszyły się lepszym zdrowiem psychicznym, większą witalnością i wyższym poziomem ogólnego zadowolenia z życia.

Co szczególnie istotne - ten efekt był niezależny od faktycznego poziomu dochodów i statusu materialnego badanych osób. Innymi słowy, nie chodziło o to, ile ktoś faktycznie posiadał, ale o to, jak bardzo cenił sobie dobra materialne i zewnętrzne oznaki sukcesu.

To badanie doskonale potwierdza to, o czym mówiliśmy wcześniej - że budowanie swojego szczęścia na zewnętrznych aspektach życia, takich jak pieniądze, status czy wygląd, jest drogą donikąd. To wewnętrzne wartości, relacje i rozwój osobisty są tym, co naprawdę przyczynia się do naszego dobrostanu.

Kasser i Ryan pokazali naukowo to, co stoicy intuicyjnie rozumieli już dwa tysiące lat temu - że prawdziwe szczęście nie wynika z tego, co posiadamy czy jak jesteśmy postrzegani przez innych, ale z tego, kim jesteśmy wewnętrznie i jakie wartości kultywujemy w swoim życiu.

Co ciekawe, badanie to sugeruje również praktyczne wskazówki, jak możemy poprawić jakość naszego życia: rewizja priorytetów życiowych, praktykowanie wdzięczności, ograniczanie porównań społecznych, inwestowanie w doświadczenia zamiast w rzeczy materialne oraz budowanie wspólnoty i zaangażowanie społeczne. Wszystko to są elementy budowania tego wewnętrznego fundamentu, o którym mówimy w dzisiejszym odcinku.

KĄCIK KSIĄŻKOWY

W dzisiejszym kąciku książkowym chciałbym polecić wam pozycję, która doskonale uzupełnia temat naszego odcinka. To "Przewodnik dobrego życia" Williama Irvine'a, współczesnego filozofa, który w przystępny sposób prezentuje stoickie zasady i pokazuje, jak zastosować je w codziennym życiu.

Irvine przekonuje, że sztuka szczęśliwego życia polega na świadomym zarządzaniu własnymi emocjami i opiniami, akceptacji przemijania i życiu w zgodzie z cnotami. Brzmi znajomo, prawda?

Oto trzy cytaty z tej książki, które szczególnie warto zapamiętać:

Pierwszy: "Sztuka życia bardziej przypomina zapasy niż taniec". To metafora zaczerpnięta od Marka Aureliusza, która podkreśla, że życie wymaga od nas wysiłku, a szczęście nie jest stanem stałym, lecz efektem świadomej pracy nad sobą i kontroli nad własnymi emocjami.

Drugi cytat: "To, co negatywne, jest w rzeczywistości jedynie subiektywną interpretacją rzeczywistości". Irvine przypomina nam, że nasze cierpienie wynika głównie z tego, jak interpretujemy wydarzenia, a nie z ich samej natury. To echo słów Epikteta, które przytaczałem wcześniej.

I trzeci: "Człowiek decyduje o swoim sposobie rozumowania i perspektywie". To podkreślenie, że mamy kontrolę nad własnymi osądami i opiniami, co jest centralnym elementem stoickiej praktyki i kluczem do wewnętrznego spokoju.

Książka Irvine'a jest pełna praktycznych wskazówek, jak wprowadzić stoickie zasady w życie - od ćwiczeń w "negatywnej wizualizacji" (wyobrażania sobie utraty tego, co cenimy), przez praktykowanie samokontroli, po rozwijanie cnót. To doskonały przewodnik dla każdego, kto chce budować swoje szczęście na solidnym, wewnętrznym fundamencie.

PODSUMOWANIE

Podsumowując dzisiejszy odcinek - szukanie szczęścia w rzeczach zewnętrznych, materialnych, w opinii innych ludzi czy w statusie społecznym to jak budowanie fundamentu na zewnątrz domu. Nie ma szans, żeby to zadziałało w długiej perspektywie.

Prawdziwe, trwałe szczęście budujemy wewnątrz siebie - poprzez rozwijanie naszych wartości, przekonań, zasad życiowych, wiary w siebie i poczucia sprawstwa. Ten wewnętrzny fundament jest nie tylko solidniejszy, ale też całkowicie bezpieczny - nikt nie może nam go odebrać.

Pamiętajmy, że świat zewnętrzny jest nieprzewidywalny i zmienny, a nasze pragnienia materialne są nienasycone - zawsze będziemy chcieć więcej. Natomiast to, co wypracujemy wewnątrz siebie, będzie procentować przez całe życie.

Jak pokazują badania naukowe, w tym to fascynujące badanie Kassera i Ryana, orientacja na cele zewnętrzne, takie jak sukces finansowy czy uznanie społeczne, wiąże się z niższym poziomem dobrostanu psychicznego. To właśnie cele wewnętrzne - rozwój osobisty, głębokie relacje, samoakceptacja - są tym, co naprawdę przyczynia się do naszego szczęścia.

Warto więc zainwestować czas i energię w rozwój wewnętrzny, w budowanie swojej "wewnętrznej cytadeli", jak nazywali to stoicy. To inwestycja, która nigdy nie straci na wartości i będzie źródłem prawdziwego, trwałego szczęścia.

OUTRO

Dziękuję Ci za wysłuchanie dzisiejszego odcinka podcastu "Od laika do stoika". Mam nadzieję, że te rozważania o drodze ku wnętrzu zainspirują Cię do refleksji nad własnym życiem i źródłami Twojego szczęścia.

Jeśli podobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczny za subskrypcję i podzielenie się nim ze znajomymi. A może znasz kogoś, kto właśnie teraz potrzebuje usłyszeć, że szczęście nie zależy od kolejnego zakupu czy liczby lajków na Instagramie? Prześlij mu ten odcinek - być może to będzie pierwszy krok na jego własnej drodze ku wnętrzu.

Do usłyszenia w kolejnym odcinku!

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #45 - O Autoreputacji: dlaczego tak ważne jest to, co o sobie myślimy

Intro

Wyobraź sobie, że rano patrzysz w lustro. Kogo w nim widzisz? Swojego najlepszego przyjaciela czy może najbardziej surowego krytyka?

Marek Aureliusz napisał w Medytacjach: „nie przestaje mnie zadziwiać: kochamy samych siebie bardziej niż innych ludzi, ale bardziej przejmujemy się ich opinią niż własną”. Co przychodzi Ci do głowy, gdy słyszysz słowo reputacja? Prawdopodobnie właśnie to, co inni ludzie myślą o Tobie. Tymczasem istnieje inna reputacja. Taka, która ma znacznie istotniejsze przełożenie na Twoje życie. To autoreputacja, czyli to jak siebie postrzegasz, co myślisz na swój temat, to czy sobie ufasz.

Nasze wewnętrzne przekonania potrafią dodać nam skrzydeł lub podciąć je u nasady. Epiktet mówił wprost: „Niepokoją nas nie rzeczy, lecz nasze mniemania o rzeczach”. Innymi słowy – to nie wydarzenia same w sobie decydują o naszych emocjach, ale sposób, w jaki je oceniamy. A przecież jednym z najważniejszych „wydarzeń” w naszej głowie jest właśnie ocena samego siebie.

Psychologia coraz częściej to potwierdza: wiara w siebie jest fundamentem motywacji i dobrego samopoczucia. Kanadyjski psycholog Albert Bandura – twórca teorii samoskuteczności – podkreślał, że przekonanie o własnej skuteczności to podstawa ludzkiej motywacji i osiągnięć. Osoby przekonane o własnej wartości chętniej podejmują wyzwania i wytrwale dążą do celów, bo wierzą, że ich wysiłki przyniosą efekt. Oczywiście wiara ta nie może być bezpodstawna. Nie wystarczy zakrzyknąć: „Jestem zwycięzcą”. Trzeba umieć każdego dnia dotrzymywać danego sobie słowa, odpierać pokusy, żyć w zgodzie ze swoimi wartościami. Mówić, to co się myśli. Robić, to co się mówi. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, zapraszam do wysłuchania nowego odcinka podcastu. Pierwszego po 4 latach przerwy w nagrywaniu. Obiecuję solennie, że na następny odcinek będziecie musieli zaczekać krócej.

O mnie i o podcaście

Nazywam się Andrzej Bernardyn. Jestem trenerem biznesu z nurtu evidence based, ekspertem od rozwijania nawyków i praktykującym stoikiem. A to mój podcast Od laika do stoika, w którym pokazuję, jak możesz żyć inaczej. Jak zamiast wypruwać sobie żyły w pogoni za sukcesem, cieszyć się życiem tu i teraz, korzystając z mądrości stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.

Dlaczego warto

Z jakiego powodu warto zająć się autoreputacją? Po pierwsze, aby przestać żyć w cieniu cudzych opinii i zacząć budować swoją wartość na solidnym, wewnętrznym fundamencie. Po drugie, żeby poczuć się ze sobą lepiej – autentycznie i bez warunków. Po trzecie wreszcie, by skuteczniej działać: człowiek, który sam sobie ufa, odważniej realizuje marzenia. Jak ujął to filozof i psychoterapeuta Nathaniel Branden: „Poczucie własnej wartości to reputacja, jaką cieszymy się we własnych oczach”.  

Gdy stracisz reputacje w pracy, zawsze możesz znaleźć inną firmę, która Cię zatrudni. Gdy skompromitujesz się przed znajomymi, w najgorszym wypadku możesz być zmuszonym, by poszukać sobie innych kumpli. Z każdej relacji z drugim człowiek możesz się wymiksować - choć tego nie polecam. Nigdy jednak nie uciekniesz przed sobą. Będziesz sobie towarzyszyć 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku. Masz w swojej głowie współlokatora, którego nie da się wykurzyć ani eksmitować. Może to być Twój najlepszy przyjaciel, który Cię wspiera, pociesza, pomaga przetrwać trudne chwile. A może to być zajadły wróg, który Cię kopie, nawet wtedy, gdy leżysz. Który wykorzystuje wszystkie Twoje kompleksy przeciwko Tobie. Wie, gdzie nacisnąć, żeby najbardziej bolało. W najgorszym możliwym scenariuszu jesteś dożywotnio skazany na kontakt z oprawcą, który pastwi się nad Tobą każdego dnia, torturując Cię. W dodatku wiesz, że nigdy się od niego nie uwolnisz. W najlepszym scenariuszu, wiesz że nie ważne co by się w Twoim życiu działo, zawsze masz kogoś na kogo możesz liczyć. To jest stawka w grze o właściwą autoreputację.

Wyjaśnijmy jeszcze jedną rzecz. Swojej reputacji w oczach innych ludzi nie budujesz na swoich planach i marzeniach (przyszłości), tylko na tym, co już realnie udało Ci się osiągnąć (przeszłość). Bardzo podobnie jest w przypadku autoreputacji. Jeśli spędzasz 1/3 dnia na pornhubie, obżerasz się na zmianę chipsami i słodyczami, pieniądze na życie dostajesz od rodziców, mimo że masz 30-tkę na karku, nie polecam poklepać się po plecach i stwierdzić: „Zuch chłopak. Jestem dumny z siebie. Oby tak dalej!” Na dobrą autoreputację trzeba zapracować. Podejmując dobre wybory dotyczące tego jak wykorzystujemy czas, pieniądze, tego co jemy itd. Chodzi o to, bym stał się człowiekiem, z którego mogę być dumny. A nie być dumnym z tego, jakim teraz jestem człowiekiem, jeśli dokonuję marnych wyborów.

Kiedy opinia innych ma znaczenie

Inne błędne odczytanie mojego przesłania mogłoby się sprowadzać do maksymy: „Miej wyrąbane (na to, co inni ludzie o Tobie myślą), a będzie Ci dane.” Do tego również nie zachęcam.

Mogłoby się wydawać, że najlepiej w ogóle nie przejmować się tym, co myślą inni – stoicy często przestrzegali, by nadmiernie nie szukać zewnętrznej aprobaty. „Jeśli chcesz być lepszy, ciesz się, gdy myślą, że jesteś głupi” – radził przewrotnie Epiktet, wskazując, że rozwój wymaga czasem pójścia pod prąd obiegowych opinii. Jednak w codziennym życiu zdanie innych ludzi o nas bywa ważne i nie ma co udawać, że jest inaczej. Jesteśmy istotami społecznymi – klasyczne badania Baumeistera i Leary’ego (1995) wykazały, że potrzeba przynależności jest podstawową i wszechobecną motywacją człowieka. Naturalnie zależy nam na dobrych relacjach z innymi. Pytanie brzmi: kiedy i dlaczego warto się postarać o dobre wrażenie?

Pomyśl o sytuacjach takich jak rozmowa o pracę albo pierwszy dzień w nowym zespole. Chcesz wtedy wypaść wiarygodnie i kompetentnie – i słusznie. Od tego, czy inni uznają nas za godnych zaufania, wiele zależy. Na przykład w pracy dobra reputacja może zaowocować ciekawym projektem lub awansem, a w biznesie – lojalnością klientów. Psychologowie podkreślają, że zaufanie buduje się poprzez spójność między słowami a czynami. Daniel Goleman (2006) zauważył, że zaufanie rodzi się dzięki drobnym, konsekwentnym działaniom – takim jak dotrzymywanie obietnic czy terminów. Jeśli mówisz, że coś zrobisz i faktycznie to robisz, ludzie zaczynają wierzyć, że można na tobie polegać. Prosty przykład: obiecałeś przyjacielowi pomóc w przeprowadzce – choćbyś był zmęczony, dotrzymujesz słowa. W efekcie przyjaciel wie, że następnym razem również go nie zawiedziesz.

Inny przykład z życia codziennego: relacje rodzinne i przyjacielskie. Tutaj liczą się drobne gesty i zainteresowanie. Gdy pamiętasz o urodzinach bliskiej osoby, gdy pytasz koleżankę, jak poszła jej ważna prezentacja – pokazujesz, że Ci zależy. Rzymski stoik Seneka zauważył, że „gdziekolwiek jest człowiek, tam istnieje okazja, by okazać mu dobroć. Dobre relacje opierają się właśnie na takiej życzliwości i wzajemności. Badania nad relacjami potwierdzają, że osoby, które aktywnie okazują innym troskę i wsparcie, tworzą trwalsze więzi. Ba, silne relacje wpływają też na nasze zdrowie i szczęście. Słynne badanie Harvarda, prowadzone przez kilkadziesiąt lat, wykazało, że jakość związków międzyludzkich lepiej prognozuje nasze zadowolenie z życia i zdrowie na starość niż jakikolwiek inny czynnik.

Zatem opinia innych ma znaczenie, gdy gramy o zaufanie, szacunek i więzi. Dobra reputacja w oczach ludzi ułatwia życie w społeczeństwie – sprawia, że inni chcą z nami współpracować, lubią nas, ufają nam. Ważne jednak, by zabiegając o to, co myślą o nas inni, nie zatracić siebie. Sztuką jest znaleźć równowagę: dbać o relacje i wizerunek tam, gdzie jest to wartościowe (np. przez uczciwość, lojalność, pomocność), ale nie uzależniać poczucia własnej wartości wyłącznie od cudzych opinii. Stoicy powiedzieliby: rób dobrze i postępuj szlachetnie, a dobra reputacja przyjdzie jako skutek uboczny – cnoty, a nie pustego PR-u.

Na co wpływa autoreputacja

Czy to, co o sobie myślę, naprawdę aż tak wpływa na moje życie? Zastanówmy się. Samopoczucie – to pierwszy obszar. Osoba, która ma o sobie dobre zdanie, zwykle czuje się lepiej sama ze sobą. Z kolei niska autoreputacja (np. przekonanie „jestem do niczego”) może odbijać się na nastroju, a nawet prowadzić do poważniejszych problemów. Badania psychologiczne prowadzone przez wiele lat wykazały, że niska samoocena jest silnym prognostykiem późniejszych zaburzeń lękowych i depresji. Innymi słowy, jeśli latami żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy niewiele warci, zwiększamy ryzyko, że z czasem pojawi się chroniczny stres, lęk czy przygnębienie. Psychologowie Orth i Robbins zauważyli, że osoby z wyższą samooceną są ogólnie szczęśliwsze i rzadziej popadają w depresję. Wyobraź sobie dwie osoby o poranku: jedna myśli z uśmiechem „Dam sobie radę”, druga z rezygnacją „Znów mi nie wyjdzie”. Nietrudno zgadnąć, która z nich wyjdzie z domu w lepszym humorze.

Skuteczność w osiąganiu celów – to kolejny obszar pod silnym wpływem autoreputacji. Jeśli w głębi duszy uważam się za kogoś zaradnego i kompetentnego, podejmę wyzwanie, bo zakładam że mi się powiedzie. Jeśli jednak mam siebie za nieogara, od razu odpuszczę („po co próbować, skoro i tak się tylko zbłaźnię”). Okazuje się, że to samospełniająca się przepowiednia. Psychologowie nazywają to efektem Galatei: kiedy wierzymy w swoje możliwości, realnie poprawia się nasze wykonanie zadania – wiara dodaje nam motywacji i wytrwałości. Eden i Ravid (1982) zaobserwowali, że studenci, którym podniesiono wiarę we własne umiejętności, osiągali lepsze wyniki. Innymi słowy, nasze przekonanie "potrafię!" często faktycznie sprawia, że potrafimy. Stoicy też intuicyjnie to wiedzieli. Marek Aureliusz pisał, że „dusza nabiera barwy myśli” – jeśli karmimy umysł negatywnym obrazem siebie, „farbujemy na czarno” nim swoją duszę i każde działanie. Natomiast jeśli naszą myślą przewodnią jest poczucie mocy i wartości, wtedy i duch, i czyny stają się jaśniejsze i silniejsze.

Relacje z innymi i sposób bycia – paradoksalnie, autoreputacja wpływa także na to, jak widzą nas inni ludzie. Osoba, która zna swoją wartość, zazwyczaj emanuje pewnością siebie i autentycznością. Nie chodzi o arogancję, ale o spokojną świadomość swoich zalet i ograniczeń. Taka osoba nie potrzebuje się przechwalać ani poniżać innych, by poczuć się lepiej – przez co bywa postrzegana jako bardziej wiarygodna i charyzmatyczna. Z kolei ktoś, kto ma o sobie fatalne mniemanie, częściej wysyła sygnały niepewności: unika kontaktu wzrokowego, mówi cicho albo agresywnie (próbując zakamuflować własne kompleksy), bo w głębi duszy oczekuje odrzucenia. W efekcie otoczenie może faktycznie mniej go doceniać – i błędne koło się zamyka.

Podsumujmy: autoreputacja wpływa na nasze emocje, decyzje i zachowania. Kształtuje, czy podejmiemy wyzwanie czy uciekniemy, czy uśmiechniemy się do siebie czy karcimy się w duchu. Gdy jest zdrowa – dodaje otuchy w trudnych chwilach (łatwiej sobie wtedy powiedzieć: „Trudno, następnym razem się uda”). Gdy jest niska – podkłada nam nogę zanim w ogóle ruszymy z miejsca. Dlatego budowanie pozytywnego, realistycznego obrazu siebie to inwestycja, która zwraca się każdego dnia, zarówno w naszym wnętrzu, jak i na zewnątrz.


6 sposobów na zwiększanie autoreputacji

Skoro już wiemy, jak ważne jest to, co myślimy o sobie, pojawia się pytanie: jak poprawić swoją autoreputację? Oto pięć praktycznych sposobów – małych kroków, które pomagają budować większe zaufanie do samego siebie. To metody proste, ale potwierdzone zarówno przez mądrość starożytnych stoików, jak i współczesne badania psychologiczne.

  1. Wyrzuć śmieci. Śmieciowe jedzenie często jest pyszne i „tu i teraz” dostarcza nam dużo przyjemności. Ale już po godzinie zaczyna nas po nim boleć brzuch, a w dłuższej perspektywie tyjemy i przez tłuszcze trans osłabiamy swoje ciało. Podobnie jest ze śmieciowymi wartościami. Jedną z nich jest przyjemność za wszelką cenę. Oglądanie pornografii może dać Ci przyjemność, namiastkę intymności czy orgazm. Odbywa się to jednak za bardzo wysoką cenę. Kaleczy Twój mózg, wypacza postrzeganie płci przeciwnej, wykoleja Twoje przekonanie o tym, jak powinien wyglądać seks, zmniejsza satysfakcję z bycia sam na sam z Twoim partnerem, który nie wygląda tak ponętnie, jak osoby z filmu dla dorosłych. Nie inaczej jest z zarywaniem nocy, bo musimy dokończyć sezon ulubionego serialu albo wbić Golda w Lolu, a już jesteśmy tak blisko. Perspektywa doświadczenia przyjemności odbiera nam rozum i skłania do podejmowania irracjonalnych, szkodliwych decyzji. Uzależnienia nas zniewalają i przejmują kontrolę nad naszym życiem. A wtedy myślimy o sobie, że jesteśmy słabi, że nie potrafimy się powstrzymać, że musimy. Zachęcam jednak, by zamiast ulegać pokusom, z góry zakładając że walka jest przegrana i nie ma już dla mnie nadziei, stanąć do walki z podniesionym czołem. Celebrować każdy pojedynczy sukces, kiedy odparliśmy pokusę. Każdy dzień abstynencji od uzależniającego zachowania. Im więcej ich będziesz mieć na koncie, tym łatwiej będzie Ci uwierzyć, że jeszcze nie wszystko stracone. Że jak bardzo chcę, to potrafię. Jak kiedyś kiedyś bardzo kiedyś powiedział Henry Ford: „Jeśli myślisz, że potrafisz, albo że nie potrafisz – w obu przypadkach masz rację.” Tak działa samospełniająca się przepowiednia. Przeciągnij ją na swoją stronę.  
  2. Dotrzymuj danych sobie obietnic. Nasza wiara w siebie rośnie, gdy widzimy, że możemy na sobie polegać. Jeśli przyrzekasz sobie, że coś zrobisz – np. pójdziesz pobiegać wieczorem albo skończysz projekt przed deadlinem – zrób to. Każde takie spełnione przyrzeczenie to sygnał dla twojego mózgu: mogę sobie ufać. Gdy notorycznie składamy sobie obietnice bez pokrycia, nasz umysł uczy się, że nasze słowa znaczą niewiele – nawet jeśli nikt inny się o tym nie dowie. Epiktet radził, by filozofię (a można tu podstawić: zasady, wartości) przede wszystkim wcielać w życie, a nie tylko o niej mówić. „Nie tłumacz swojej filozofii – pokaż ją w czynach”, głosi jedna z przypisywanych mu maksym. Dlatego ustalaj ze sobą takie zobowiązania, które są realistyczne, a potem sumiennie się z nich wywiązuj. Zacznij od małych rzeczy. Jeśli postanowiłeś codziennie rano ścielić łóżko albo uczyć się 15 minut słówek, dotrzymaj tego słowa wobec samego siebie. Z czasem zauważysz, że urasta z tego potężny nawyk wewnętrznej spójności, a wraz z nim – szacunek do samego siebie. Najlepiej zacznij od minimalnej wersji tych postanowień. Tak małych, że przelecą niepostrzeżenie pod radarem prokrastynacji czy oporu. Będą tak proste, że nie sposób ich nie wykonać. 1 słówko, 1 przeczytana strona, 1 pompka, 1 łyk wody. A jak to zacznie Ci już wychodzić, stopniowo podnoś poprzeczkę.
  3. Świętuj małe sukcesy. Nie tylko wielkie życiowe osiągnięcia budują naszą pewność siebie. Właściwie to bardziej budują ją drobne zwycięstwa dnia codziennego – byle dostrzeżone i docenione. Zamiast bagatelizować znaczenie własnych drobnych osiągnięć („phi, udało mi się wstać wcześniej, co za wyczyn…”), naucz się czerpać z nich radość. Psychologowie mówią wprost: celebrowanie małych wygranych poprawia nastrój i wzmacnia wiarę we własne możliwości. Teresa Amabile (2011) nazwała to „zasadą małych wygranych” – małe kroki naprzód tworzą poczucie postępu, które napędza do dalszego działania.

Pamiętasz przypowieść o zającu i żółwiu? Żółw wygrał wyścig, bo posuwał się naprzód systematycznie, krok po kroku i nie zrażał tym że zając biegnie od niego dużo szybciej. Każda drobna rzecz, którą uda ci się dzisiaj zrobić (np. wyjść na krótki spacer zamiast siedzieć bez ruchu, albo odpisać na odkładanego maila) jest powodem do małej celebracji. Uśmiechnij się do siebie, poklep się po plecach, pochwal w myślach: „Brawo, zrobiłem to”. Może Ci się na początku wydawać to głupie, ale tego typu zachowania realnie wzmacniają Twoją motywację. Badania pokazują, że uznanie swoich małych osiągnięć podnosi motywację i pomaga wytrwać przy długofalowych celach. Stoicy cenili umiar i codzienną konsekwencję – można powiedzieć, że to filozofia wielu małych kroków ku wielkiej cnocie. Każdy dzień jest cegiełką. Ciesz się z każdej położonej cegiełki, a nim się obejrzysz, zbudujesz solidny mur szacunku do siebie.

  1. Prowadź refleksyjny dziennik (wdzięczności i rozwoju). Jednym z ulubionych ćwiczeń stoików była wieczorna medytacja nad dniem, którą praktykował m.in. Seneka. Zalecał on, by każdego wieczoru zadać sobie pytania: Co dzisiaj zrobiłem dobrze? Co zrobiłem źle? Czego się nauczyłem? Taka spokojna chwila z własnymi myślami pozwala budować samoświadomość i – co ważne – dostrzec swoje postępy. Współcześnie formą takiej praktyki jest prowadzenie dziennika. Możesz w nim zapisywać swoje myśli, przeżycia, sukcesy i potknięcia. Już samo przelanie myśli na papier (lub ekran) porządkuje emocje. Psycholog James Pennebaker wykazał, że regularne wypisywanie trudnych uczuć przynosi ulgę i poprawia zdrowie. Z kolei badania Emmonsa i McCullough (2003) pokazały, że zapisywanie rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni, podnosi poziom odczuwanego szczęścia i nawet poprawia zdrowie fizyczne. W swoim eksperymencie poprosili oni ludzi, by co tydzień notowali kilka rzeczy, które poszły dobrze lub za które są wdzięczni – po 10 tygodniach ci „wdzięczni” uczestnicy byli bardziej zadowoleni z życia i rzadziej dopadały ich objawy chorób, w porównaniu z grupą kontrolną. Dziennik wdzięczności to prosty sposób, by przekonać samego siebie, że w naszym życiu dzieje się sporo dobrego – nawet jeśli to drobnostki. Dzięki temu łatwiej myśleć o sobie przychylniej. Możesz też w dzienniku zapisywać swoje małe sukcesy z punktu 2 – to dodatkowo je utrwali. A jeśli jakiś dzień był trudny, stoicka refleksja pomoże wyciągnąć wnioski zamiast się biczować. Marek Aureliusz przez lata spisywał swoje Rozmyślania i do dziś inspirują one ludzi na całym świecie – kto wie, może własne notatki staną się twoim poradnikiem budowania siebie?
  2. Traktuj siebie jak przyjaciela – z życzliwością i wyrozumiałością. Być może brzmi to dziwnie, ale wiele osób jest dla siebie samych o wiele bardziej okrutnych niż dla obcych ludzi. Gdy bliska osoba popełni błąd, prawdopodobnie powiesz: „Nic się nie stało, każdy się myli, spróbuj jeszcze raz”. A co mówisz sobie, gdy coś zawalisz? Często pojawiają się wtedy epitety w stylu: „ale jestem idiotą, nigdy mi nic nie wychodzi”. Taki wewnętrzny krytyk potrafi zatruć każde osiągnięcie – nawet jak zrobisz coś dobrze, szepnie: „ale przyfarciłeś” albo „udało ci się, tylko dlatego, że to było łatwe, nie podniecaj się”. Dlatego kluczowe jest wyrobić w sobie postawę samowspółczucia, czyli życzliwości wobec samego siebie. To nie oznacza pobłażania wszystkim swoim wadom, lecz raczej traktowanie siebie z równą empatią, jaką obdarzyłbyś przyjaciela. Współczesna psychologia pokazuje, że samowspółczucie sprzyja zdrowiu psychicznemu. Kristin Neff (2003) dowiodła, że osoby praktykujące samowspółczucie (czyli potrafiące sobie wybaczać potknięcia i rozmawiać ze sobą wspierająco) mają niższy poziom lęku i depresji, a wyższe poczucie szczęścia. Dzieje się tak, bo zamiast dołować się porażką, takie osoby uczą się na błędach i idą dalej. Jak wprowadzić to w życie? Obserwuj swój dialog wewnętrzny. Gdy przyłapiesz się na myśli „ale jestem beznadziejny”, zatrzymaj się i zapytaj: Czy powiedziałbym to najlepszemu przyjacielowi w takiej sytuacji? Jeśli nie – zmień komunikat. Możesz powiedzieć sobie: „Nie poszło najlepiej, to prawda. Ale mam prawo popełnić błąd – następnym razem spróbuję inaczej”. Taka zmiana tonu czyni cuda dla autoreputacji.

Stoicy cenili równowagę emocjonalną – nie użalali się nad sobą, ale i nie chłostali się bez końca. Seneka pisał, że mędrzec jest surowy wobec siebie, łagodny dla innych – lecz zdrowa surowość nie oznacza samoponiżania, tylko wymaganie od siebie tego, co naprawdę ważne. Bądź swoim sprzymierzeńcem, a nie wrogiem.

  1. Żyj w zgodzie ze swoimi wartościami. Ostatnia wskazówka to integralność, czyli zgodność swoich czynów z wyznawanymi wartościami. Autoreputacja cierpi, gdy robimy rzeczy, z których w głębi duszy nie jesteśmy dumni. Jeśli ważna jest dla ciebie uczciwość, a zdarza ci się oszukiwać – choćby w drobiazgach – twój wewnętrzny głos zauważy: „Zachowałeś się podle”. Jeśli cenisz rodzinę, a ciągle nie masz dla niej czasu, trudno ci będzie myśleć o sobie jak o „dobrym ojcu/matce” czy „dobrym synu/córce”. Z kolei kiedy postępujesz w zgodzie z własnym kodeksem moralnym, rośnie twój szacunek do siebie. Muzoniusz Rufus – znany stoik i nauczyciel Epikteta – kładł nacisk na to, że filozofia to praktyka życia. Twierdził, że to czyny świadczą o naszym charakterze i tylko poprzez codzienne działania według zasad stajemy się lepszymi ludźmi. Zastanów się więc, jakie cechy uważasz w życiu za najważniejsze. Odwaga? Uczciwość? Współczucie? Ćwicz je na co dzień w małych sytuacjach. Chcesz myśleć o sobie „jestem osobą dobrą i życzliwą” – rób dobro na miarę swoich możliwości, czy to poprzez wolontariat, czy drobne przysługi dla bliskich. Pragniesz widzieć w sobie osobę odważną – podejmij wyzwanie, którego się obawiasz, rozszerz swoją strefę komfortu. Każdy taki akt zgodny z twoimi wartościami wzmocni twoją autoreputację, bo sam(a) przed sobą udowodnisz, że naprawdę jesteś tym, kim chcesz być. Jak powiedział Marek Aureliusz: „Człowiek jest tyle wart, ile warte są sprawy, którymi się zajmuje”. Jeśli zajmujesz się sprawami ważnymi dla swojego serca, sam w swoich oczach będziesz wart coraz więcej.

Kąciki tematyczne

Podczas tego odcinka zacytowałem wyniki kilkunastu badań naukowych. Mieliśmy więc nie tylko kącik naukowy, ale cały psychologiczny magazyn. Jestem Wam jednak winien jeszcze rekomendację dobrej książki. W temacie autoreputacji gorąco polecam dzieło Nathaniela Brandena: 6 filarów poczucia własnej wartości. Oto kilka merytorycznych perełek.

„Ze wszystkich sądów, które formułujemy w życiu, żaden nie jest tak ważny jak sąd o sobie samym”.

1. Życie świadome

„Świadomość jest pierwszym krokiem ku zmianie i wzrostowi.”

Branden podkreśla, że budowanie poczucia własnej wartości zaczyna się od uważności – obserwowania siebie, swoich działań, emocji i wyborów bez zaprzeczania rzeczywistości.

🔶 2. Akceptacja siebie

„Poczucie własnej wartości nie wymaga, byśmy wierzyli, że jesteśmy doskonali. Wymaga, byśmy byli przyjaciółmi dla samych siebie.”

Akceptacja siebie oznacza gotowość do uznania wszystkich aspektów swojej osoby – także błędów i słabości – jako części swojego istnienia, bez uciekania w iluzje czy samooskarżenia.

🔶 3. Odpowiedzialność za siebie

„Nikt nie przyjdzie, by uratować twoje życie. To twoje zadanie.”

Osoby z wysokim poczuciem własnej wartości biorą odpowiedzialność za swoje wybory, działania i emocje, nie zrzucając winy na innych ani na okoliczności.

🔶 4. Asertywność (czyli życie w zgodzie ze sobą)

„Szacunek dla siebie oznacza, że mam prawo istnieć, myśleć, czuć i dążyć do własnych celów.”

Chodzi o odwagę, by być sobą – mówić, co się naprawdę myśli i czuje, bez podporządkowywania się oczekiwaniom innych.

🔶 5. Życie celowe (Życie z intencją)

„Jeśli nie kieruję swoim życiem, jestem tylko jego pasażerem.”

Branden zachęca do działania z jasnym zamiarem, dążenia do celów i poczucia, że nasze działania mają sens i kierunek.

🔶 6. Integralność osobista

„Kiedy nasze wartości i działania są ze sobą spójne – rośniemy.”

Integralność to życie w zgodzie z własnym systemem wartości. Jeśli nasze działania przeczą temu, w co wierzymy, poczucie własnej wartości ulega erozji.

Zakończenie

Na koniec warto podkreślić: budowanie dobrej autoreputacji to proces, nie jednorazowe działanie. To trochę jak kształtowanie przyjaźni z samym sobą. Wymaga czasu, konsekwencji i życzliwości. Stoicy przez lata praktykowali swoje zasady, dzień po dniu, wierząc, że charakter formuje się małymi krokami. Nowoczesna psychologia potwierdza ich intuicje – małe zmiany w sposobie myślenia i działania potrafią z czasem przynieść wielkie efekty. Pomyśl o tych wszystkich sposobach nie jak o obowiązkach, ale inwestycjach w siebie. Lepiej się czujemy, gdy wiemy, kim jesteśmy i lubimy tę osobę, którą widzimy w lustrze.

Na drodze od laika do stoika autoreputacja odgrywa kluczową rolę – to nasz wewnętrzny kompas i napęd. Kiedy następnym razem złapiesz się na tym, że sam siebie oceniasz, spróbuj skierować uwagę na to, co i jak mówisz do siebie. Masz wpływ na tę narrację. Możesz pisać własną historię w głowie – historię osoby, która zna swoją wartość, uczy się na błędach i stara się czynić dobrze. A im bardziej w tę historię uwierzysz, tym bardziej stanie się ona rzeczywistością. W końcu, jak powiedział Seneka, „większość rzeczy wielkich na początku wydaje się niewielka”. Twoja autoreputacja może z małego ziarenka stać się potężnym dębem – drzewem, pod którym znajdziesz schronienie przed burzami cudzych opinii i własnych wątpliwości. Warto je pielęgnować każdego dnia.

Rozwijajmy więc sztukę bycia swoim najlepszym sojusznikiem. Bo gdy stajemy się przyjaciółmi dla samych siebie, cały świat jakoś jaśnieje – a my razem z nim.

 Czego z całego serca Ci życzę. Mówił Andrzej Bernardyn.

Głównym tematem odcinka jest poszukiwanie zdrowej alternatywy do noworocznych postanowień. 

Któż z nas nie obiecywał sobie, że w nowym roku jego życie się zmieni i to na wielu płaszczyznach? A jednocześnie czuł, już w momencie spisywania tych postanowień, że jak co roku, prawdopodobnie nic z tego nie wypali?

Nowy rok daje nam szansę na zmianę. Jednocześnie doświadczenie uczy nas, że rzadko z tej szansy korzystamy. Dzisiaj chcę Ci pokazać, jako możesz to zmienić. Jak lepiej zainwestować noworoczny optymizm i energię.

Najpierw porozmawiamy o tym, dlaczego noworoczne postanowienia się nie sprawdzają. Potem pokażę Ci dla nich lepszą, stoicką alternatywę. Przedstawię Ci jak wyznaczać swoje cele w oparciu o wartości, posiadane zasoby, a także by były zależne od Ciebie i gwarantowały długofalowy efekt. Poznasz też koncepcje epickich zwycięstw.

W kąciku książkowym wyławiam merytoryczne perełki z książki 12 tygodniowy rok  Briana Morana, Michaela Lenningtona. Pokazuje jak, przy pomocy strategii opisanej w tej książce, zrobić w pierwszym kwartale nowego roku więcej, niż przez cały poprzedni rok.

W kąciku naukowym przedstawiam czym jest poczucie własnej sprawczości, badane przez Alberta Bandurę oraz jak możesz je zwiększyć, by nie porzucać pracy nad swoimi celami, po napotkaniu pierwszych trudności.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #44 - O alternatywie do noworocznych postanowień

Nowy rok to doskonały pretekst do refleksji nad własnym życiem i stworzenia świadomych planów, jak nim pokierować. Niestety, noworoczne postanowienia stały się synonimem dobrych chęci, z których nic nie wychodzi.

Chcesz wiedzieć, jak lepiej spożytkować noworoczny optymizm i energię? Jeśli tak, to zapraszam do słuchania!

 

INTRO

Nazywam się Andrzej Bernardyn. Jestem trenerem biznesu z nurtu evidence based, ekspertem od rozwijania nawyków i praktykującym stoikiem. A to mój podcast Od laika do stoika, w którym pokazuję, jak możesz żyć inaczej. Jak zamiast wypruwać sobie żyły w pogoni za sukcesem, cieszyć się życiem tu i teraz, korzystając z mądrości stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.

WSTĘPNIAK

Któż z nas nie obiecywał sobie, że w nowym roku jego życie się zmieni i to na wielu płaszczyznach? A jednocześnie czuł, już w momencie spisywania tych postanowień, że jak co roku, prawdopodobnie nic z tego nie wypali?

Nowy rok daje nam szansę na zmianę. Jednocześnie doświadczenie uczy nas, że rzadko z tej szansy korzystamy. Dzisiaj chcę Ci pokazać, jako możesz to zmienić. Jak lepiej zainwestować noworoczny optymizm i energię.

Najpierw porozmawiamy o tym, dlaczego noworoczne postanowienia się nie sprawdzają. Potem pokażę Ci dla nich lepszą, stoicką alternatywę. Przedstawię Ci jak wyznaczać swoje cele w oparciu o wartości, posiadane zasoby, a także by były zależne od Ciebie i gwarantowały długofalowy efekt. Poznasz też koncepcje epickich zwycięstw.

W kąciku książkowym wyłowię dla Ciebie merytoryczne perełki z książki 12 tygodniowy rok, a w kąciku naukowym zajmiemy się poczuciem własnej sprawczości.

Rozkład jazdy podany, zatem zaczynamy!


DLACZEGO NOWOROCZNE POSTANOWIENIA NIE DZIAŁAJĄ?

Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego większość noworocznych postanowień nigdy nie dochodzi do skutku? Odpowiada za to kilka głównych przyczyn. Zrozumienie ich, pozwoli Ci zapobiec powtarzaniu w kółko tych samych błędów. Noworoczne postanowienia nie działają ze względu na: złe wcześniejsze doświadczenia, brak warunków zwycięstwa, stawianie celów, które wypada mieć, a nie takich, które wynikają z realnej potrzeby. Przeanalizujmy bardziej szczegółowo każdą z tych przyczyn.

Złe wcześniejsze doświadczenia. Wyobraź sobie, że Twój partner albo przyjaciel, coś Ci obiecuje. Np. że następnym razem nie będzie udzielać Ci żadnych rad, tylko milcząco wysłucha tego, co masz do powiedzenia. A następnie tego nie robi. Potem się kaja, mówi, że to był ostatni raz i kolejnym razem już na pewno poprawi swoje zachowanie. Ale tak się oczywiście nie dzieje. Z każdym kolejnym razem, gdy obietnica została złożona, a potem niedotrzymana, coraz mniej wierzysz słowom bliskiej Ci osoby. Z coraz większą pewnością zakładasz, że nie masz do liczyć na to, co deklaruje partner czy przyjaciel.

Bardzo podobnie jest w przypadku obietnic, które składamy sami sobie. Jeśli przez 5 lat z rzędu obiecuję sobie, że z początkiem roku będę więcej ćwiczyć, schudnę czy rzucę palenie i nic z tego nie wychodzi, jaka jest szansa, że za szóstym razem będzie inaczej? Delikatnie mówiąc niewielka. Brak wiary w powodzenie przedsięwzięcia przekreśla jego skuteczność już na samym początku. Jeśli z góry wiesz, że czegoś nie zrobisz, po co w ogóle się starać? Szkoda czasu i energii.

Brak warunków zwycięstwa. Warunek zwycięstwa (po angielsku win condition) precyzyjnie określa, kiedy możemy czuć się dumni z siebie, bo osiągnęliśmy to, na czym nam zależało. To jasne kryterium dodaje nam skrzydeł. Motywuje do działania. Pozwala śledzić postępy i z zadowoleniem oglądać, jak się zbliżamy do upragnionego celu. Tymczasem wiele z noworocznych postanowień w ogóle nie określa tego warunku zwycięstwa. Weźmy np. taki cel jak: schudnąć. Ile kilogramów? W jakim czasie? Czy ważna jest sama waga czy też wygląd? Innymi słowy, czy zgubienie 1 kg z mięśni będzie osiągnięciem celu? A może chodzi o pozbycie się 1 kg tkanki tłuszczonej? Po czym poznam, że cel jest już osiągnięty i mogę otrąbić zwycięstwo? Bez jasnej odpowiedzi na to pytanie trudno jest oczekiwać entuzjazmu w dążeniu do realizacji celu.

Cel, który wypada mieć. Czasem stawiamy cel, który w mniejszym stopniu wynika z naszych własnych potrzeb, a w większym z panującej obecnie mody. Wszyscy nasi znajomi biegają i chwalą się w mediach społecznościowych tym ile przebiegli i w jakim czasie. Nabieramy więc przekonania, że i my powinniśmy biegać i dopisujemy taki cel do naszej listy. Ale jakoś nie możemy się za to zabrać. Zamiast z radością i entuzjazmem przystępować do pracy nad tym celem, już na starcie czujemy zniechęcenie. To jest coś, co trzeba zrobić, tak wypada. Zamiast inspirującego celu mamy kolejny przykry obowiązek do wykonania. Z takim nastawieniem z pewnością nie osiągniemy żadnych dobrych rezultatów. Poddamy się po napotkaniu pierwszych trudności albo nawet nie podejmiemy pierwszej próby.


CELE PO STOICKU

Brian Tracy, autor 12 książek i międzynarodowy trener, ma powiedzenie, że największą stratą czasu jest mistrzowskie wykonanie zadania, którego wcale nie warto robić. Myślę, że starożytni stoicy kiwnęliby głową z aprobatą, słysząc te słowa.

Są rzeczy godne wyboru, którymi warto się zajmować, nawet jeśli praca nad nimi jest wymagająca, nieprzyjemna czy wręcz bolesna. Są też inne rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się atrakcyjne, błyszczą i kuszą nas swoim wdziękiem, jednak są pozbawione wartości. Pogoń za nimi sprowadzi nas na manowce i unieszczęśliwi.

Stoicy pomagają nam w dokonywaniu dobrych wyborów. Podpowiadają, co jest godne naszej uwagi, a co wręcz przeciwnie. Jakie cechy powinny zatem spełniać właściwe cele? Powinny być: spójne z wartościami, powiązane z zasobami, zależne od nas i długofalowe. Każdą z tych cech wyjaśnię za chwile bardziej szczegółowo, podając przykłady celów, które je posiadają oraz tych, które są ich pozbawione.

Cele spójne z wartościami

Dla stoików wartością była cnota i dążenie do niej. To jedyna pewna inwestycja, której nikt nie jest nam w stanie odebrać – ani bezwzględny los, ani inni ludzie.

„Tylko to, co pewne i trwałe, jest twoją własnością: dobra wola, szlachetność i prawość. Kto więc zdoła tych dóbr cię pozbawić?”

Epiktet, Diatryby, I.25

W XXI wieku dostępnych wartości jest znacznie więcej i każdy potrzebuje samodzielnie zdecydować, które z nich pomogą mu być szczęśliwym człowiekiem.

Każdy cel, do realizacji którego dążymy, powinien służyć jednej z naszych najważniejszej wartości. Nie czemuś, co aktualnie jest modne. Nie sprawie, która odgrywa w naszym życiu pewną rolę. To wszystko gra niewarta świeczki. Stoicy doradzają nam, by ukierunkować swoją uwagę tylko ku rzeczom, które wnoszą do naszego życia jednoznacznie pozytywną i ogromną wartość. A skąd mam wiedzieć, które to rzeczy, moglbys spytac. Najlepszą wskazówką będą twoje wcześniejsze doświadczenia.

Załóżmy, że rozważasz zakup nowego modelu iphone’a albo macbooka pro. Wiadomo, że taki nowiutki sprzęcior z jabłuszkiem robi wrażenie na zorientowanych w temacie. Masz szanse błysnąć w towarzystwie. Może zaimponujesz w ten sposób koledze lub koleżance, na której chcesz zrobić wrażenie. Odwołajmy się jednak do Twoich poprzednich doświadczeń. Ile razy podobny zakup realnie coś zmienił w Twoim życiu? Czy po miesiącu od zakupu Ty lub ktoś z Twojego otoczenia zwracał uwagę na to jaki wspaniały masz sprzęt? Prawdopodobnie nie.

Dlatego branie nadgodzin, zaciąganie kredytu, by móc go kupić, nie jest dobrym pomysłem. To przykład celu niespójnego z kluczowymi wartościami.

Rozważmy teraz cel w postaci codziennego rozciągania się. Nie brzmi on tak atrakcyjnie jak szeleszczący świeżością smartfon. Wręcz przeciwnie – już sama myśl o nim może być bolesna, a co dopiero sama aktywność. Kto o zdrowych zmysłach mógłby wybrać taki cel? Wróćmy jednak do naszego kryterium oceny słuszności celów. Jakie są moje wcześniejsze doświadczenia związane z rozciąganiem? Jaki miało ono wpływ na moje życie? Cóż, choć w trakcie rozciągania czułem się fatalnie, to tuż po jego zakończeniu znacznie lepiej. Mniej mnie bolały plecy, mogłem chodzić bardziej sprężystym krokiem. Każdy ruch, które wykonywało moje ciało był łatwiejszy i przyjemniejszy. Mam też więcej energii do działania, gdy moje działo jest sprawne i rozluźnione a nie wewnętrznie pospinane.

Rozciąganie jest więc znacznie bardziej spójnym celem niż zakup nowego iphone’a.

Cele powiązane z zasobami

„Musisz się zastanowić, do czego bardziej nadaje się twoja natura: do działalności publicznej na forum czy do pracy naukowej i do teoretycznych rozważań w zaciszu domowym, i do czego winieneś dążyć, do czego cię wiedzie wrodzona siła uzdolnień. Isokrates siłą wyprowadził z sądu Efora, ponieważ doszedł do wniosku, że więcej on przyniesie pożytku, pisząc dzieła historyczne.

(Seneka, O pokoju ducha, VII.2)

Każdy z nas posiada wiele cennych zasobów. Mogą nimi być wrodzone talenty, wytrenowane umiejętności, praktyczne doświadczenie, zasoby materialne, kontakty biznesowe czy oddani przyjaciele.

Dobre cele to takie, które umiejętnie te zasoby wykorzystują. Zamiast próbować robić coś do czego nie mamy talentu, zamiast startować od zera w zupełnie obcej domenie, znacznie lepiej jest bazować na tym, co już umiemy. Rozważmy tę zdroworozsądkową zasadę na praktycznych przykładach.

Załóżmy, że chcę zadbać o swoje zdrowie i zacząć regularnie ćwiczyć. Lub chociaż się ruszać, bo siedząca praca zabija mnie powoli, ale skutecznie. Mogę oczywiście kupić karnet na siłownię. Doświadczenie jednak pokazuje, że samodzielne treningi to nie jest coś, w czym się odnajduje. Motywacji starcza mi na 2-3 odwiedziny w klubie, a potem sportowa torba z ciuchami na zmianę zbiera tylko kurz.

Jak mogę skorzystać ze swoich zasobów, by skuteczniej zadbać o swoje zdrowie? Przyjmijmy, że jestem towarzyski i dzięki temu mam sporo dobrych kumpli. Znajomości są moim kapitałem. Pora zatem umiejętnie z nich skorzystać. Znajduje wśród swoich licznych kolegów takiego, który również chce zadać o swoją tężyznę fizyczną, a w dodatku mieszka w mojej okolicy i pasuje mu ta sama siłownia. Choć samemu nie chce mi się ćwiczyć, to już okazją do spotkania ze znajomym i pogadania nie pogardzę. W ten sposób znajduje właściwą dla mnie motywację do pojawiania się w na siłowni i regularnych ćwiczeń.

Może moim zasobem jest doskonała znajomość miasta, w którym żyję. Jego malowniczych zakątków i historycznych atrakcji. Zamiast kisić się w dusznym pomieszczeniu mogę wyznaczyć dla siebie ciekawe trasy i oprowadzać się po nich niczym przewodnik turystyczny.

Może kręci mnie rywalizacja. Zapiszę się więc na tenisa stołowego, w którym cały czas będę mógł walczyć z innymi o zwycięstwo. Mając tak kuszącą perspektywę z łatwością i przyjemnością będę zjawiać się na każdym zajęciach i zadbam w ten sposób o odpowiednią dawkę ruchu w moim życiu.


Zależne od nas

„Pamiętaj […] o tej linii podziału, która odgranicza rzeczy twoje od nie twoich.

Epiktet, Diatryby,”

Każdy z Twoich celów powinien być sformułowany w taki sposób, by w pełni zależał od Ciebie. To oznacza, że żaden zewnętrzny czynnik – inni ludzie, zła pogoda, złośliwy los nie może być w stanie pokrzyżować Ci szyków. Powodzenie tego celu zależy wyłącznie od Ciebie.

No dobrze, możesz powiedzieć. A co jeśli moim celem jest zarobienie w 2021 roku 100 tysięcy złotych albo awans do najbardziej prestiżowej, legendarnej ligii – w mojej ulubionej grze karcianej – w Hearthstonie? Jak mogę sformułować ten cel, by zależał tylko ode mnie? Przecież na jego osiągnięcie mają też wpływ inni ludzie! Przypatrzmy się bliżej każdemu z tych celów i dokonajmy w nich pewnych korekt.

Zarobienie 100 tysięcy złotych. Załóżmy, że tak jak ja, jesteś trenerem biznesu i prowadzisz szkolenia. Twoje wynagrodzenie za dzień szkoleniowy wynosi 2 000 zł, czyli potrzebujesz przeprowadzić w roku 50 dni szkoleniowych, 4-5 szkoleń w miesiącu. Na pierwszy rzut ucha może wydawać się to dosyć proste, jednak główna trudność polega na pozyskaniu zleceń. Co zatem potrzebujesz zrobić, by znaleźć klientów, którzy kupią od Ciebie łącznie 50 dni szkoleniowych? Tak jak poprzednim razem, by uzyskać odpowiedź na to pytanie, warto odwołać się do swoich dotychczasowych doświadczeń. Jak do tej pory znajdywałem klientów? Które z działań dawały mi najlepsze efekty? Załóżmy, że 2 sposoby były jak na razie najbardziej skuteczne: samplingi i współpraca z innymi firmami szkoleniowymi. Samplingi, czyli bezpłatne, otwarte szkolenia, podczas których prowadzę dla potencjalnych klientów 2-3 godzinny warsztat. Przekazuję wartościową wiedzę, pokazuję skuteczne narzędzia, rozwiązuje problemy uczestników. Jeśli im się podobało, mogą albo zamówić podobne, szkolenie u siebie w firmie – w pełnym wymiarze godzin. Z kolei współpraca z firmami szkoleniowymi polega na tym, że inne przedsiębiorstwo pozyskuje klienta, a ja koncentruję się wyłącznie na zbadaniu potrzeb i przeprowadzeniu warsztatu.

Przyjmijmy, że przez lata pracy w branży szkoleniowej przetestowałem skuteczność każdej z tych metod i wiem, że z 1 samplingu jest średnio 1 dzień szkoleniowy, a 1 zaprzyjaźniona firma szkoleniowa dostarcza mi średnio 8 dni szkoleniowych rocznie. Współpracuje już z 3 firmami, które powinny mi wygenerować ok 25 szkoleń. Potrzebuję zatem zorganizować 25 samplingów.

W ten prosty sposób udało nam się zamienić cel niezależny – zarobienie 100 tysięcy złotych – na cel zależny – zorganizowanie 25 samplingów, czyli 4 samplingów miesięcznie w pierwszej połowie roku, by zdążyły przełożyć się na zlecenia.

Weźmy teraz na warsztat drugi cel – dojście do rangi legendy w Hearthstonie, karcianej grze komputerowej. Jak możemy sprawić, by był to cel zależny od nas? Zawołajmy na pomoc Epikteta i przypomnijmy sobie jego maksymę: „Pamiętaj […] o tej linii podziału, która odgranicza rzeczy twoje od nie twoich.”

Co zatem jest moje? Jakie moje działania mogą przyczynić się do znalezienia się w 1% najlepszych graczy na świecie? Jeśli mnie wcześniej się ta sztuka nie powiodła i nie mogę odtworzyć tego, co poskutkowało ostatnim razem, warto skorzystać z doświadczenia innych osób. Powinienem zatem znaleźć graczy, którzy są już tam, gdzie ja dopiero planuje się znaleźć. Nie będzie to szczególnie trudne. Nie brakuje na youtubie kanałów streamerów, którzy pokazują, jaką talią kart doszli do rangi legendy oraz jak się nią skutecznie posługiwać. Mogę nawet bezpłatnie wziąć udział w live’ach prowadzonych przez takich streamerów i zadać im swoje pytania, do bardziej problematycznych kwestii.


Gdy już zdobędę niezbędną wiedzę – pora na praktykę, czyli rozgrywanie pojedynków. Mogę się ze sobą umówić, że po każdej partii, zanim rozpocznę kolejną, przeanalizuję dokładnie swoją poprzednią grę, ruch po ruchu. Czy w każdej rundzie wykonałem najbardziej poprawne zagranie? Czy myśląc teraz, na spokojnie, bez presji czasu i stresu wynikającego z rankingowej rozrywki, jestem w stanie zaproponować lepszy ruch? To w sumie tak! Świetnie, to następnym razem, będę wiedział co robić.

Mogę też popracować nad swoim mindsetem gracza, czyli odpowiednim nastawieniem psychicznym. Przed każdą sesją mogę wykonać ćwiczenie na koncetrancję uwagi z aplikacją Headspace, by być w pełni skupiony na grze. Mogę wykonać stoickie ćwiczenie premeditatio malorum i przygotować się psychicznie na różne pechowe, losowe sytuacje. W ten sposób, gdy pojawią się naprawdę, łatwiej mi będzie je przełknąć, mniej mnie poirytują, a przez to popełnię mniej błędów wynikających z przeżywania negatywnych emocji.

Zatem moim właściwym celem, nie powinno być dojście do rangi legendy – to mogę potraktować, jako Epickie Zwycięstwo, o którym opowiem w dalszej części tego odcinka. Celem zależnym ode mnie będzie zatem

po pierwsze – poznanie zwycięskich strategii od zawodowców na ich live’ach

po drugie – granie z dokładną analizą każdej partii i wyciąganie wniosków z popełnionych błędów
po trzecie – odpowiednie przygotowanie do każdej sesji grania.

Wykonując te 3 w pełni zależne ode mnie pomniejsze cele, mam dużą szansę na uzyskanie rangi Legendy, o której sobie zamarzyłem. Oczywiście nie mam takiej gwarancji. Realizując jednak każdy z tych 3 punktów z pełnym zaangażowaniem, mam na to dużą szansę. Ale nawet jeśli nie uda mi się uzyskać upragnionego rezultatu, wciąż mogę być z siebie zadowolony, by wypełniłem co do joty każdy z tych celów. Konsekwencja, odpowiednia etyka pracy jest znacznie ważniejsza niż efekt. Efekt przyjdzie z czasem, prędzej czy później. Nie w tym sezonie, to w następnym.

Cele długofalowe

Stoicy zachęcają nas, by myśleć dalekosiężnie. Nie o tym, jak dzisiaj się dobrze zabawić. Nie jak sprawić, by ten tydzień czy nawet ten miesiąc był dla nas źródłem wielu pozytywnych przeżyć. Lecz, by zastanowić się, jak godnie i cnotliwie przeżyć całe życie.

Znajomy trener personalny wypowiada się w podobnym duchu, nieco mniej górnolotnie: zbuduj sylwetkę nie na lato, to najbliższe, ale na lata. Innymi słowy, do wypracowania seksownej sylwetki często prowadzą dwie różne ścieżki. Pierwsza to sprint, druga to maraton.

W pierwszym modelu robisz wszystko, co tylko możesz, by jak najszybciej dość do upragnionych rezultatów. Mordujesz się intensywnymi ćwiczeniami, katujesz się restrykcyjną dietą, która zabrania Ci jeść, prawie wszystko, co lubisz. Większość ludzi nie wytrzyma tak bezwzględnego dążenia do rezultatu i się podda. Jednak nawet Ci najwytrwalsi odniosą jedynie pyrrusowe zwycięstwo. Ok, może i udało Ci się zrobić się na bóstwo na to lato. Pytanie pierwsze: jakim kosztem? Fizycznym, emocjonalnym, wyniszczenia swojego organizmu? Pytanie drugie: jaką wartość ma uzyskanie rezultatu, którego nie jesteś w stanie utrzymać? To trochę tak, jakby ktoś sprzedał większość swojego majątku, by kupić Ferrari, a potem nie stać go było na naprawy tego auta. Pojeździł przez 2-3 miesiące, a potem po pierwszej awarii zaparkował auto w garażu i już więcej z niego nie korzystał.

Stawiając na strategię sprintu, stosujemy agresywne rozwiązania, których nie będziemy w stanie utrzymać na dłuższą metę. I wiemy o tym, od samego początku. To jak branie chwilówek: mały zysk na początku, ogromne koszty później. To nie może się dobrze skończyć.

Przyjrzyjmy się zatem alternatywie. Decydując się na maraton, nie możesz się spodziewać szybkich rezultatów. Prawdopodobnie nie wyrobisz się na najbliższe lato, by na plaży przyciągać jak magnes zazdrosne spojrzenia. Jeśli jednak Twoim głównym celem będzie rozwinięcie dobrych nawyków, możliwe że za 2 lata już zawsze Twoje ciało będzie w świetnej formie. Jeśli wprowadzisz wiele drobnych zmian, w tym co jesz, ile jesz i kiedy jesz – efekty związane z sylwetką z czasem będą znacznie lepsze niż przy katorżniczej, restrykcyjnej diecie. Podobnie z ćwiczeniami. Jeśli uda Ci się wypracować model treningowy, który jesteś w stanie stosować cały rok, bo nie jest zbyt obciążający czasowo i fizycznie, dzięki efektowi kumulacji, w końcu rozwiniesz piękne, zdrowe mięśnie i spalisz zbędny tłuszcz.

Oczywiście praca nad sylwetką nie jest jedynym celem, w przypadku którego warto zastosować strategię sprintu. O każdym celu, realizującym naszą najważniejszą wartość, warto myśleć z perspektywy długoterminowej. O tym, jak go osiągnąć nie spiesząc się i nie poświęcając po drodze swojego zdrowia czy relacji z bliskimi.

Epickie zwycięstwa

Epickie zwycięstwa to termin zaczerpnięty ze świata gier. Jest nim doniosły moment, w którym bohater (gracz) dokonuje czynu, który jeszcze do niedawna wydawał mu się nieosiągalny. Epickie zwycięstwo jest źródłem wielkiej satysfakcji, a także cennym zasobem na przyszłość. Możesz sobie wyobrazić, że po jego osiągnięciu zdobywasz klejnot, we wnętrzu którego znajduje się Twoja odwaga, optymizm i przekonanie o własnej zaradności. Ilekroć wspomnisz swoje wielkie zwycięstwo, uwalniasz te zasoby.

Każdy z nas potrzebuje poczuć się od czasu do czasu jak heroiczny bohater. Dlatego w każdym ze swoich celów warto określić, co będzie epickim zwycięstwem. Ważne jest, by osiągnięcie tego rezultatu było trudne i wymagające. Byś nie do końca wiedział, czy jesteś w ogóle w stanie to zrobić. By dążenie do niego wymagało wielu prób, nim w końcu się uda.

W przeciwieństwie do celów, które zawsze powinniśmy definiować w taki sposób, by w pełni zależały od nas, epickie zwycięstwo może być czymś niezależnym. Wystawienie faktur na 100 tysięcy złotych w 2021 roku. Dojście do rangi legendy w Hearthstonie. 10 tysięcy followersów na Instagramie. Zmniejszenie wagi do 69 kilogramów. To przykłady epickich zwycięstw.

Ważne jest, by były one nazwane jednoznacznie i wymiernie. By epickie zwycięstwo było faktem, z którym nie da się dyskutować i który z dumą można zakomunikować światu. Wstawienie konkretnej liczby w jego definicje ma jeszcze dodatkowe zalety. Działa to motywująco, bo widzimy, jak zbliżamy się do epickiego zwycięstwa, po drodze osiągając mniejsze wygrane – realizacje 10% epickiego zwycięstwa, potem 25%, 50% itd.

A jeśli droga do wielkiej wygranej wcale się nie skraca (a może wręcz wydłuża), to też jest to świetna informacja zwrotna. Widzimy, że wymyślona do tej pory strategia lub jej realizacja się nie sprawdza i pora wymyślić inną.  

Zrealizowaliśmy w ten sposób główny temat odcinka. Nim przejdziemy do kącików tematycznych, zróbmy krótkie podsumowanie.

Noworoczne postanowienia nie działają. Z wielu powodów. Do głównych przyczyn zaliczamy: złe wcześniejsze doświadczenia, brak warunków zwycięstwa, stawianie celów, które wypada mieć, a nie takich, które wynikają z realnej potrzeby.

Lepszą alternatywą do postanowień są dobrze skonstruowane cele. Po stoicku wyznacza się je przestrzegając kilku kluczowych zasad. Po pierwsze cele powinny być spójne z wartościami. To znaczy, że powinniśmy stawiać sobie tylko takie cele, które pomagają nam osiągnąć to, co w naszym życiu najważniejsze. To co realnie nas uszczęśliwia. I to nie na chwilę, lecz przez dłuższy czas. Po drugie: cele powinny być powiązane z naszymi zasobami. Umiejętnie wykorzystujmy to, co już wiemy, umiemy, jacy jesteśmy i kogo znany. Po trzecie: cele powinny być zależne od nas. Sformułujmy je w taki sposób, by ich osiągnięcie zależało tylko od nas. Po czwarte: cele powinny być długofalowe. Twórzmy rozwiązania nie na lato, tylko na lata. Niech na stałe zagości do naszego życia. Wisienką na torcie w kontekście pracy z celami są epickie zwycięstwa – wielkie wygrane, będące źródłem olbrzymiej satysfakcji i cennym zasobem na przyszłość.


Kącik książkowy – 12 tygodniowy rok.

12 tygodniowy rok to książka autorstwa Briana Morgana i Michael Lenningtona. Jej podtytuł brzmi: osiągnij w 12 tygodni więcej niż inni w 12 miesięcy.

Myślę, że jest to idealna lektura na początek roku. Wielu z nas żywi w styczniu przekonanie, że przecież czasu nie brakuje. Możemy powoli się zbierać do działania, myśleć i planować. Bo przecież i tak największy ciężar pracy wykonywany jest w ostatnim kwartale.

Autorzy książki odwracają ten sposób myślenia. Od razu przechodzimy do końcówki roku. W końcu jak zauważają: „Nic nie potrafi zmotywować człowieka tak jak nieprzekraczalny termin”.

Pod koniec roku myślimy i działamy tak, jak w okresie, w którym jesteśmy najbardziej produktywni. Nie mamy czasu na głupoty, ozdobniki czy odwlekanie, tylko działamy z impetem. Korzystając z bardzo praktycznego systemu opisanego w tej książce, można niejako mieć cztery końcówki roku w jednym roku. Zrobić więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Nie dzieje się to jednocześnie kosztem wyeksploatowania ciała z wszystkich soków witalnych, a ducha z energii. Koncentracja na tym, co najważniejsze. Mniej celów, ale wykonywanych lepiej. Świetna organizacja. To wszystko sprawia, że możemy osiągać więcej, mniej się przy tym męcząc niż standardowo.

To książka bardzo mocno nastawiona na działanie. Cytuję: „Nie liczy się to, co wiesz, ani to, kogo znasz. Tak naprawdę istotne jest to, co wdrożysz w życie”. Sam jestem osobą, która bardzo często snuje różne fantastyczne wizje, a najczęściej wykłada się na ich wdrożeniu. „12 tygodniowy rok”, pokazuje jak to zrobić w praktyce, na poziomie codziennych działań.

Autorzy słusznie zauważają, że roczne cele i plany często są nie tyle ułatwieniem, co przeszkodą na drodze do wysokiej wydajności.

Jak piszą autorzy: „Za sprawą realizowania rocznych planów ludziom umyka fakt, iż to właśnie bieżąca chwila jest momentem, w którym toczy się życie i rodzi się sukces. Myślenie w ujęciu rocznym usypia czujność, przez co wiele osób odkłada rozmaite rzeczy na później.”

Wyniki nie pojawiają się same. Są efektem czynów. Czyny z kolei zależą od naszego sposobu myślenia. To właśnie myślenie trzeba zmienić w pierwszej kolejności, by uzyskać odmienne wyniki. „Podział czasu na 12-tygodniowe okresy zmusza Cię do stawienia czoła kwestii nieskuteczności działania. Ile kiepskich tygodni możesz mieć w 12-tygodniowym roku, by uznać cały ten okres za udany? Ponieważ nie możesz sobie pozwolić, by spisać na straty więcej niż 2 tygodnie, każdy dzień zyskuje automatycznie na znaczeniu.”


Kącik naukowy – poczucie własnej skuteczności

Poczucie własnej skuteczności (po angiesku self-efficacy) to jeden z najważniejszych psychologicznych czynników warunkujących sukces lub porażkę w pracy nad celami. Pojęcie to wywodzi się z badań Alberta Bandury. Polecam jego książkę Teoria społecznego uczenia się z 2007 roku.

Kluczowe w tej koncepcji są oczekiwania dotyczące własnej skuteczności oraz oczekiwania dotyczące wyników zadania. To istotne rozróżnienie. Lekarze często przepisują zalecenia kierując się wyłącznie oczekiwanymi wynikami. Jeśli pacjent zrobi A, uzyska B. Tymczasem, pacjent może wiedzieć, że takie działanie byłoby dla niego dobre, ale jednocześnie nie wierzyć, że temu zaleceniu podoła. Z praktycznego punktu widzenia takie zalecenia lekarza są bezużyteczne. Ten mechanizm tłumaczy też nieskuteczność noworocznych postanowień. Wiemy, że rzucenie palenie czy regularne ćwiczenia byłyby dla nas dobre. Jednocześnie wiemy też, że nie damy radę tego zrobić, bo próbowaliśmy już setki razy i nic z tego nie wyszło.

Wysokie poczucie własnej sprawczości przydaje się szczególnie w obliczu napotkania trudności. Będąc przekonanym o własnej skuteczności, szczególnie się tym nie przejmiemy. Będziemy próbować wiele razy, na różne sposoby, aż nas wyjdzie. Tymczasem osoba z niskim poczuciem własnej sprawczości podda się po napotkaniu pierwszej komplikacji.

Jak zatem zwiększyć swoje poczucie własnej sprawczości? Według Bandury możemy to zrobić, korzystając z 5 czynników: osiągnięć w wykonywaniu zadania, doświadczeń zastępczych, perswazji słownej, stanowi emocjonalnemu i okolicznością sytuacyjnym.

1) Osiągnięcia w wykonaniu zadania to wykonanie danego działania z pozytywnym rezultatem. Im więcej razy uda nam się np. zaplanować dzień i zrealizować to, co było na liście TO-DO na dziś, tym mocniej rośnie nasze poczucie własnej sprawczości.

2) Doświadczenia zastępcze to z kolei dowody na wykonalność danego zadania obserwowane w życiu innych ludzi. Widząc jak podobni do nas ludzie, posiadający zbliżone umiejętności, wykonują z powodzeniem dane zadanie, sami nabieramy przekonania, że my też tak możemy.

3) Perswazja słowna to werbalne zachęcanie nas przez inne osoby (przyjaciół, szefa) do zrobienia czegoś i deklarowanie przekonania, że poradzimy sobie z danym wyzwaniem. Słowa otuchy będą tym bardziej pomocne, im będą brzmiały bardziej wiarygodnie. Najlepiej jeśli perswazji słownej udzieli osoba, która nas zna oraz doskonale rozumie, na czym polega nasze zadanie, z którym będziemy się mierzyć.

4) Pozytywny stan emocjonalny może nas uskrzydlić, a negatywny zdołować i sprawić, że już na starcie będziemy w siebie wątpić. Dlatego zanim przystąpisz do zmagań z trudnym wyzwaniem, wpraw siebie w dobrym nastrój, słuchając muzyki, oglądając śmieszne filmiki lub wspominając wcześniejsze zwycięstwa.

5) Okoliczności sytuacyjne mogą być sprzyjające (np. ładna pogoda za oknem) albo zniechęcające. Jeśli chcesz spróbować wykonać ambitne wyzwanie, lepiej będzie porządnie się wyspać poprzedniej nocy i nie planować na ten sam dzień innych trudnych zadań, np. nieprzyjemnych rozmów.

Dziękuję CI za wysłuchanie podcastu. Po więcej informacji o stoicyzmie, a także pełną traskrypcję tego odcinka zapraszam na odlaikadostoika.pl.

Głównym tematem odcinka jest mądre myślenie i skuteczne podejmowanie decyzji.

W rozmowie z Rafałem Żakiem, dyskutujemy o tym, jaką rolę odgrywa nauka w życiu współczesnych ludzi?  Dlaczego nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria? Jak sprawdzać, które informacje są rzetelne, a które można włożyć między bajki?

Wspólnie rozprawiamy się z popularnymi mitami dotyczącymi nauki. Tłumaczymy różnicę między korelacją a przyczynowością i pokazujemy zabawne konsekwencje mylenia tych pojęć - np. jedzenie lodów w kapokach.

Rafał doradza nam, jak podejmować lepsze decyzje, unikając typowych błędów, takich jak: efekt utopionych kosztów, bycie maksymalistą czy efekt aureoli (poświaty). Proponuje też skuteczne strategie podejmowania dobrych decyzji, m.in.: przyjrzenie się całości procesu - zamiast szybkiego przechodzenia do przeglądu opcji. 

Ja z kolei staram się pokazać, jak współczesne naukowe myślenie łączy się ze stoicyzmem.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Zamiast słuchać odcinek wolisz go przeczytać? Nie ma problemu! Poniżej znajdziesz pełną transkrypcję mojej rozmowy z Rafałem Żakiem O mądrym myśleniu.

Transkrypcja 43. odcinka podcastu - O mądrym myśleniu - rozmowa z Rafałem Żakiem

[00:00:00] - Andrzej

Do podcastu zawitał dzisiaj Rafał Żak. Autor siedmiu książek m.in. „Rozwój osobisty - instrukcja obsługi”, „Sztuka błądzenia” i „Yyyyy - jak podejmować dobre decyzje”. Trener biznesu i mówca, którego TEDx wystąpienia zobaczyło łącznie ponad 200 tysięcy osób. Popularyzator podejścia evidence based w rozwijaniu kompetencji oraz właściciel pokaźnych tatuaży. I jak Rafał dużo myślałem czy w większości się zgadza?

[00:00:28] - Rafał

Z grubsza się zgadza. Zgadza się imię i nazwisko podobno to jest najważniejsze. Zaskoczyłeś mnie tymi 200 tysięcy odsłon. Jakoś cały czas kojarzyłem, że mam jakieś 140 tysięcy tego filmu o sztuce błądzenia, ale jakby jak mówisz, że jest 200 to nawet lepiej brzmi niż 140 tysięcy.

[00:00:48] - Andrzej

Zsumowałem z kilku różnych wystąpień.

[00:01:00] - Rafał

Mam taką satysfakcję, że to organicznie urosło, że nie musiałem kupować tych osób.

[00:01:07] - Andrzej

Chcesz coś dodać osobie, żeby publiczność nasza cię lepiej poznała.

[00:01:11]

Nie. Ja myślę, że to jest dosyć dobre wprowadzenie, jeśli chodzi o to czym się zajmuję. Ja jak mam się przedstawiać zwykle to mówię, że zajmuje się rozwojem ludzi i organizacji. Właśnie robię to w kilku rolach, czyli najczęściej jestem trenerem. Później druga kolejność, taka aktywność zawodowa, to jest bycie mówcą, czyli gadanie do wielkich grup czy dużych grup ludzi. No i trzecia rzecz to jest pisanie książek dotyczących rozwoju kompetencji. To jest taka najkrótsza charakterystyka mojej roli zawodowej.

[00:01:35] - Andrzej

Ok. To jak już jesteśmy przy różnych rolach i tożsamościach, to powiedz, czy ty jesteś stoikiem?

[00:01:40] - Rafał

Ja dzisiaj miałem taką sytuację, że prowadziłem rozmowy na temat jednego z projektów za pomocą Zooma, a robiłem to w takich okolicznościach, że musiałem jechać do lekarza odebrać wyniki badań. Zapomniałem o tym, że cały czas jestem na nasłuchu, jadąc tym samochodem. W momencie przejechałem miejsce do parkowania, które było bardzo wygodne i powiedziałem coś takiego z gruntu niestoickiego w tej sytuacji. To był wulgaryzm i zaczęła się taka ciekawa dyskusja, bo osoba, która akurat reformować swój moduł myślała, że to jest mój komentarz do jej modułu. Natomiast zaczęła się taka dyskusja na temat powstrzymywania się od okazywania emocji itd. Ja takiego sformułowania, z którym się mocno zgadzam, że gdybym ja wyciął takie rzeczy ze swojego zachowania, to czuję, że ograniczyłbym cześć istotną siebie. Jakąś część mojego człowieczeństwa, więc jeżeli stoicyzm oznaczałby, że w każdej sytuacji zachowujemy właśnie ten stoicki spokój, to ja pewnie stoikiem nie jestem. Mam spłycenie afektu. Ja mam tak, że ja nie reaguję przesadnie emocjonalnie na rzeczy, które się dzieją. Szczególnie w tym obszarze zdenerwowania się różnymi rzeczami, przejmowania, odczuwałem stresu. Jestem raczej taką osobą, która w obliczu takich sytuacji zachowuje spokój. Widzę, że to mi mocno pomaga nie przejmować się różnymi sytuacjami, które się dzieją.

[00:03:09] - Andrzej

No właśnie, bo stoicyzm można rozumieć rozmaicie. Jest wiele różnych elementów, które się na stoicyzm składa. I ty jesteś pierwszym gościem mojego, który nie mówi wprost o sobie, że jest stoikiem. Myślę jednocześnie, że gdyby starożytni stoicy dowiedzieli się, że dwa tysiące lat później urodzi się Rafał Żak i będzie pomagał ludziom myśleć o świecie bardziej obiektywnie, to przyklasnęliby z aprobatą Twojej pracy i przytoczę nawet cztery cytaty wraz z krótkimi komentarzami jako materiał dowodowy. Pierwszy cytat: „Wyobrażenie jest tą przyczyną, która nas dręczy i każde zło przybiera tak wielkie rozmiary, na jakie je oceniamy.” Seneka. Stoicy zwracają uwagę na różnice między faktami, a naszą interpretacją tych faktów. Drugi cytat: „Należy zdjąć maski rzeczą.” Również Seneki. Seneka z kolei zachęca w Listach moralnych do Lucjusza, żeby patrzeć na świat bardziej obiektywnie. Widzieć go takim jaki jest naprawdę, a nie takim jaki chcielibyśmy, żeby był. Teraz Epiktet: „Ten jest zapalnikiem rzeczywiście wytrwałym, kto się ćwiczy w walce ze złudnymi wyobrażeniami. I drugi cytat z Epikieta, już ostatni: „Nie należy dawać dostępu do siebie żadnemu wyobrażeniu bez uprzedniego poddania go gruntownej próbie. Ale musimy mówić do niego jak warta nocna: Stój! Czekaj! Daj się wpierw obejrzeć! Ktoś jest i skąd przychodzisz”. I tutaj Epiktet przekonuje nas, że nie powinniśmy podejmować niczego na wiarę, przyjmować tego, akceptować, bo tak nam jest wygodnie. Wręcz przeciwnie. Każdy nasz sąd, przekonanie warto sprawdzać, na ile ma związek z rzeczywistością. To na ile takie ujęcie stoicyzmu mu by Tobie pasowało.

[00:04:57] - Rafał

Ja bardzo często, kiedy mówię, dlaczego warto krytycznie myśleć o rzeczywistości posługuje się takim zdaniem Tatarkiewica, cytuję z pamięci: „Musimy podważać wszystko, bo jeśli nie będziemy podważać wszystkiego, to się nie dowiemy czego się nie da podważyć.” I to jest myślę, że w tym zakresie mi bliskie. Natomiast nie wiem czy to nie jest jeszcze krok dalej, w stosunku do tego co powiedziałeś. Takiego podejścia pod tytułem musimy przyglądać się rzeczą, bo ja bym poszedł bardziej sceptycznego myślenia. To znaczy, jak widzimy rzecz, to po pierwsze musimy zdawać sobie sprawę, że to w jaki sposób ją postrzegamy jeszcze nie oznacza, że ona jest rzeczywista. A druga rzecz jest taka, że moim zdaniem raczej powinniśmy ją próbować podważyć. I jak się nam nie uda podważyć, no to wtedy możemy przyjąć, że ona jest do przyjęcia i warto się jej trzymać. Tak więc nie wiem czy to nie jest trochę krok dalej. Że to jest metoda bardziej aktywnego poznawania w takim rozumieniu podważania. Natomiast jakby w tej części pod tytułem widzimy coś powiedzmy stop, tak jak warta nocna i jakby dajmy się tam szansę przyjrzeć się z tym absolutnie zgadzam.

[00:06:06] - Andrzej

Mówiłeś o potwierdzeniu. Że my często w swoim życiu staramy się potwierdzić różne nasze pomysły i poglądy, które mamy. Jeden z błędów poznawczych nazywa się nawet efekt potwierdzenia (confirmation bias). No to jak to robić lepiej w takim razie? Jak się nie zadowalać anegdotycznym potwierdzeniem tego co my myślimy, tylko jak dociekać do prawdy?

[00:06:27] - Rafał

No teraz musielibyśmy chwycić się jakiejś konkretnej materii, żeby powiedzieć jak w zakresie tej materii podważać fakty i trzymać się czegoś.

[00:06:34] - Andrzej

Na przykład weźmy młodego rodzica człowieka, który wie że za chwilę zostanie ojcem czy matką i chce się dowiedzieć jak nim być skutecznie. I jest masa różnej literatury w tym temacie. No i skąd on ma teraz wiedzieć, którą książkę słuchać? Które rady pomogą mu zostać dobrym rodzicem a które niekoniecznie?

[00:06:56] - Rafał

To jest ciekawy przykład, bo ja rzeczywiście mam takie mocno naukowe podejście do poznawania rzeczywistości, a jak przypomnę sobie ten moment, kiedy czekałem na pierwszego dzieciaka, to my oczywiście obkupiliśmy się w książki o ciąży. Czytaliśmy namiętnie te książki o ciąży, w których jest taki absolutnie przewidujący motyw, że twoje dziecko jest już fasolka, a potem jest jak cytryna, a potem jest jak pomarańcza itd. I pamiętam, że dwa miesiące przed porodem Gosia do mnie mówi: Ty! My chyba powinniśmy zacząć te książki co potem! Bo to jest takie uspokajające rzeczy, że czytasz książki się fascynujesz, jak duże jest Twoje dziecko tylko to nie ma znaczenia dla tego co wydarzy się później.

[00:07:33] - Andrzej

Jak Ty się masz wobec niego zachować.

[00:07:35] - Rafał

To jest taka ciekawostka pod tytułem wiesz Dawid Attenborough mówi ci z tła po prostu, co tam się dzieje w środku twojej partnerki itd. Natomiast ja generalnie jak miał mieć małe dziecko urodzić to jedyna rzecz, którą zrobiłem literacko to przypomniałem sobie po prostu rozwojówkę z czasów moich studiów. To znaczy ja wróciłem do psychologii rozwojowej i przeczytałem, czego ja się mogę spodziewać. Staraliśmy się bardzo ostrożnie korzystać z takich źródeł poradnikowych, mówiących o tym w jaki sposób do dzieci podchodzić. Natomiast jedna rzecz, którą robiłem od samego początku, to jak spotykałem się z jakąś teorią czy z jakimś narzędziem np. w takich już etapach edukacji przedszkolnej, no to ja za każdym razem sprawdzałem, co jest pod spodem, pod tymi wszystkimi mocnymi pomysłami na to, w jaki sposób podchodzić do dzieci. Oddziaływać na dzieci tak quasi terapeutycznie. Natomiast wiesz to jest też trochę tak że myśmy mieli i myślę, że wielu rodziców ma takie obserwacje, że jakby jak ma się dziecko szczególnie chyba pierwsze to jest się absolutnie mistrzem tworzenia teorii tłumacząc zachowanie tego dziecka. To znaczy na przykład dziecko ma trudny wieczór i trudno zasypia, więc kojarzy się to absolutnie z tym, że wcześniej wpadło kilku gości i myślisz sobie, że jest przebodźcowane. Tworzysz taką roboczą teorię pod tytułem: jak przebodźcujesz dziecko o godzinie 16 to trudno zasypia. Problem z tymi teoriami jest taki, że one wytrzymują dzień. To znaczy, że następnego dnia jest zupełnie inaczej. To znaczy też przychodzą ludzie i dziecko bez problemu zasypia. I zawsze się śmialiśmy z tego, że wiesz na prowadzenie badań na grupie badawczej jednoosobowej jest trudne i wyciąganie wniosków. A no niestety albo rodzice tworzą od groma takich pomysłów na to, w jaki sposób wychowywać na podstawie pojedynczych doświadczeń. Bo zazwyczaj każdy ma niewielką tę grupę, na której prowadzi te badania. Więc jakby wszelkiego rodzaju grupy parentingowe, gdzie ktoś zadaje pytanie moje dziecko ma nie wiem 13 miesięcy jeszcze nie powiedziało „Am” co ja mam zrobić? Ja w ogóle nie czytam tych odpowiedzi. Też nie wpadłem na pomysł, żeby zadawać te pytania akurat w takich źródłach. W obliczu jakichś problemów, które sobie w jakiś sposób diagnozujesz. Wydaje mi się, że najlepiej byłoby poczytać o psychologii rozwojowej. O tym w jaki sposób dzieciaki się rozwijają i co my wiemy. Ja wiem, że to będzie wtedy akademicka lektura, jeżeli chodzi o poziom tego tekstu, ale ale nam pozwoli zorientować się w tym co się będzie działo trochę lepiej niż jakiś wąski poradnik pisane przez twórców rewolucyjnych metod, których jest od groma.

[00:10:06] - Andrzej

Czyli krótko podsumowując: sprawdzajmy źródła.  Sprawdzajmy bibliografię, na ile to jest opinia jednej osoby, na podstawie jednego dziecka, które ktoś obserwował, a na ile to wynika faktycznie z badań.

[00:10:18] - Rafał

To jest pierwsza rzecz. A druga rzecz jest taka, że tych koncepcji jest bardzo dużo. Ale też coraz więcej jest książek, które np. krytycznie patrzą na tę koncepcję. To jest coś, co kiedyś napisał Tomek Garstka. Napisał taką książkę psychopedagogiczne mity. I ta pierwsza część tej książki teraz wydał drugą zresztą teraz to jest książka, która wygrała konkurs książki dla trenera Polskiego Towarzystwa Trenerów Biznesu. Natomiast w pierwszym tomie Tomek pisał o wielu takich metodach, które są lansowana w szkołach podstawowych przedszkolach itd. integracje sensoryczne, coroczne treningi mózgu itd itd integracje półkuli podobne historie. I ja jak pamiętam różne etapy edukacji moich dzieci - teraz mój Franek ma 7 lat, Nina ma 3, więc to nie jest bogate źródło moich doświadczeń, ale ja się od czasu do czasu spotykam z takimi koncepcjami tak w szkołach wśród rodziców itd. I ja mam taki nawyk, że wiesz, jak poznaję taką koncepcję to zaczynam od tego, że w Google wpisuje nazwę tej koncepcji i dopisuje do tego krytycyzm i patrzę, co wyskoczy. I nagle się okazuje, że ktoś naprawdę solidnie już wykonał robotę taką badawczą przede mną i po prostu opisał, jakie są dowody na efektywność jakiejś tam metody np. podchodzenia do jakichś problemów dzieci z określonym zachowaniem i jak nie ma takich dowodów to tracę jakąś modę, ale ja tego nie robię.

[00:11:37] - Andrzej

Myślę, że to jest supercenna wskazówka z tym „krytycyzm”. Znam wiele osób, które wpisują nazwę tej metody i wchodzą na stronę ludzi, którzy tą metodę sprzedają, gdzie ona jest w samych superlatywach opisana i stwierdzają to jest najlepsza metoda na świecie i ją właśnie będę stosował.

[00:11:54] - Rafał

To jest fajna obserwacja, bo to jest tak jak piszesz dowolną koncepcję, no to na tych pierwszych trzech stronach Google znajdziesz stronę kogoś, kto prowadzi zajęcia z tej metody czy prowadzi zajęcia tą metodą. No i pozostałe wpisy to będą blogi, które o tej metodzie napisały pozytywnie. Tak jakieś blogi parentingowe czy jakbyśmy ich nie nazywali.

[00:12:17] - Andrzej

Partnerzy biznesowi tej osoby.

[00:12:19] - Rafał

Tak dokładnie. No bo niby dlaczego miałyby na pierwszych miejscach zaskakiwać inne elementy? Natomiast jak wpiszemy „krytyka” to zaskakujące jest to, że czasami ta krytyka już po takim wpisie tych wpisów krytycznych też jest sporo. Tak to jest też trochę tak że na wpisach krytycznych nikt nie zarabia, więc więcej osób ma tendencję pisania tych pozytywnych. Znasz ten model pod tytułem tworzymy metodę, potem sprzedajemy licencję na tą metodę. W związku z tym z czasem te grono osób piszących pozytywnie o naszej metodzie będzie się wydłużało. I teraz to nie oznacza, że trzeba odrzucać. Wszystko moim zdaniem jak ta krytyka pokaże, że w zasadzie nie ma jakichś dowodów na to, że metoda jest bzdurą, a w zasadzie znajdują się dowody na to, że ta metoda może być efektywna. No to trzymajmy się z takich metod czy takich podejść do tu akurat dzieci, bo od tego zaczęliśmy.

[00:13:09] - Andrzej

Ja do tych dzieci jeszcze coś dorzucę. Moja próba badawcza się nieco powiększa. W tej chwili mam trzy sztuki i zauważyłem, że te same strategie, które się świetnie sprawdzały przy Arii, przy mojej pierwszej córce, zupełnie się nie sprawdzały przy Tadziu, przy drugim dziecku. Mimo tego, że robiliśmy jeden w jeden to samo, w tym samym wieku dziecka. I wspominasz o heurystykach w swojej książce. I faktycznie w wielu sytuacjach potrzebujemy takiej drogi na skróty, żeby szybko podjąć pewne decyzje. Ale właśnie przydaje się gdzieś ta świadomość, tego, że czasem trzeba tą heurystykę zrewidować i zobaczyć, że w innej sytuacji z innym człowiekiem ona już nie zadziała.

[00:13:46] - Rafał

Bardzo fajna i ważna obserwacja, bo to jest też tak, że jak czytasz te książki, to one nie wprowadzają takich rozróżnień. Że jeżeli to jest pierwsze dziecko to zrób, tak, a jeżeli drugie i różnica pomiędzy pierwszym a drugim wynosi trzy lata to rób tak jak wynosi 7 to inaczej. To jest pewien sposób traktowania dzieciaków niezależnie od tego, jaki jest kontekst. Jak ktoś ma dwójkę dzieci ja mam na przykład tą dwójkę w odległości czterech lat od siebie. To ja po prostu wiem, że zrobienie niektórych rzeczy z Nią tak samo, jak robiliśmy z Frankiem, jest niemożliwe. Bo np. Franek pierwsze lody zjadł jak miał 3 lata. To jest niemożliwe przy niej, bo Nina już widzi, że Franek lody. To jest wiesz taka banalna obserwacja. I teraz, jakby jak ja mam tutaj próbować stosować identyczne metody? Franek nie oglądał bajek w jakimś tam wieku. Teraz jest tak, że oni oglądają bajki w weekend i w środę. Mają taką zasadę. Tak sobie to ustaliliśmy z nimi.  I wiesz tylko że Franek w wieku Niny jeszcze i tak nie oglądał bajek w takiej ilości na jaką jak ona ma teraz nie oglądać. Co my mamy zrobić? Zamknąć ją w drugim pokoju? Kiedyś usłyszałem, że wiesz jakby z perspektywy naukowej była kiedyś taka anegdota, co mówi normalny człowiek, kiedy dowie się, że rodzą mu się bliźniaki. I zazwyczaj to jest okrzyk przerażenia. Słuszne wydaje mi się. Natomiast usłyszałem kiedyś, że wierzę, że pierwszy tekst kogoś, kto ma podejście naukowe do rzeczywistości, kiedy się dowiaduje o bliźniakach, to jest taka myśl: „Super! Będę miał grupę kontrolną.” W sensie wiesz mam dwójkę i teraz mogę jednemu dawać cukier, a drugiemu nie i patrzeć na różnice w zachowaniu. Jasne, że któreś potem trafi do terapii. Ale to są wyniki efekty uboczne nauki. Mam natomiast tak normalnie. Dobrze wiesz, że jak się ma kilkoro dzieci, to ja mogę wypracować indywidualne zasady pracy z dzieciakiem w przypadku drugiego to się raczej nie sprawdzi.

[00:15:34] - Andrzej

Zacząłeś opowiadać o nauce. Powiedz proszę, skąd się wzięło twoje zainteresowanie nauką i podejściem evidence based, które proponujesz?

[00:15:42] - Rafał

Ja nie wiem. Szczerze mówiąc. Ja się kiedyś nad tym bardzo zastanawiałem. Bo ja historię edukacyjną mam taką, że po szkole podstawowej zacząłem naukę w Technikum Elektronicznym. Miałem być informatykiem. W którymś momencie tego technikum pomyślałem, że to nie ma przyszłości być informatykiem. Co pokazuje idiotyzm mojego sposobu na dzisiejsze czasy. A prawda jest też taka, że ja po prostu w tej szkole się dowiedziałem, że matematyka to jest taka rzecz, która mnie zabije a nie uskrzydli. Ja po prostu poznałem w szkole średniej takie pojęcie całki i od tego momentu już wiedziałem, że to nie jest moja droga. Tak żeby się nie dogadamy z tym obszarem wiedzy. Miałem też fajną polonistykę, która mnie trochę wróciła na rzeczy humanistyczne i potem poszedłem na studia humanistyczne. I zupełnie przypadkiem zacząłem pracować w zakresie rozwoju kompetencji. Ja byłem na psychologii i byłem na dziennikarstwie i kulturoznawstwa. I na psychologii po prostu zacząłem przez przypadek zupełny proces w firmie szkoleniowej. Ja na początku swojej pracy nie byłem takim trenerem, który testuje każdą koncepcję. Ja zaczynałem w 2003 roku, więc wiesz ja robiłem tak że jak miałem zajęcia ze zbudowania zespołu, no to miałem w mojej wielkiej szafie takie książki na temat kserówki na temat budowania zespołu. Po prostu brałem jakieś ćwiczenia, które tam były no i robiłem nie zastanawiałem się czy to ma sens czy nie. Więc wielokrotnie robiłem testy ról zespołowych Belbina, bo to było super - półtorej godziny zajmowało, więc fajne było szkolenie. Jak się nie wiedziało co robić. I to jest jakby taka odsłona, że też przychodziło to w moim życiu powoli, ale ja też byłem od zawsze zaczepny, jeśli chodzi o podważanie faktów. Ja mam taką charakterystykę, która mi się już ujawniła dziś w podstawówce, że ja się stawiałem nauczycielom. Byłem taki przekorny w zdobywaniu wiedzy i wydaje mi się, że to jest taka właściwość, która się w którymś momencie do mnie przykleja i odezwała trochę mocniej. Że ja zacząłem po prostu trochę bardziej grzebać w różnych koncepcjach. Mehrabian padł pierwszy i potem miałem także kurczę miałem taki nawyk sprawdzania wszystkiego. No dobra pojawia się coś - sprawdźmy. I to jest takie coś, co potem absolutnie wzmocniło u mnie moja aktywność w polskim towarzystwie trenerów biznesu. Czyli w takim towarzystwie gromadzącym trenerów, które bardzo mocno stawiało na takie podejście evidence based. Podejście opieranie swoich działań rozwojowych na dowodach właśnie. Takich dowodach naukowych akademickich oczywiście też dowodach praktycznych, ale właśnie też ta nauka się pojawiła. I potem zacząłem o tym głośno mówić pisać i trochę się tak osadziłem części ludzi, którzy mnie znają, że ja właśnie to jest charakterystyka moja.

[00:18:24] - Andrzej

Jasne myślę, że wielu ludziom nauka się kojarzy z naukowcami, którzy prowadzą badania, przeprowadzają eksperymenty, liczą i wyciągają wnioski. A jaką rolę może odgrywać nauka w życiu zwykłego zjada chleba. Jak może ją wykorzystać

[00:18:40] - Rafał

Richard Dawkins kończy jedno ze spotkań na temat promowania nauki. To jest jeden z najwybitniejszych, moim zdaniem, propagatorów nauki na świecie. I ktoś zadaje mu pytanie, dlaczego on wierzy w naukę i on odpowiada. Pamiętam ma taki długi wywód, który kończy sformułowaniem: „Because it works, bitches!” Jeśli tak bardzo ostro zwraca się do tych ludzi. On też jest showmanem, więc potrafi takie rzeczy robić. Ale to jest jedno z ciekawszych pytań, a jednocześnie jedno z dziwniejszych pytań. Bo jakby zadanie pytania do czego może się przydać nauka patrząc na świat, w którym żyjemy absurdalne w swoim wymiarze. Prowadzimy teraz rozmowę z wykorzystaniem czegoś, co odkryła nauka. W sensie przez urządzenia elektroniczne sposoby połączenia i tak dalej i tak dalej. Dojeżdżamy do pracy dlatego, że ktoś wymyślił te rzeczy. Wszystko, co widzimy naokoło, jest zaprojektowane w procesie doświadczeń i stoi za tym wiedza naukowa i tak dalej i tak dalej. Więc moim zdaniem po prostu nauka się przydaje do tego żebyśmy przetrwali. Tak żebyśmy ten system podtrzymywania życia, który mamy na ziemi po prostu byli w stanie jeszcze dłużej utrzymać w sprawności. Z takiej perspektywy. Mówię o tym takim najbardziej oczywistym wykorzystaniu nauki, bo generalnie rzecz ujmując nauka ma dwie funkcje po pierwsze ma tłumaczyć świat, który widzimy. Ale też ma mieć taką funkcję przewidywania tego, co będzie się działo w przyszłości. Z jednej strony to jest opis rzeczywistości, a z drugiej strony nauka ma taką funkcję tłumaczenia nam, co powinniśmy, zrobić, żeby coś się wydarzyło. Ma być dla nas użyteczna z perspektywy wykorzystania samej siebie. W związku z tym tak właśnie wydaje mi się, że to jest dosyć proste do dostrzeżenia na co dzień, że to po prostu działa trzymamy się rzeczy, które działają, a nauka działa.

[00:20:28] - Andrzej

Myślę też, że wielu ludzi myśli na takiej zasadzie, że ja przecież umiem rozmawiać. Ja przecież umiem rozmawiać. Umiem spać, umiem oddychać. Nie muszę czytać żadnych naukowych teorii na ten temat. Bez refleksji, że można to wszystko robić lepiej i mieć po prostu szczęśliwsze, bogatsze życie dzięki temu, że się te teorie pozna.

[00:20:46] - Rafał

Ale ja myślę sobie, że to fajnie wygląda w tym obszarze myślenia. To znaczy z jednej strony jest tak, że każdy może powiedzieć, że przecież umiem myśleć. Nie trzeba mi w żaden sposób pomagać. Tylko że mnie się wydaje, że jakby w ciągu dziesięciu minut każdej jednostce jesteśmy w stanie pokazać w jakie pułapki myślenia i wyciągania wniosków wpada. Tak ok jak to będzie osoba absolutnie odczytana w psychologii poznawczej, ekonomii behawioralnej itd to będzie trudniej, ale jak czytamy w noblistów z tego zakresu, to oni też piszą pułapkach myślenia, w które wpadają. Więc to jest stosunkowo proste pokazać komuś, w jaki sposób wadliwie wyciąga wnioski, myli się itd W związku z tym trochę pokazać użyteczność uczenia tego. Wydaje mi się, że tak wielu tych aspektach społecznych, takich komunikacyjnych będzie się działo. Natomiast jest tak, że wydaje mi się, że nasza edukacja nie sprzyja nauce. Że czasy są też takie, że nauka staje się bardzo skomplikowana. Kiedyś czytałem taką analizę, która mówiła, że już za czasów takich pierwszych misji załogowych na Księżyc itd. Opis mówił, że jakbyśmy patrzyli sobie na statystyczną osobę w Stanach Zjednoczonych to ona miała pojęcie na temat tego jak wygląda program kosmiczny. W sensie bierzesz sobie po prostu gospodynią domową albo tego pana, który ma je cadilaca i pytasz ich w jaki sposób oni lecą na księżyc. Oni byli w stanie to wytłumaczyć. Tak bo po pierwsze było tej wiedzy naukowej mniej w obrocie. To były też ważniejsze wydarzenia. Dzisiaj jest ten poziom skomplikowania nauki jest taki, że w zasadzie niewielu z nas jest w stanie rozmawiać na temat odkryć dotyczących astronomii. Dużej fizyki małej fizyki. My to jakoś ogarniam na poziomie grawitacji takiej po prostu spada jabłko, ale jakbyśmy mieli tłumaczyć coś więcej, to to naprawdę jest trudne. To jest jakby trudna aparat pojęciowy, trudne koncepcje. W związku z tym jest jakiś odwrót od tej nauki. Tak mi się wydaję. A z drugiej strony właśnie ci naukowcy, którzy są taką figurą retoryczną. Że to są jacyś dziwni ludzie. Jak ty pewnie wiele rzeczy to wzmacnia takie poczucie, że naukowcy są dziwni. Od popkultury do tego braku zaufania do tych takich głosów: obudźmy się. Wróćmy do korzeni.

[00:22:59] - Andrzej

Mówią hermetycznym językiem. Dziwnie wyglądają. To jest ktoś inny niż my.

[00:23:05] - Rafał

Mówią. Bo to wiesz, bo jak popatrzysz sobie na teksty naukowe, w sensie artykuły, to one są hermetyczne dla większości odbiorców. Po pierwsze większość z nich znajdziemy po angielsku i to już jest jakąś barierą. A po drugie to nie jest pisane językiem bardzo prostym w odbiorze. Tak niewielu naukowców potrafi tak robić. A ludzie, którzy popularyzacją naukę, czasami robią krzywdę, bo popularyzują jakiejś wybrane wątki które po prostu zrozumieli albo wydawały im się w seksowne, clickbitowe, w sensie medialnym. Bo takich popularyzator nauki, którzy potrafią oni dobrze opowiadać, nie jest zbyt wielu wydaje mi się. Ktoś kiedyś ładnie napisał, że my potrzebujemy takich apostołów nauki. Takich ludzi, którzy będą mówić o niej naokoło itd. tak jakby opowiadać, dlaczego takie podejście może mieć sens. Po to żeby ludzie też w to wierzyli, że to może być odpowiedź na jakieś tam nasze problemy pytania i tak dalej.

[00:24:01] - Andrzej

Dla mnie taką osobą jest Neil Degrass Tyson, który potrafi z wielką erudycją opowiadać o nauce i ludzie, których totalnie nie interesuje astrofizyka, słuchają go z wypiekami na twarzy, przez sposób w jaki on mówi o tym wszystkim.

[00:24:16] - Rafał

Takich ludzi na szczęście trochę jest. To jest człowiek, który w zakresie astronomii astrofizyki robi genialnie. Na takim poziomie, że wiesz, że to nie jest taki wywód, który czujesz, że jak zgubił akapit to jest po tobie. Tak jak się czasami czyta takie książki dotyczące fizyki, że bierze jak nie zrozumiesz tego fragmentu to naprawdę nie ma sensu czytać dalej. To jest dobrze zrobione i tak dalej. To jest tak jak Dawkins pisze. Był pierwszym autorem, który potrafił pisać tak, że specjaliści w zakresie literatury mówią, że jak on zaczął pisać książki, to wszyscy się zorientowali, że teraz już nie można pisać książek popularnonaukowym inaczej. Że to trzeba tak zrobić, że to musi mieć pazur w sobie. Że to musi być zaczepne w jakimś zakresie. Tak że to musi być dobre literacko, a nie tylko przedstawiać suchą wiedzę. I wydaje mi się, że tak się pisze książki takie jak Ariely pisze książki na temat poznawczych historii, ekonomii behawioralne i to jest już pisane z polotem a nie po prostu tylko z jakością.

[00:25:16] - Andrzej

No właśnie i myślę, że to też jest dobra rada dla naszych słuchaczy, żeby nie próbować od razu się rzucać na głęboką wodę i czytać tekstów naukowych, jeszcze w obcym języku. Tylko zacząć od tych popularyzatorów nauki, którzy już to robią świetnie. Bo przez te pierwsze dobre doświadczenia się nie zrazimy i będziemy chcieli więcej tego czytać w przyszłości.

[00:25:35] - Rafał

Myślę, że to jest super. Psychologia jest taką fajną dziedziną, gdzie ludzie mają taką potrzebę czytania książek z tego zakresu. Bo po pierwsze chcą zrozumieć swoje zachowania i też zrozumieć zachowania innych osób. I też jest dużo książek, które będą prosto napisane, ale nie będą miały jakości merytorycznej. Są książki, które mają wartość merytoryczną, ale są niezjadliwe, bardzo trudno przez nie przebrnąć. Ale właśnie znajdziemy też takie osoby jak Dan Ariely jak np. Richard Wasserman i jego Dziwnalogika albo taka książka, którą kiedyś napisał, w której stara się w bardzo krótkich porcjach wiedzy tłumaczyć. 59 sekund to jest taki tytuł. On sobie postawił za cel, że będzie trudne koncepcje tłumaczył w 59 sekund. Tak i on to rzeczywiście dowodzi po prostu ta obietnice. W sensie jest w stanie to zrobić. A wszystkie rzeczy, które opisuje to są rzeczy zbadane i użyteczne też z perspektywy odbiorców. Myślę sobie, że jak od tego się zaczyna, to jest łatwiej sobie wykrzesać zapał do czytania takiego rodzaju literatury niż jak ktoś by zaczął od podręcznika akademickiego na temat psychologii Strelaua, gdzie po prostu go to zabije prawdopodobnie wcześniej nie miał kontakt z pojęciami psychologicznymi.

[00:26:49] - Andrzej

Jak najbardziej. Powiedzieliśmy sobie o zaletach nauki i naukowego sposobu myślenia. Ale czasem blokuje nas pewne przekonanie, które mamy, żeby w ogóle zacząć. Są różne takie właśnie argumenty wytaczane przeciwko nauce i chciałbym się kilkoma z nich zająć. Pierwszy, chyba taki najpopularniejszy, to brak praktyczności. Przemknął mi kiedyś taki cytat w internecie że 1 gram praktyki jest lepszy niż to tona teorii. No i na co dzień w rozmowach ze znajomymi też używamy podobnego argumentu, że tak teoretycznie to masz rację, ale w praktyce jest inaczej. Często dzielą ludzie praktyczne życie oddzielają je od teoretycznej nauki. Co moglibyśmy powiedzieć osobom, którzy nie sięgają po naukę, bo im się wydaje, że to jest tylko niepraktyczne teoretyzowanie.

[00:27:41] - Rafał

Jak ktoś walczy takim sloganem, jak zacytowałeś, to moja ulubiona odpowiedź to: Nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria. Mamy hasło za hasło. Daliśmy sobie po pysku po razie i teraz możemy pójść dalej. Moim zdaniem nie da się znaleźć czegoś co jest praktycznym doświadczeniem powtarzalnym i dającym przewidywalny wynik, czego nie dałoby się wytłumaczyć czymś, co będzie nauką w ostatecznym rozrachunku. Ja nie znam innego systemu. Innego paradygmatu, czyli innego sposobu postrzegania rzeczywistości, który dawałby tak przewidywalne wyniki jak nauka. Tak bo ja absolutnie akceptuję istnienie wiary w dowolnego Boga. Natomiast nie znam religii, która daje tak przewidywalne rezultaty tej twojej wiary. W takim rozumieniu, że jak będę się modlił do określonego Boga, to dostanę pewien zwrot, o który będę zabiegał. Tak i jest to w jakiś sposób zauważalne, że coś takiego zachodzi. Także jakby ludzie nie mają także wsiadając do samolotu zastanawiają się, jak to zrobić i do kogo się modlić, żeby on doleciał na miejsce. Nie wpadamy na taki pomysł. Dlaczego? Ponieważ my mamy dowody na to, że ktoś wymyślił, jak latamy. No i teraz nie wpadamy wtedy na pomysł, że o praktyczne dowody latania jest dużo mądrzejsze i ważniejsze od nauki. Jak się sprawdzi, co stoi za tym cytowanym tekstem, to nagle dochodzimy do wniosku, że to tak naprawdę jest rozdźwięk pomiędzy mną praktykiem, który się zajmuje daną dziedziną, a takim nauczycielem, który jest teoretykiem. To jest trochę coś co pewnie znasz też z pracy trenerskiej. Ok, ty się dzielisz jakąś wiedzą, ale ludzie przecież na co dzień mają kontakt z tym klientem. W związku z tym to oni mają tę praktyczną wiedzę, której ty nie masz. A to, że oni robiąc te rzeczy, które robią, osiągając wyniki, stosują pewne techniki oni to robią świadomie lub nieświadomie. I ty jesteś w stanie je nazwać, pokazać kto je opisał, w jaki sposób one były badane i czy one rzeczywiście są skuteczne. To już jest zupełnie inna droga. Że pod tym jest coś takiego co z pewnym mechanizmem zachowania. Natomiast ok jest fizyka teoretyczna i ona nie jest praktyczna. Mamy matematykę stosowaną, ale mamy też teoretyczne rozważania na temat matematyki. To trochę jest tak, że pewnie jak ktoś na ten element nauki patrzy to może sobie pomyśleć, że praktyka jest ważniejsza. Ale jak popatrzymy na całą psychologię społeczną, na te wszystkie rzeczy, które my wiemy z ekonomii behawioralnej i to to jest rzecz, która jest testowana na praktycznych zastosowaniach i potem stosowana w praktyce. W zasadzie rozdźwięku pomiędzy teorią a praktyką nie ma tu prawa w ogóle.

[00:30:23] - Andrzej

Myślę też, że w dużej mierze nieporozumienie wynika z posługiwania się słowem teoria w dwóch różnych kontekstach. Czyli w kontekście potocznym, my zamiennie używamy słowa hipoteza i teoria. To jest coś co może jest prawdziwe, a może takie nie jest. Natomiast w kontekście naukowym teoria to jest coś świetnie przebadanego. Mamy eksperymenty, mamy replikacji tych eksperymentów z dużą dozą pewności możemy stwierdzić, że tak faktycznie jest. Nieliczne hipotezy przekształcają się później w prawdziwe solidne teorie naukowe i im możemy wierzyć znacznie bardziej niż własnym doświadczeniom, które są znacznie bardziej omylne.

[00:31:02] - Rafał

To jest bardzo ważne powiedziałeś. Bo właśnie to chyba też chodzi o to, że nam teoria bardzo często jakoś tak w język wplata właśnie jako opis czegoś, co jest a to jest tylko teoria czy to jest pewien pomysł i nie wiadomo, czy on działa. A to jest bardzo słuszna uwaga, że teoria to jest coś teoria historia grawitacji a nie hipoteza grawitacji. I teraz ludzie bardzo często mówią, że to jest taka teoria tylko.  Tylko, że to jest oksymoron. Nie można powiedzieć, że to jest tylko taka teoria, bo jeżeli to jest teoria to znaczy, że to jest zbadane i wiemy że tak funkcjonuje. Tak jakby hipoteza to rzeczywiście jest coś takiego co my stawiamy i nie wiemy w jaki sposób coś się wydarzyło. W jaki sposób mamy jakieś hipotezy i nauka czasami uznaje, że jakaś hipoteza jest bardziej prawdopodobna albo mniej. Ale jeżeli masz ją zbadana, to staje się teorią. Czyli czymś co jest zbadany, rzeczywiście tak jak powiedziałeś.

[00:31:53] - Andrzej

I właśnie wracamy do cytatu, którym się posłużyłeś: że nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria. Bo jeśli to jest teoria naukowa, która została dobrze przebadana, wielokrotnie sprawdzona, różne zmienne zostały wzięte pod uwagę, że nie te zmienne zakłócające dały taki wynik, tylko faktycznie to co sądziliśmy. Mamy ten związek przyczynowo skutkowy jest to super praktyczne, bo to jest najbardziej rzetelny sposób, najłatwiejszy do powielania wyników, tak jak to opisywałeś. To mi się jeszcze skojarzyło z historią człowieka, który wspinał się na skałę. W którymś momencie coś mu nie wyszło, odpadł od tej skały i zawisnął na jednej ręce. No i prawie spada już w przepaść i woła ratunku, pomocy. W końcu się odzywa głos: „Słuchaj, chętnie ci pomogę”. A kim jesteś? Jestem Bogiem, tylko musisz teraz się puścić i ja Cię złapię. Ten człowiek chwilę myśli, myśli i odpowiada: A czy jest tam ktoś jeszcze? Nie do końca zawierzył temu głosowi. Chciał mieć coś bardziej konkretnego, namacalnego. I wydaje mi się, właśnie, że nauka nam te bardzo namacalne rzeczy dostarcza. Tylko my musimy trochę zmienić swój sposób myślenia. Uniknąć tego fałszywego podziału na praktyczne życie i teoretyczną naukę. Drugie zastrzeżenie, które też bardzo często słyszałem, dotyczy tego, że naukowcy co chwilę zmieniają zdanie. Dlatego nie można im wierzyć. I taki najprostszy przykład to tłuszcze. Kiedyś masło było dobre, a tłuszcze roślinnych mieliśmy nie tykać. A potem się okazało, że są pewne badania, które pokazują, że chleb lepiej smakować margaryną. A współcześnie, chyba, tutaj nie czuję się ekspertem, jesteśmy w odwrocie, że to jednak masło będzie lepsze niż margaryna. I za dekadę znów się to może zmienić. Dlatego ludzie mają pewne wątpliwości czy w ogóle możemy naukowcom wierzyć. No to teraz spróbujmy odkładać ten mit. Jak to jest z tą nauką czy badania się wzajemnie wykluczają? Czy inaczej to działa?

[00:33:51] - Rafał

No to wydaje mi się, że drugi raz wpadamy w tą samą możliwość odpowiedzi. To znaczy to, co jest przedstawiane w tej opowieści jako słabość nauki, jest absolutnie największą siłą. To znaczy to, że tu nie ma dogmatów. Wiesz, że tu jest trochę tak, że jest pewna hipoteza. Ktoś robi badania dotyczące tej hipotezy i tworzy na podstawie niej pewne założenie teoretyczne pod tytułem tłuszcze szkodzą. W nauce bardzo rzadko liczą się pojedyncze badania. Tylko zazwyczaj jest tak, że ktoś przeprowadza badania a potem pozostali badacze, zajmujący się danym zakresem, próbują te badania zrealizować, czyli je powtórzyć, w innych ośrodkach naukowych i uzyskać podobne wyniki. I teraz po pierwsze, dla jasności, naukowcy uwielbiają rozwalić komuś teorię. Tak więc oni generalna idea jest taka, że jak robisz swoje własne badania to twoim zadaniem nie jest potwierdzenie swoich założeń, tylko próba ich obalenia. I logika jest taka, że jak nie obalisz, to znaczy, że możesz napisać, że jest jakiś związek przyczynowo skutkowy. A potem wchodzi banda dzikich naukowców, którzy próbują rozwalić Ci Twoją teorię i Twoje badania. I to jest absolutnie przyjemność nauki. W normalnym świecie rozwoju osobistego nazywa się to hejtem, w nauce to jest absolutnie norma. Tak że coś takiego się robi. Teraz jak nie udaje się im obalić to znaczy, że są kolejne dowody potwierdzające to także pierwotne założenie. No i nagle się okazuje, że ktoś po prostu robi badania na większej grupie uwzględnił większą ilość czynników i wychodzą wyniki przeciwne. I prawda jest taka, że dlaczego mamy najwyższej hierarchii dowodów naukowych mamy takie pojęcie metaanaliza. Metaanaliza, czyli zebranie wszystkich badań z danego zakresu. Nie pojedynczych historii tylko zebranie wszystkich badań i sprawdzanie siły efektu, który był zmierzony w każdych z tych badał. I dopiero meta analiza nam daje odpowiedź na pytanie czy my powinniśmy iść raczej w stronę tłuszczy, które szkodzą czy nie szkodzą. Trzymając się tego przykładu, o którym powiedziałeś. W związku z tym, jeżeli my co 10 lat dostajemy nową porcję wiedzy, to absolutnie plusem nauki jest to że my ją uwzględniamy. Religia znowu jest dogmatyczna. Potem powstał jakiś dogmat i funkcjonował ileś czasu. Jasne, że sobory zmieniały od czasu do czasu kierunki. Posługuje się przykładem Kościoła katolickiego jako takim przykładem najlepiej mi znanym historycznie i kulturowo w którym jestem. Ale to też nie jest tak, że ta konstrukcja wiary funkcjonowała od początku w ten sposób. Po prostu co jakiś czas sobór coś dopuszczał. zmieniał jakieś interpretacje. A tutaj chodzi o to, że nauka jakby za każdym razem będzie tak, że za chwilę pojawią się lepsze wytłumaczenia rzeczywistości. Z drugiej strony ten mechanizm pod tytułem za chwilę pojawiają się badania przeczące jest absolutnie najlepszym wymyślonym mechanizmem kontrolnym w nauce. To przecież idiotyczne by było gdybyśmy jako naukowcy podchodzili do życia tak, że raz ktoś coś zbadał były wyniki i wszyscy mówili spoko trzymamy się tego do końca świata. W sensie spoko, tak to wymyślili niech tak będzie. To jest super, że my to próbujemy kwestionować, bo to też pozwala naukę czyścić samą z siebie z oszustów, oszołomów, którzy też się zdarzają. Ludzie, którzy fałszują wyniki badań. Gdybyśmy nie mieli tego mechanizmu kontrolnego w postaci replikacji no to byśmy nie mogli tego robić.

[00:37:07] - Andrzej

Jasne. Metaanalizy moim zdaniem są pięknym przykładem tego, że można wyciągnąć bardzo sensowne wnioski z badań, które pozornie stoją ze sobą w sprzeczności. Czyli wracając do tych tłuszczy może się okazać, że zarówno masło i margaryna są dobre tylko każde w innym kontekście. Zarówno masło i margaryna mogą szkodzić, ale innym ludziom. Starszym lub młodszym. Mam przykład tego tematu, który jest mi dużo bliższy niż masło czy margaryny a mianowicie gier. Były badania robione o wpływie gier komputerowych na życie ludzi pod kątem ich szczęścia, dobrego funkcjonowania w społeczeństwie, umiejętności rozwiązywania problemów w wielu różnych aspektach życia. I jedna grupa badań wskazywała bardzo jasno na negatywne konsekwencje grania w gry. Że ludzie coraz gorzej sobie radzą w życiu problemy zdrowotne narastają. Gorzej sobie radzą w pracy. I była druga seria badań z dokładnie odwrotnym wynikami. Że ludzie są bardziej wytrwali. Lepiej sobie radzą z problemami. Wykorzystują zdolności z gier później w pracy. Pozornie jest to sprzeczność. Co się okazało w momencie, kiedy została wykonana metaanaliza? Że wszystko zależało od dwóch zasadniczych czynników. Po pierwsze motywacji ludzi do grania. Pierwsza motywacja była na zasadzie mam problemy w życiu, więc żeby się zrelaksować i od nich uciec idę w gry. Druga motywacja była taka: nie mam zbyt dużych problemów w życiu, chętnie się chwilę zrelaksuję i pogram. A drugi czynnik to był czas, jeśli ktoś spędzał więcej niż 21 godzin tygodniowo, czyli średnio 3 godziny dziennie, to prawdopodobnie też należał do tej ucieczkowej grupy i miał problemy wynikające z grania. A jak ktoś grał bardziej okazjonalnie, mógł czerpać różnego rodzaju korzyści. I na poziomie metaanalizy się okazuje, że nie ma sprzeczności pomiędzy tymi wynikami. One pięknie się uzupełniają. Po prostu trzeba zrozumieć kontekst, kiedy dana rzecz działa - kiedy jest pożyteczna, a kiedy jest szkodliwa.

[00:39:06] - Rafał

To jest jedna rzecz, a druga to jest właśnie to, że nawet gdyby taka sama hipoteza była testowana różnym zestawem badań, bez tych warunków takich, że ci są np. w życiu bardziej sobie radzą. I te gry idą w taki sposób, jakby pozytywne, i tak mogłoby się okazać, że wychodzą nam różne wyniki w różnych miejscach. Metaanaliza je agreguje i daje nam obraz tego co nam wychodzi z tej dużej liczby badań. W związku z tym jak się wyszukuje badań w danym zakresie to najczęściej wpisuje się hasło kluczowe i od razu się dopisuje słowa metaanaliza. Albo przeglądy systematyczne i to ci daje pełniejszy obraz. Trochę jest tak, że jak znalazłeś solidną analizę zrobioną w 2010 roku, to jakby wcześniejszych badań już nie musisz czytać. Prawdopodobnie ktoś je uwzględnił w tym. Czytasz późniejsze i patrzysz, czy koś coś się zmieniło w tym stanie.

[00:40:02] - Andrzej

Super. Drodzy słuchacze, kolejna praktyczna wskazówka od Rafała: nie szukajmy pojedynczych badań, a metaanalizy, w którym może i 150 badań zostało wzięte pod uwagę. To droga na skróty i duża oszczędność czasu.

[00:40:15] - Rafał

Jest też takie powiedzenie, że pojedyncze badanie da się znaleźć na wszystko. Na uzasadnienie każdej tezy. Kawa szkodzi, kawa nie szkodzi. Znajdziesz pojedyncze badania, komuś to wyszło. Teraz pytanie na jakiej grupie to zrobił jaka była jakość tych badań czy one były na podwójnie ślepej próbie czy to były badania robione bez grupy kontrolnej, bo są takie badania. I funkcjonują od czasu do czasu badania bez grupy kontrolnej, czyli my w tych badaniach nie wiemy, czy zadziałał czynnik a czy był jeszcze jakiś inny z zewnątrz, który w jakiś sposób wpłynął na wyniki badania.

[00:40:48] - Andrzej

Skoro już jesteśmy przy tych czynnikach, to myślę, że warto poruszyć kwestię, która wielu ludziom pewne trudności dostarcza. To korelacja i przyczynowość. Jak my możemy je odróżnić? Czemu to nie jest to samo?

[00:41:03] - Rafał

Korelacja to jest sytuacja, w której dwa czynniki występują wspólnie, ale nie musi być m.in. związku przyczynowo skutkowego. Taki przykład, który bardzo często się podaje: to stoisz sobie na peronie dworca PKP i pociąg ma odjeżdżać o dziesiątej 10:10. Wybija na zegarze, który widzisz 10:10 i odjechał pociąg. I teraz ten pociąg odjechał, bo wybiła 10:10. Ale to, że na tym zegarze wskazówka przesunęła się na 10:10, nie spowodowało odjazdu tego pociągu. To są po prostu dwa zjawiska, które wystąpiły w tym samym momencie. I teraz dlaczego to jest istotne. Bardzo fajnie to widać na takich fałszywych korelacjach np. od lat widzimy w Polsce taką prawidłowość, że im więcej osób je lody, tym więcej osób tonie. To jest taka rzecz, która jest bardzo często opisywana wykorzystywana jako przykład. Kiedyś Janina Bąk napisała, że powinniśmy jeść lody w kapokach, żeby być trochę bardziej zabezpieczonymi na taką okoliczność. I to jest trochę tak, że my w tej sytuacji wiemy, że te dwa zjawiska występują wspólnie. I to jest korelacja. Tzn. Korelacja polega na tym, że jeżeli jeden czynnik się zwiększa to drugi też będzie się zwiększał. To jest taka korelacja jakby idąca w tą samą stronę (pozytywna korelacja). Mamy nawet współczynnik tej korelacji, który możemy wyliczyć. Tylko bardzo często jest tak, że współczynnik korelacji mamy bardzo wysoki, ale nie oznacza, że któryś z tych czynników wpływa na drugi. Bo to nie jest tak, że ludzie toną przez lody i to nie jest tak, że jak ludzie toną, to potem są stypy i na tych stepach zjada się więcej lodów. Tylko w tej konkretnej sytuacji po prostu jest trzeci czynnik, którym jest wysoka temperatura. Bo jak jest wysoka temperatura to ten nasz trzeci czynnik C wpływa i na A i na B. I problem z przyczynowością i korelacją jest taki, że jak już widzimy, że dwa czynniki korelują, to my potem musimy sprawdzić, czy to wpływa na B czy to wpływa na albo czy to jest tak że jest jakiś zewnętrzny czynnik. W sensie taki, o którym nie pomyśleliśmy. No i dopiero wtedy możemy powiedzieć, kiedy wykluczamy np. wszelkie zewnętrzne czynniki, że to rzeczywiście jest tak że A jest skorelowane z B. Kiedyś krążyły po internecie takie genialne zestawienia różnicują się czym się różnią bogaci od biednych.  Biedni nie czytają tyle, a bogaci czytają więcej. Albo że bogaci podróżują. To jest tak sprzedawane, że powinieneś podróżować, żeby być bogatym. Trzeba sobie zadać pytanie: czy czasem to nie jest tak że B wpływa na A. To znaczy, że po prostu bogaci więcej podróżują a nie że to podróżowanie u bogacenia się na tyle że lepiej sobie radzisz w życiu, żeby bogaci więcej czytają. No i teraz ok. To nie znaczy, że jak jesteś ekstremalnie biedny i nagle zaczniesz więcej czytać, to się staniesz bogaty tylko prawdopodobnie to znaczy, że bogaci mają jednak trochę więcej czasu na czytanie. Bo np. nie muszą stawiać o szóstej rano, bo mają dwa etaty do pogodzenia. Jeszcze to jest szczególnie ciekawe jak się to porównuje na rynku amerykańskim, gdzie praca na dwóch etatach jest absolutnie normą dla dużej części społeczeństwa. To jeszcze taka praca, która nie gwarantuje ubezpieczenia. I tu są pułapki tego postrzegania po prostu korelacji jako związku przyczynowo skutkowego. To nie jest takie proste, jakby się mogło wydawać. Trzeba później sprawdzić czy to jest związek przyczynowo skutkowy czy to jest tylko korelacja.

[00:44:20] - Andrzej

Lody też są moim ulubionym przykładem, jak tłumaczę różnicę między korelacją a przyczynowością. Dokopałem się do takich korelacji dotyczących utonięć, ale też pożarów w Stanach Zjednoczonych, że właśnie te trzy rzeczy supermocno ze sobą koreluje. Więc łatwo byłoby powiedzieć, że jakiś rozsądny człowiek, który wprowadza rozporządzenia w Stanach. Dla nas to jest minister. To dla dobra ludzi zwierząt i roślin powinien zakazać jedzenia lodów. A jeśli właśnie zrozumiemy, że to jest wszystko kwestia upałów i tak jak powiedziałeś ludzie chętniej się kopią, żeby się schłodzić. Ale też jest bardziej suche powietrze, suchsze są liście, stąd jest więcej pożarów. A lody nie mają z tym nic wspólnego. I byłyby taką bezsensowną ofiarą takiej polityki.

[00:45:04] - Rafał

Najpiękniejsza korelacja fałszywa czy pozorna, na którą ja się natknąłem, to jest porównanie ze sobą liczby ilości sera spożytego tego na głowę w Stanach Zjednoczonych. I ta ta wartość zestawiona z przypadkami śmierci w wyniku zaplanowania się we własne prześcieradło i ten wykres jest absolutnie skorelowany ze sobą. To znaczy im więcej ludzie żrą sera, tym więcej ludzi umiera w prześcieradłach. To jest w ogóle przerażające wykres, bo ja pamiętam tam, że w 2008 roku w Stanach Zjednoczonych 807 osób zginęło zaplątując się w prześcieradła. Moim zdaniem nie świadczy to o nas jako o gatunku najlepiej, bo albo w tym samym roku zero zwierząt zginęło zaplątując się w prześcieradła. To tylko ludzie są w stanie zrobić. Ten wykres wprost pokazuje, że powinniśmy zakazać sera, zgodnie z tym, co powiedziałeś. Ser ZABIJA! I to zaplątywaniem ludzi w prześcieradło. Dramatyczne.

[00:46:01] - Andrzej

Nawet nie wiedziałem, że można umrzeć w ten sposób.

[00:46:03] - Rafał

Ja też nie. Myśmy się kiedyś na szkoleniu zastanawiali nad tym. Któryś z uczestników doszedł do wniosku, że w Stanach nie znają cześć z gumką, które wydają się być nieco bardziej bezpieczne. Po prostu prześcieradło i wtedy się zaplątują jakoś w to. Też nie wiedziałem, że to jest możliwe.

[00:46:17] - Andrzej

Zaraz przejdziemy do myślenia i błędów w myśleniu i jak one się przekładają na podejmowanie decyzji. Natomiast jeszcze a propos różnych ciekawych przyczyn śmierci - przypomniało mi się wystąpienie Dana Gilberta, na TEDzie, na którym on pokazuje 4 zdjęcia tam jest basen fajerwerki skok na bungee i lecę samolotem i zadaniem widzów jest powiedzenie, który z tych elementów nie pasuje do pozostałych. I okazuje się, że nie pasuje basen i wytłumaczenie jest takie: w basenach ginie znacznie więcej ludzi niż we wszystkich tych pozostałych rzeczach razem wziętych. My właśnie korzystając z heurystyki dostępności, tego co słyszymy w mediach, znacznie przeceniamy takie gwałtowne śmierci. Myślę, że zaplanowanie w prześcieradło też mogłoby trafić na nagłówki. A nie doceniamy takich sytuacji bardziej typowych jak astma czy właśnie utonięcia.

[00:47:11] - Rafał

Pamiętam te zestawienia na przykład z jednej strony śmierci w wyniku trąby powietrznej, a z drugiej strony śmierci w wyniku zatrucia tylko jadem kiełbasianym, czyli bardzo specyficzną substancją. I też większość ludzi w Stanach, gdzie były przeprowadzone badania, wybiera trąbę powietrzną niż zatrucie tak samo jak wybierają np. porażenia piorunem nad astmę. Bo to jest też trochę tak że w mediach niewiele jest wiadomości pod tytułem Jan Nowak padł na astmę. Natomiast jak Jana Nowaka zabiję piorun, to to się pojawi w mediach. No a heurystyka dostępności mówi, że ludziom się wydaje bardziej prawdopodobne wydarzenia, które są im bardziej znane i do których mają bardziej emocjonalny stosunek.

[00:47:51] - Andrzej

A tymczasem w mediach jest dokładnie odwrotnie. Bo jeśli to by było coś typowego to by się w mediach nie pojawiło. A jak jest nietypowe i wyjątkowe to się pojawia w mediach.

[00:48:01] - Rafał

Dlatego mówię, że to nie jest tak że w mediach się pojawia informacja proszę państwa w Łodzi Jan Nowak miał cukrzycę i umarł. Bo ludzie nie zareagują na to w żaden sposób i dlatego im się takich wiadomości nie serwuje.

[00:48:11] - Andrzej

I przez to niestety poświęcamy nadmierną uwagę problemom mało istotnym, a tym najważniejszym nie. Przejdźmy do myślenia i jak myśleć lepiej i jak lepsze decyzje w związku z tym podejmować. Piszesz w książkę też o tym, że ludzie nie są ekonami, tylko właśnie ludźmi, którzy niekoniecznie racjonalnie podejmują decyzje. Nie potrafią dokonać takiej analizy strat i zysków i podjąć optymalną decyzję. Tylko różnymi innymi rzeczami się kierujemy. To jak w takim razie podejmować bardziej mądre decyzje albo chociaż mniej niemądre.

[00:48:50] - Rafał

Mnie się wydaje, że największą robotę mamy do wykonania na tym etapie poznania różnych pułapek, w które możemy wpadać. Gdybym miał powiedzieć od czego zacząć, to wydaje mi się, że od tego jest zacząć najlepiej. Bo już świadomość tych wszystkich pułapek pomaga. My trochę tutaj między słowami mówimy o różnego rodzaju pułapkach wyciągania wniosków. Właśnie heurystykach itd. Już sama świadomość tych pułapek i taka zdolność zatrzymania się w procesie myślenia na chwilę i sprawdzenia czy ja czemuś nie podlegam, ma absolutnie szansę przełożyć się na lepsze decyzje. Że to jest ten moment, w którym przynajmniej wiemy, że nie wpadamy w jakieś tam trudności. I to jest pierwsza rzecz. A druga rzecz to jest po prostu znajomość, jak największej liczby metod podejmowania decyzji. Takich algorytmów służących podejmowaniu decyzji. Bo jak znamy ich dużo to możemy się zastanowić, w jaki sposób dopasować metodę do tego przed jaką decyzją akurat stoimy. Albo my bardzo często wrzucamy taki temat podejmowania decyzji do jednego worka. A trochę zapominamy, że to z jednej strony jest decyzja pod tytułem Jak chce zmienić zegarek na jaki zmienia. Czyli taka decyzja wymagająca rozwagi. Ale jest też taka decyzja pod tytułem płatki śniadaniowe. Tak żeby to uprościć. A z drugiej strony takim samym podejmowaniem decyzji jest decyzja o tym czy rzucić robotę, do której mam jakieś zastrzeżenia albo czy np. wyjść związku który nie jest dla nikogo w tym związku satysfakcjonujący. Tak, czyli mamy bardzo różne kategorie problemów decyzyjnych do rozwiązania. Mamy też takie decyzje pod tytułem samo podjęcie decyzji jest proste ale potem wytrwanie w tej decyzji jest trudne. Czyli jakby jej implementacja. To każdy kto rzucał palenie wie, że podjęcie decyzji o rzuceniu palenia jest bardzo proste. I robiliśmy to wielokrotnie tak wielu tych którzy paliło, czy pali. Natomiast to de facto problem zaczyna się później na etapie wdrożenia tych efektów tej decyzji. Więc my mamy bardzo przeróżne sytuacje decyzyjne. No i trochę jest tak, że wybór samochodu dostępnego albo domu na wakacje jest zupełnie inną kategorią wyboru jak zastanowienie się czy ja chcę zaczynać nową pracę w danym miejscu czy nie. Tak i my musimy do tego przykładać inne metody. Ta znajomość różnych pułapek się nam przyda wszystkim. Natomiast metody już będą musiały być dopasowywane do tego co jest sytuacją decyzyjną czy też sytuacją programową na samym starcie.

[00:51:08] - Andrzej

A gdybyś miał powiedzieć o top 3 i jednego, i drugiego. Czyli zacznijmy od błędów. Trzy takie najpopularniejsze, najgorsze błędy, których się trzeba pilnować, żeby ich nie popełnić. To co by to było?

[00:51:19] - Rafał

Gdybym miał wybrać top 3 na pewno w tej trójce znalazłyby się takie mechanizmy utopionych kosztów czy też zaangażowania i konsekwencji. To dotyczy tylko sytuacji podjęcia decyzji o wyjściu z czegoś. O wycofaniu się z jakiegoś projektu. Pracy, w której jesteśmy i czy inwestycji. Utopione koszty oznaczają, że im więcej energii straciliśmy na to żeby się zaangażować w ten pomysł, tym trudniej będzie się nam wycofać. Bardzo często jest to opisywane banalne przykładem, że idziemy do kina. Film nam się nie podoba, ale siedzimy do końca. I część ludzi ma. Tak sobie tłumaczymy, że na pewno się rozkręci. To się nigdy nie rozkręca, jak zaczęło się źle. Albo mamy popcorn i musimy to dojeść i tak dalej. Natomiast to jest bardzo poważna przeszkoda przed podejmowaniem decyzji, bo my jesteśmy mocno w tym uwikłani. Tak jakby w tej decyzji w środku. To jest nasze dziecko np. nasz pomysł biznesowy. Druga rzecz, o której bym powiedział to porównania społeczne. Czyli taki błąd, którego dokonujemy już po podjęciu decyzji polegający na tym, że zaczynamy porównywać efekty swojej decyzji ze swoim otoczeniem. Z tym czy mój kolega nie trafił lepiej. Takie proste rady, które my mamy czasami dla kogoś, że np. jak kupujesz telewizor i już kupisz, to już się nie rozglądaj. Bo wiadomo, że znajdziesz za chwilę lepszy. Twój kumpel kupi lepszy itd. Trochę pokazuje, że problem porównań społecznych jest taki, że ludzie czasami wybierają rzeczywistość obiektywnie gorszą, ale lepszą z perspektywy porównania do swojego otoczenia. To takie słynne badania, gdzie np. wybierają, że chcą zarabiać mniej, byle tylko to było więcej niż ich otoczenia. Tak że gdyby nawet obiektywnie mogli zarabiać dwukrotnie więcej, ale byłoby to mniej niż ludzie w ich otoczeniu zarabiają, to nie wchodzą w te opcję. I na etapie pułapek no to chyba bym jednak wrzucił maksymalizm, czyli taką właściwość, polegającą na konieczności znajdowania idealnego rozwiązania w każdej sytuacji. To często tłumaczy się takim podziałem ludzi na maksymalistów i satysfakcjonalistów. Ci maksymaliści to ci, którzy szukają idealnych rozwiązań. A satysfakcjanaliści koncentrują się na rozwiązaniach wystarczająco dobrych, czyli takich które spełniają kryteria. I teraz jasne, że jak mam do podjęcia trudną decyzję to odrobina maksymalizmu się przyda, bo się przyłożę do tego procesu. Ale to zaczyna być problem, kiedy ja wpadam w takie pułapki pod tytułem, szukam butów i nagle cały czas mi się wydaje, że za rogiem będą lepsze. Albo odpalam Netflixa wieczorem i scrolluję jakby czekam na idealny film na dziś i naprawdę ludzie mają takie przygody, że nie włączają filmu, bo nie są w stanie ich wybrać. Tak oczywiście teraz to mówię na poziomie badanego przykładu.

[00:54:04] - Andrzej

Albo jak włączają to później przeżywają katusze, że jednak nie wybrali czegoś innego, co było lepszą decyzją.

[00:54:10] - Rafał

To znowu kolejne mechanizm utraconych możliwości. To też jest ciekawy mechanizm. Ale sam ten maksymalny jest ciekawy, bo badania na temat maksymalizmu pokazują, że ludzie, którzy mają wysoką skalę maksymalizmu, zachowują się tak, że nawet jak podejmują decyzję obiektywnie lepsze od satysfakcjonalistów to i tak są mniej zadowoleni z tych decyzji. Bo i tak męczy ich to, co jest za rogiem. I to jest też ciekawe, bo oczywiście ludzie się różnią. Ja np.  mam w domu tak, że jestem absolutnie satysfakcjonalistą, a moja Gosia jest maksymalistą w przypadku większości decyzji. I absolutnie to wie. Teraz nie ujawniamy żadnych tajemnic. Chyba. Wiesz co jest takie np. objawia się tym, że Gosia szuka zazwyczaj mieszkań wakacyjnych, jak gdzieś wyjeżdżamy. I znajduje je genialnie. Myśmy nigdy nie zaliczyli wpadki przy Gosi wyborach. Natomiast my mamy trudne momenty przy tych wyborach, bo Gosia mi pokazuje trzy i mówi to może to. A ja mówię super. To może takie? Też jest fajne. Wiesz ja bym wybrał to pierwsze, które spełniałoby moje kryteria, Gosia ma takie poczucie, że trzeba pogrzebać głębiej. Dzięki temu oczywiście my potem mamy lepsze mieszkania. Ale ja widzę, ile czasami energii ją kosztuje przerzucanie się tymi pomiędzy tymi opcjami porównywanie tych wszystkich opcji między sobą. Ale też widzę, że jak na którąś propozycję mówię może być, to dla Gosi to czasami jest taki symbol tego, że ja się nie zaangażowałem w tą decyzję. Bo jest tak jak w starym dowcipie: na jaki kolor mężczyzna chce mieć pomalowane mieszkanie? Odpowiada Ci ktoś zielony, a twoja odpowiedź brzmi może być. To po prostu jest kolor. Oczywiście w przesadnej wersji. To by było top 3

[00:55:46] - Andrzej

Ja bym dorzucił jeszcze jedną rzecz. Oczywiście jeśli macie ochotę drodzy słuchacze poznać więcej tych błędów, to po pierwsze zapraszamy do książki Rafała „Yyyyy. Jak podejmować dobre decyzje”, a po drugie do wpisania sobie nawet w Google. Błędy poznawcze czy cognitive bias i zobaczycie listę bardzo wielu błędów, na które warto uważać. Ja uważam, że wyjątkowo podstępny jest też efekt aureoli. W zabieganym świecie, w którym chcemy podejmować szybkie decyzje, myślimy, że jeśli ktoś mądrze mówi, to na pewno się zna. Ktoś jest przystojny, to na pewno jest uczciwy. I tak dalej jest jedna taka pozytywna cecha i my nie zadajemy sobie trudu, żeby sprawdzić pozostałe, stwierdzamy: dobra to jest mój człowiek, to jest mój samochód i niczym innym się już nie muszę przejmować. To spróbujmy teraz od drugiej strony podejść do tego tematu wiemy już czego nie powinniśmy robić na co powinniśmy uważać. Zróbmy top 3 takich strategii, które Twoim zdaniem najczęściej najlepiej się sprawdzą.

[00:56:43] - Rafał

To zacznę od najbardziej ogólnej. Moim zdaniem, żeby dobrze podejmować decyzje trzeba znać się na całym procesie. Czyli wiedzieć, że to nie jest tylko wybór opcji i porównania opcji. Tylko to się zaczyna od definicji problemu. Potem jest znalezienie wszystkich opcji. Porównanie ich, podjęcie decyzji i ocena postdecyzyjna. I teraz dlaczego o tym mówię, bo bardzo często w sytuacji decyzyjnej my się automatycznie rzucamy na rozważanie różnych opcji. A wcześniej powinniśmy się na chwilę zatrzymać i zastanowić jaki problem my rozwiązujemy tą decyzją. Takie coachingowe chyba podejście chociaż ja mało mam z coachingiem wspólnego. Bo to jest trochę taki moment, wiesz jak by psuje się samochód. Marcin opisuje taki przykład w książce. Zepsuł mi się samochód drugi w rodzinie i z automatu zaczęli szukać nowego auta. Porównywać modele czytać fora i wiesz cały ten proces wykonali przepięknie. Czytanie opinii kryteria ważność kryteriów, wagi tych kryteriów. Wybrali samochód okazało się, że trzeba na niego czekać 4 tygodnie. Marcin siadł z Edith, ze swoją żoną, i doszli do wniosku że nie potrzebują drugiego auta. Mieszkają w Warszawie i w ogóle im to jest niepotrzebne. Problem polega na tym, że oni przepięknie wykonali proces decyzyjny, tylko źle zdefiniowali problem na samym początku. To jest trochę tak jak ludzie mówią rzucam robotę szukam nowej. A tak naprawdę rozwiązanie problemu, na które szukają odpowiedzi, czy powinni szukać brzmi: jak sobie zapewnić realizację interesów, które są dla mnie ważne w pracy. Być może się to da zrobić w tej, tylko trzeba coś w niej zmieniać, ale jednak intuicyjnie idziemy w stronę przeglądu opcji wyboru itd. Więc wydaje mi się, że to jest absolutnie kluczowe. Druga rzecz to są wszystkie metody związane z nagraniem dystansu do decyzji. My wiemy jak złym doradcą mogą być emocje w procesach decyzyjnych. Od przykładów mega poważnych do tych mniej. Dan Ariely sprawdzał, w jaki sposób mężczyźni odpowiadają na pytania w dwóch warunkach: to znaczy bez pobudzenia seksualnego i z pobudzeniem seksualnym. I wiesz oni, kiedy podejmowali decyzje na temat tego, jak bardzo byliby skłonni do określonych zachowań, to okazywało się, że ta obecność pobudzenia seksualnego absolutnie mi zmienia proces podejmowania decyzji. Od śmiesznych pytań pod tytułem pamiętajmy, że to są 19 latkowie. Badani. Takie pytanie czy zgodziłby się na seks z 40 latką. Wiesz ja dzisiaj nie rozumiem trudności tego pytania. Natomiast oni mieli po 19 lat więc na zimno to było 30 procent. Na gorąco już 50. Tu możemy się śmiać z tego, że im się jakby przychylność względem osób starszych zwiększała. Ale kiedy Ariely zapytał, czy podałbyś narkotyki, żeby się z kimś przespać, to na zimno tak odpowiedziało 5 proc. a na gorąco już 23. Wiesz i to jest dramatyczny dowód na to, jak zmieniają się decyzje ludzi. Bo to oni oceniali po prostu jak bardzo byliby skłonni do tego zachowania. Wiedzieli, że to jest badanie i ktoś będzie widział ich wyniki. Pomimo tego samo pobudzenie seksualne spowodowało, że oni byli w stanie odpowiedzieć w taki sposób i teraz to oznacza, że my czasami w sytuacji podejmowania decyzji powinniśmy uważać na emocje

[00:59:45] - Andrzej

Nie tylko pobudzenie seksualne, ale wszystkie emocje silne.

[00:59:48] - Rafał

Ja o tym badaniu mówię, bo one dobrze zostaje w głowie i pozwala zapamiętać całość mechanizmu. Tutaj chodzi o takie ekstremalne pobudzenie rzeczywiście. Natomiast chodzi o to, że my wiemy, że najlepszy stan emocjonalny do podejmowania decyzji, to stan neutralny. Tak że my wiemy, że i przesadna radość nam wtedy nie pomoże i przesadny smutek. Natomiast mnie chodzi o takie sytuacje, że my czasami jesteśmy tak uwikłani w decyzje, że nam jest trudno wyobrazić sobie rozwiązanie. I czasami takie bardzo proste metody pod tytułem wyobraź sobie, że na twoim miejscu stoi ktoś inny patrzy na tę sytuację, co by zrobił? I nagle się okazuje, że ludzie po takim prostym zabiegu mówią nie no to jest jasne co by zrobił. Dlaczego? Bo stawiają tam kogoś kto nie ma tych emocji i to takie metody nabierania dystansu są bardzo ważne. To jest taka mocno techniczna rzecz. W sensie taka bardzo sprowadzająca do poziomu takiego codziennego zastosowania. Mielibyśmy i znajomość całości procesu i nabieranie dystansu. I chyba nie wskazałbym top 3, tylko powiedziałbym, że tą ostatnią rzeczą, czyli tym ostatnim elementem naszej trójki to było po prostu narzędzia. Ale już bym nie powiedział o jednym. Tak bo ok my możemy wybierać sobie takie narzędzia porównywania opcji między sobą, które zakładają nadawanie wagi. Jest taka strategia, która się nazywa Strategia maksymalizacji addytywnej użyteczności. Uwielbiam tą nazwę. Ona z grubsza polega na tym, że mamy kilka opcji ze sobą porównać. Wybieramy sobie kryteria, którymi będziemy porównywać. Nadajemy wagi tym kryterium. A potem przyznajemy punkty w tych kategoriach. I wychodzi nam piękny matematyczny wynik. Natomiast nie powiedziałbym, że to jest w top 3, bo to jest metoda nadająca się do pewnych kategorii problemów. Więc wiesz miałbym te dwa duże zalecenia pod tytułem nabiera dystansu i znaj się na całości procesu, a trzecie takie zalecenie to było po prostu poznała jak najwięcej metod takich algorytmicznych metod. Takich metod nastawionych na co mnie pcha co mnie trzyma w kierunku do decyzji. Metody za i przeciw i rozważania takiego alternatyw itd. Wydaje mi się, że bardzo użyteczne jest gromadzenie maksymalnej liczby metod z różnych dziedzin, o których gdzieś usłyszeliśmy, a potem zastanawianie się czy ona pasuje do mojej sytuacji decyzyjnej.

[01:02:00] - Andrzej

Przy technice nabierania dystansu też piszesz, o tym co byś doradził swojemu przyjacielowi, gdyby to on się znalazł w podobnej sytuacji. I trochę zatoczyliśmy koło. Bo to jest dokładnie technika, którą rekomendują stoicy. Czyli jeśli nam się rozbije jakaś tam filiżanka, bardzo dla nas cenna, to rozpaczamy. Jak byśmy się zastanowili, co byśmy radzili naszemu przyjacielowi, któremu się stłukła. Słuchaj stary to tylko filiżanka. Jest tyle ważniejszych rzeczy w życiu. Możesz jutro umrzeć. Czemu się przejmuję filiżanką. Dla nam jest oczywiste, że to jest właściwy sposób zachowania. Jak mówimy o kimś innym, ale do nas samych trudno jest to zastosować. Więc ten dystans to właśnie bardzo stoicka rzecz. Stoicy zachęcają do tego, żeby dystans się wobec naszych przekonań, które nie zawsze są słuszne. Silnych emocji, które nam zaburzają racjonalną ocenę. Więc to jest myślę piękna klamra.

[01:02:54] - Rafał

Ja tylko dodam tylko, bo jak pisaliśmy książkę, to znaleźliśmy przepiękny przykład zastosowania tego schematu. Że to jest taki moment, w którym poznajesz kogoś z kim wiążesz nadzieje romantyczne, ale to jest bardzo wczesny etap i się zastanawiasz, czy zadzwonić. Ja już mam za sobą takie etapy, ale to jest ten moment, w którym już masz numer i się zastanawiasz czy teraz już się odezwać do kogoś zagadać. Za moich czasów to się na domofon dzwoniło i proponowało rozmowę. I teraz my mamy wtedy często takie rozterki pod tytułem. Nie, bo dostanę po głowie, dostanę kosza itd. I w jednej z książek znaleźliśmy takie zalecenie: wyobraź sobie, co byś wtedy doradził swojemu kumplowi. No i wiesz powiedziałbyś temu kumplowi stary dzwoń, czym się przejmujesz?

[01:03:38] - Andrzej

Co możesz stracić?

[01:03:39] - Rafał

Najwyżej ci powiedzą spadaj. Tylko że wiesz, na tym polega ten zabieg pod tytułem co byś poradził komuś. Natomiast de facto cała sytuacja decyzyjna się nie zmienia. Jednyna rzecz, która nam się zmienia to to, że my sobie wkładamy te swoje emocje. Na dodatek dokładamy do tego emocje, których jeszcze nie ma, a które sobie wyobrażamy. Że się wydarzą.  Kumpla byśmy wysłali Sami się zastanawiamy co pokazuje, że być może to rozwiązanie jest jednak prostsze niż nam się wydaje.

[01:04:06] - Andrzej

Bardzo Ci Rafał dziękuję za rozmowę. Powiedz proszę, jeśli ktoś z naszych słuchaczy chciałby się z tobą skontaktować, to jaki jest najprostszy sposób, żeby to zrobić?

[01:04:15] - Rafał

Myślę, że najłatwiejsze są media społecznościowe. Ja jestem na Facebooku i na LinkiedInie. Pewnie istnieją jeszcze jakieś inne. Na tych dwóch kanałach coś tam sobie funkcjonuje. Więc to jest jakiś sposób kontaktowania się ze mną. Można mnie gdzieś tam zaszczepić. Na YouTubie jest parę materiałów, takich które są albo z TEDxów albo z pozostałych. Jeśli ktoś chciałby poznać to, o czym ja opowiadam i w jakim stylu to robię. Na początku pandemii zacząłem bawić się prowadzeniem kanału klubowego, który nieco z racji tego, że od września już mam bardzo dużą ilość projektów do realizacji. Co jest częstą przygodą ludzi, którzy próbowali coś zrobić na YouTubie. Natomiast jeśli ktoś chciałby to Kanał nazywa się Teraz Wiesz i można do niego sięgnąć. Ja staram się tam zajmować naukową wiedzą, ale czasami w tematach mniej oczywistych jak np. przeklinaniem się zająłem w jednym z odcinków, więc polecam.

[01:05:05] - Andrzej

Plus są dwa odcinki o podejmowaniu decyzji, gdzie zostały rozwinięte te myśli, które ruszyliśmy tutaj. Więc jeśli was to ciekawi to zdecydowanie warto wpisać Teraz Wiesz na YouTube i znaleźć kanał Rafała.

Głównym tematem odcinka jest przezwyciężanie przeszkód. 

Każdy z nas zmaga się z różnego rodzaju problemami, wyzwaniami i komplikacjami. Część z nich pochodzi z zewnętrznego świata. Druga część to nasi wewnętrzni przeciwnicy, którzy zachęcają nas do lenistwa, zjadania słodyczy czy odkładania spraw na później.

Poznaj znakomite stoickie strategie, które pozwolą Ci zmienić przeszkody w przygody. Dowiedz się, czym są psychologiczne ramy psychologiczne i z powodzeniem stosuj „Dobrodziejstwo w przebraniu”, „Okazję do treningu” czy „Historię do opowiedzenia”.

W kąciku książkowym wyławiam merytoryczne perełki z książki SuperBetter  Jane McGonigal. Prezentuje 5 strategii radzenia sobie z wewnętrznymi przeciwnikami: (1) unikanie (2) opieranie się (3) dostosowywanie się (4) rzucanie wyzwania i (5) przeciąganie na swoją stronę.

W kąciku naukowym przedstawię Ci zdumiewające badanie, które pokazuje że odwrócenie dłoni wierzchem do góry może mieć duży wpływ na to, jak oceniasz nowe informacje.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #42 - O przezwyciężaniu przeszkód

W życiu każdego z nas pojawiają się przeszkody, problemy i komplikacje. Mimo szczerych chęci i aktywnych działań zapobiegawczych nie jesteśmy w stanie ich uniknąć. To jednak co możemy zrobić, to zmienić sposób, w jaki o nich myślimy.

Do tego właśnie zachęcają nas stoicy – by zobaczyć w przeszkodach szansę – na dostrzeżenie nowych możliwości, wzmocnienie siły charakteru i przetestowanie swoich umiejętności.

Jeśli chcesz wiedzieć, jak zamienić przeszkody w przygody – zapraszam do słuchania!

 

INTRO

Nazywam się Andrzej Bernardyn. Jestem trenerem biznesu z nurtu evidence based, ekspertem od rozwijania nawyków i praktykującym stoikiem. A to mój podcast Od laika do stoika, w którym pokazuję, jak możesz żyć inaczej. Jak zamiast wypruwać sobie żyły w pogoni za sukcesem, cieszyć się życiem tu i teraz, korzystając z mądrości stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.


WSTĘPNIAK

Uwielbiam wyznaczać istotne dla mnie cele i je realizować. Daje mi to poczucie sprawstwa, przekonanie o własnej zaradności i o tym, że to ja kieruję swoim życiem, a nie że życie po prostu mi się przydarza.

Oczywiście nie każdy cel udaje mi się osiągnąć. Na mojej drodze stają różnego rodzaju komplikacje, przeszkody i trudności. Zanim zdecydowałem się zostać stoikiem – serdecznie ich nienawidziłem. Z miną urażonego monarchy patrzyłem na wydarzenia, które ośmieliły się wejść w drogę moim planom. W efekcie reagowałem na nie nerwowo i osłabiałem swoją zdolność do kreatywnego rozwiązywania problemów. A to z kolei przekładało się na to, że nie osiągałem tego, na czym mi tak bardzo zależało. W dużej mierze z własnej winy.

Poznanie stoickich strategii i konsekwentne praktykowanie ich w swoim życiu pozwoliło mi zmienić swoje nastawienie. Komplikacji w moim życiu jest obecnie równie dużo jak dawniej. Może nawet więcej, ze względu na powiększenie się mojej rodziny do 5 osób, w tym trójki aktywnych urwisów. Jednak stoicyzm pozwala mi reagować na trudności w zupełnie inny, bardziej produktywny sposób.

W tym odcinku zaproszę Cię do przejścia podobnej drogi. Najpierw zobaczymy, jakie są typowe reakcje na napotkanie trudności. Potem przyjrzymy się stoickim strategiom, dzięki którym możesz zmienić przeszkody w przygody. Zobaczysz na przykładzie wziętym wprost z mojego życia, jak można je zastosować oraz poznasz kulisy powstania tego podcastu.

W kąciku książkowym wyłowię dla Ciebie merytoryczne perełki z książki SuperBetter Jane McGonigal, a w kąciku naukowym zajmiemy się X.

Rozkład jazdy podany, zatem zaczynamy!


Typowe sposoby reagowania na przeszkody

Dużymi krokami zmierzamy do końca 2020 roku. Był on prawdopodobnie najdziwniejszym rokiem ze wszystkich, które przeżyłem. Oczywiście głównym sprawcą zamieszania była pandemia i wszystkie skutki z nią związane. W mojej pracy trenera biznesu były one mocno odczuwalne. Od początku tego roku mój kalendarz szkoleniowy wyglądał obiecująco. Miałem zamówione warsztaty w każdym miesiącu aż do czerwca. Mogłem liczyć na stabilne i stosunkowo wysokie dochody.

Tymczasem sytuacja drastycznie się zmieniła. Gdy koronawirus zawitał do Polski i nastąpił lock-down wszystkie potwierdzone wcześniej szkolenia zostały… albo zawieszone albo odwołane. Z dnia na dzień de facto straciłem pracę i źródło utrzymania. A rachunków do opłacenia nie brakowało – kredyt na mieszkanie, które niedawno kupiliśmy. Środki potrzebne na jego generalny remont. Czynsz za nowe mieszkanie i drugi za stare, w którym obecnie żyliśmy. Rata za wynajem długoterminowy auta. Miesięczne utrzymanie 5-osobowej rodziny – jedzenie, przedszkole itd.

Sytuacja bez 2 zdań nie była dla mnie zbyt wesoła. Bez problemu mógłbym zareagować w jeden z 5 typowych sposobów:

  • użalaniem się nad sobą – „O ja nieszczęśliwy! Mnie zawsze coś takiego spotyka. Już mi tak dobrze szło. Wszystko już miałem zaplanowane, potwierdzone. I co ja teraz biedny pocznę?”
  • gniewem – „To takie niesprawiedliwe! Ależ ten los jest okrutny! Akurat wtedy kiedy kupiliśmy mieszkanie! Akurat gdy wydaliśmy dużą część oszczędności na wkład własny i pierwszy raz w życiu mamy kredyt do spłacenia! I po cholerę cały ten lock-down? W normalnych krajach jak Szwecja, nikt nie zamyka od razu całego kraju, bo jest kilka osób zachorowało. Ależ chętnie skopałbym kilka ministerialnych tyłków odpowiedzialnych za to zamieszanie!”
  • rezygnacją – „No trudno, nici z moich planów. Trzeba będzie jakoś to przetrwać. Zaciśniemy pasa i może jakoś będzie.”
  • ignorowaniem – „Nieważne, że jest pandemia i lock-down. Na pewno zaraz wszystko wróci do normy. Wystarczy, że będę wysyłał więcej ofert na szkolenia stacjonarne i wszystko będzie ok.”
  • walką – „Pora rozpętać w internetach burze. Głośno krzyczeć o bezsensowności lock-downu i krzywdach, które on wyrządza gospodarce. Będę pisał listy do wszystkich w rządzie! Na pewno przemówią im do rozsądku.”

Każda z tych reakcji na przeszkodę może wydawać się naturalna czy wręcz uzasadniona. Możliwe nawet, że podjęcie któregoś z tych działań pomogłoby rozładować kumulujące się we mnie napięcie. Jednak z pewnością nie poprawiłoby materialnej sytuacji mojej rodziny. Do tego potrzebowałem zupełnie innego podejścia.


Historia z życia wzięta

Z pomocą, jak niemal zawsze, przyszli mi stoicy. Sięgnąłem po Rozmyślania Marka Aureliusza, w których rzymski cesarz pisze:

Nasze działania mogą być blokowane… jednak nikt i nic nie może zablokować naszych intencji ani zmienić naszej postawy, ponieważ możemy się dostosowywać i przystosowywać. Nasz umysł przystosowuje się i wykorzystuje do własnych celów przeszkodę, która staje na naszej drodze.

„No dobrze, drogi Marku – pomyślałem. Mam się dostosować i przystosować, tak? Zastanówmy się, jak mogę to zrobić? Szkolenia stacjonarne leżą i kwiczą. Oceniając obecną sytuację racjonalnie, a nie życzeniowo, należałoby przyjąć, że ta sytuacja się nie zmieni – może nawet do jesieni. Albo i do końca roku. Ale czy to znaczy, że firmy zrezygnują ze wszystkich form szkoleń? Mało prawdopodobne – raczej wszystko przeniesie się do onlajnu.”

Marek Aureliusz raczej nie zapisał cytowanych wcześniej słów, mając na myśli: „Nie łam się chłopie i zacznij szkolić on-line’owo”. Mnie jednak udało się w ten sposób je zinterpretować, co okazało się strzałem w dziesiątkę.

Cesarz dodał jeszcze: Przeszkoda w działaniu przyspiesza działanie. To, co stoi nam na drodze, staje się drogą. 

Tak też się stało w moim przypadku. Przeszkoda w postaci embarga na szkolenia stacjonarne wrzuciła mnie w objęcia szkoleń internetowych. Przez kilka pierwszych miesięcy faktycznie trudno było pozyskać nowe zlecenia. Gdy jednak pierwszy pandemiczny szok minął, firmy zaczęły powoli odmrażać swoje budżety na rozwój pracowników. Z każdym upływającym miesiącem zdobycie klientów stawało się prostsze.

Szkolenia internetowe mają oczywiście swoje ograniczenia. By były skuteczne, nie można po prostu przenieść tego, co się robiło z reala do wirtuala. Tym bardziej, jeśli tak jak ja, jeździło się na szkolenia samochodem wypakowanym po sufit grami szkoleniowymi i gadżetami. Na szczęście nie brakuje internetowych narzędzi takich jak Mural czy Mentimeter, dzięki którym można zachować warsztatową formę szkoleń. Gdy trener nauczy się robić z nich dobry użytek, wirtualne szkolenia mogą być równie skuteczne co te na sali.

Dodatkowo – działalność on-lajnowa ma też swoje ogromne zalety. W ostatnim kwartale każdego roku, czyli w szczycie sezonu szkoleniowego, nie było mnie w domu przez 15-20 dni w miesiącu. Ciągle jeździłem z miasta do miasta. Moja żona i dzieci mogły mnie widzieć co najwyżej na ekranie telefonu Marty podczas Whatappowej wideo-rozmowy. Pod koniec tego roku nie spędziłem ani jednego dna poza domem. Każdego dnia wieczorem mogłem być z osobami, które najbardziej kocham. To ogromna zmiana z ok. 50 dni rozłąki podczas ostatniego kwartału do 0 dni.

Kolejna korzyść z on-line’owych szkoleń to brak konieczności dojazdu. Gdy szkoliłem w Gdańsku czy Białymstoku, więcej czasu spędzałem prowadząc samochód niż będąc na sali szkoleniowej. Za ten czas podróży nikt mi oczywiście nie płacił. Odzyskałem wiele dni życia, które normalnie spędzałem na pakowaniu walizki, jeżdżeniu, tankowaniu auta, szukaniu hotelu itd. Teraz, gdy kończę prowadzić szkolenie niejako teleportuje się od razu do domu.

Jeszcze pół roku temu byłem przekonany, że pandemia koronawirusa to najgorsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać. Coś co sprawi, że stracę pracę, którą kochałem i będę zmuszony do zatrudnienia się w Biedrze czy Lidlu, by mieć z czego żyć.

Tymczasem okazało się, że przeniesienie się do on-line’u to była jedna z najlepszych dla mnie decyzji. Prawdopodobnie nigdy bym się na to nie zdecydował, gdybym nie został do tego brutalnie zmuszony. Dalej jeździłbym 50 tys. km rocznie po Polsce, aż do momentu, gdy rozbiłbym auto w wypadku samochodowym. Dalej pod koniec roku dzieci i żona widzieliby mnie w domu tylko na moment, w którym przepakowywałem walizki na kolejny wyjazd.

Przeszkoda w działaniu przyspiesza działanie. To, co stoi nam na drodze, staje się drogą.

Przeszkoda stała się dla mnie drogą. Nie tylko do internetowych szkoleń. Podcast, którego właśnie słuchasz, też jest „dzieckiem tej pandemii”. Gdybym zrealizował wszystkie zaplanowane na początku roku szkolenia z pewnością nie zdecydowałbym się z nim wystartować. Podcast powstał, bo na początku pandemii uwolniło mi się więcej czasu niż kiedykolwiek. Stworzyłem też kurs internetowy Wewnętrzna Siła, który pomaga ludziom w przejściu intensywnego stoickiego treningu. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że czas pandemii był jednym z najbardziej produktywnych okresów w moim życiu.

Z perspektywy czasu moje wybory i działania mogą wydać się oczywiste. „No pewnie – miałeś wolny kalendarz, to stworzyłeś kurs i podcast. Nie mogłeś szkolić stacjonarnie, to zacząłeś robić to on-line. Wielki mi wyczyn, przecież każdy by tak zrobił.” Wiesz mi jednak, że gdy w jednej chwili się całe Twoje zawodowe życie wywraca do góry nogami, gdy zalewają Cię gniewne lub depresyjne myśli, nie jest łatwo znaleźć właściwe rozwiązanie. To, co w tym pomaga, to stoicki dystans. Popatrzenie na swoje problemy, jakby dotyczyły one innej osoby. Zadanie sobie pytania: „Co doradzisz przyjacielowi, który znalazł się w tej sytuacji?” Wtedy dużo łatwiej jest znaleźć wyjście.

Stoicka zmiana perspektywy

Gdy przyjdzie Ci się zmierzyć z przeszkodą, zwłaszcza nieoczekiwaną, potrzebujesz zmienić perspektywę. Współcześnie w psychologii mówi się o stosowaniu odpowiednich ram interpretacyjnych. Zgodnie ze stoicką zasadą, nie decydujesz o tym, co Ci się w życiu przytrafia. Ale to, jak to ocenisz, jaką wartość przypiszesz tym wydarzeniom – to już zależy tylko od Ciebie.

W przykładzie z mojego życia posłużyłem się ramą interpretacyjną „dobrodziejstwo w przebraniu”. Założyłem przez moment, że pandemia może okazać się do mnie pomocna, jeśli tylko będę umiał się dostosować do zmiany rzeczywistości. Zadałem sobie pytanie: „Co może być w tym dobrego?” oraz „Jakie uzyskałem teraz możliwości, których wcześniej nie dostrzegałem?”

Czasem trudno będzie od razu znaleźć dobrą odpowiedź na to pytanie. Jeśli przemiana przeszkody w przygodę, wydaje Ci się niemożliwa, możesz też posłużyć się inną ramą interpretacyjną – „okazja do treningu”. Wyobraź sobie przez moment, że zapisujesz się do sekretnego stowarzyszenia, które oferuje treningi odporności psychicznej i zaradności. Opłacasz z góry roczną składkę i czekasz. W tym czasie specjaliści ze stowarzyszenia planują różnego rodzaju komplikacje w Twoim życiu. Mierząc się z tymi utrudnieniami, będziesz mieć możliwość rozwinięcia swojej kreatywności, zdolności do twórczego rozwiązywania problemów i opanowania. Jesteś więc psychicznie przygotowany, że w każdej chwili może pojawić się komplikacja, specjalnie dla Ciebie zaaranżowana. Tak właśnie postrzegali przeszkody stoicy.

„Sto­ik wszel­kie prze­ciw­ności uważa za ćwi­cze­nia.” Seneka, O Opatrz­ności, II.2

„Prze­ciw­ności są pro­bie­rzem człowie­ka. Ile­kroć w przyszłości spad­nie na cię prze­ciw­ność, pomyśl so­bie, że to […] mistrz zapaśników wy­zna­czył ci po­tyczkę z krzep­kim młodzieńcem.” Epiktet, Dia­try­by, I.24

Przeszkody nie są więc czymś złym. Wręcz przeciwnie, pomagają Ci we własnym rozwoju. Pozwalają Ci oswoić się z różnymi sytuacjami, opanować umiejętności, zdobyć przekonanie o własnej zaradności.

Choć zmaganie się z przeszkodą może nie być przyjemne, daje nam możliwość darmowego treningu. Czasem to trening cierpliwości, wyrozumiałości lub akceptowania tego, czego nie możemy zmienić.

Jeśli przyłożymy się do tej potyczki, odrobimy lekcję i wyciągniemy wnioski na przyszłość, wyjdziemy z niej zwycięsko. Z perspektywy czasu będziemy się cieszyć, że ta przeszkoda wystąpiła.

„[…] jeśli mnie […] ktoś za­pra­wia w pa­no­wa­niu nad gnie­wem, to czyż nie przy­no­si on mi przez to pożytku? […]. Z piekła ro­dem mój sąsiad? Dla sie­bie sa­me­go. Bo dla mnie to jest on do­bry. Kształtuje on we mnie szla­chet­ny sposób myśle­nia i spra­wied­liwość.

Epiktet, Diatryby, III.20

Nawet sąsiad z piekła rodem, głośno słuchający muzyki albo strzyżący trawnik o 6:00 rano w niedzielę, może nam nieświadomie oddać przysługę.  Zamiast się gorączkować rzeczą, na którą nie mamy wpływ (tym, kto mieszka obok nas), możemy nauczyć się prowadzenia trudnych negocjacji lub panowania nas swoim gniewem. Te umiejętności przydadzą nam się w wielu innych, znacznie istotniejszych sytuacjach zawodowych (rozmowy z irytującym, ale bogatym klientem) lub osobistych (nie krzyczenie na swoje dzieci, które kolejny raz popełniły ten sam błąd).

Jeśli z pewnych względów nie widzisz szansy na zastosowanie ramy interpretacyjnej „dobrodziejstwo w przebraniu” ani „okazja do treningu” – masz jeszcze inne możliwości.

Kolejną ramą, którą Ci polecam, jest „historia do opowiedzenia”. Ludzie uwielbiają słuchać historii, zwłaszcza tych prawdziwych. Tu i teraz Twoja sytuacja może wydawać Ci się niewesoła. Jednak po 2 miesiącach negatywne emocje wyparują, a interesująca historia pozostanie. Czy nie warto teraz trochę pocierpieć, by zyskać ciekawą opowieść? Reporterzy jeżdżą w tym celu na drugi kraniec świata, czasem na tereny objęte wojną. Twoja cena za dobrą historię może być znacznie niższa.

Ostatnią ramą, którą chcę Ci zaproponować jest „zabawmy się”. Jeśli nie masz na coś wpływu, sytuacja Cię zmusza do podjęcia pewnych działań – zadaj sobie pytanie: „Co mogę zrobić, by zmienić przykre zadanie w przyjemną zabawę?”. Podczas pandemii zostaliśmy z rodziną objęci domową kwarantanną. Dostaliśmy smsa o tym, że musimy na swoich telefonach zainstalować aplikację, która będzie nas śledziła. Dwa razy dziennie aplikacja żądała od nas zrobienia selfiaczka, który miał udowodnić, że faktycznie jesteśmy w domu. Zamiast wkurzać się na „perfidną inwigilację” czy odmawiać wykonania zadania na podstawie „moich konstytucyjnych praw”, potraktowałem to jako zabawę. Na mojej ścianie na facebooku możesz prześledzić galerię różnych niestoickich min, które robiłem do obiektywu. Ja miałem przy tym ubaw i znajomi oglądający moje zdjęcia również. Po co się denerwować, skoro można wykorzystać daną sytuację jako pretekst do zabawy?

Tym samym zrealizowaliśmy główny temat odcinka. Przejdźmy zatem do kącików tematycznych.

KĄCIK KSIĄŻKOWY

SuperBetter to książka Jane McGonigal o tym, jak wzbogacić swoje życie, stosując różne patenty z gier komputerowych. Mnie ta lektura pozwoliła odzyskać wiarę w gry. Pokazała, że granie wcale nie musi być stratą czasu – może być okazją do rozwinięcia wielu cennych życiowo umiejętności. Jedną z nich jest wytrwałość. Niepoddawanie się w obliczu napotkania trudności. Próbowanie do skutku, wiedząc, że znalezienie rozwiązania jest tylko kwestią czasu.

Niedawno jedno z naszych dzieci zatrzasnęło walizkę, w której mamy zestaw sztućców. Jeśli zastanawiasz się, co to za pomysł, by trzymać sztućce w walizce – odpowiadam, że był to nasz ślubny prezent. Producent tak to wymyślił, chciał prawdopodobnie w ten sposób nadać sztućcom większą postrzeganą wartość. Aby otworzyć walizkę, trzeba było wprowadzić 3-cyfrowy kod. Oczywiście ani ja ani Marta nie pamiętaliśmy go po 7 latach od naszego wesela. Co więc zrobiłem? Puściłem w tle audiobooka SuperBetter i przetestowałem po kolei 1 000 kombinacji. Tak, tysiąc! Od 000 do 999. Żadna z nich nie zadziałała. Mechanizm zatrzaskowy najwyraźniej się popsuł. Wiedząc, że nie ma innego wyjścia, wziąłem śrubokręt oraz młotek i podważyłem mechanizm, uwalniając uwięzione sztućce. Bez doświadczenia z grami, w których na wiele różnych sposobów starałem się wykonać danego questa, nie starczyłoby mi cierpliwości. A po przetestowaniu wszystkich kombinacji wściekałbym się w niebogłosy na stracony czas i niepowodzenie. Tymczasem mając w sobie głębokie przekonanie, wyrobione dzięki grom „na pewno się da, trzeba tylko odkryć właściwy sposób” udało mi się doprowadzić do happy endu.

Do tej pory rozmawialiśmy o pokonywaniu zewnętrznych trudności. Jane w swojej arcyciekawej książce pokazuje 5 strategii, które warto zastosować do walki z Bad Guys, czyli naszymi wewnętrznymi przeciwnikami: własnym lenistwem, krytykiem, niezorganizowaniem, brakiem pewności siebie itd.

Te 5 strategii to: avoid, resist, adapt, challenge i convert, czyli unikaj, opieraj się, dostosuj się, rzuć wyzwanie i przeciągnij na swoją stronę.

Załóżmy, że Twoim wewnętrznym przeciwnikiem jest Łakomy Zyzio. To głos, który nieustannie kusi Cię do zjedzenia czegoś słodkiego. Jak możesz sobie z nim poradzić? Zobaczmy, jak działa każda z tych strategii.

Unikaj. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Żołądkowi też. Schowaj więc skrzętnie wszystkie słodycze w Twoim domu, by nie były na widoku. Najlepiej w trudno dostępnym miejscu – np. w kartonie na szafce wiszącej w kuchni. Aby móc sięgnąć po jedną ze słodkości, będziesz potrzebować przytaszczyć drabinkę albo krzesło. To zwiększy szanse, że nie będzie Ci się chciało wykonać tej dodatkowej pracy. Czasem zamiast na silnej woli, lepiej polegać na własnym lenistwie.

Opieraj się. Być może udało Ci się poskromić Łakomego Zyzia w domowych warunkach. Co jednak z kawiarniami? Piekarniami? Imprezami? Tam słodycze są na widoku i nie możesz nic na to poradzić. W tych sytuacjach możesz ratować się aktywnym oporem. Pomyśl o tym, jaki jest dzisiaj dzień tygodnia, kiedy Twoja mama ma urodziny, przypomnij sobie imiona jak największej ilości smerfów. Zajmij swój umysł czymś innym niż walczeniem z pokusą zjedzenia pączka z różą. A być może uda Ci się nie ulec podszeptom Łakomego Zyzia.

Dostosuj się. Masz regularnie potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego. Może zatem warto ją zaspokajać, ale na swoich warunkach. Zamiast jeść przypadkowe słodycze, które akurat wpadną Ci w ręce, upiecz sobie własne. Takie które będą zdrowsze i będą miały mniej kalorii. Nie potrafisz piec? Znajdź dobrego gotowca lub zatrudnij bliską Ci osobę, by Ci przygotowała zdrowszą alternatywę.

Rzuć wyzwanie. Myślisz, że jedzenie słodyczy to dla Ciebie problem? Spróbuj zakwestionować to stwierdzenie. Co by się musiało zmienić w Twoim życiu, byś mógł(mogła) jeść słodkości bez poczucia winy? Może wystarczy, że każdego dnia wykonasz odpowiednie ćwiczenia kardio i spalisz na bieżni dość kalorii? Wtedy bilans energetyczny wyjdzie na zero, a przy okazji wzmocnisz swoje serce i mięśnie.

Przeciągnij na swoją stronę. Jeśli Twoja miłość do słodyczy jest wielka i nieśmiertelna, może warto zrobić z niej dobry użytek? Zamiast być niepochamowanym konsumentem słodkości, może warto stać się ich producentem? Zacząć od tworzenia smacznych ciasteczek dla siebie, potem dla rodziny i znajomych, a na końcu otworzyć biznes, który się będzie tym zajmował? Może Łakomy Zyzio to będzie nazwa Twojej własnej cukierni?

Jane w książce SuperBetter zachęca, by walcząc ze swoim wewnętrznym przeciwnikiem przetestować każdą z tych 5 strategii. Tysiące jej czytelników pisało do niej, że zawsze któraś z nich zaskutkowała.

KĄCIK NAUKOWY

John Cacioppo, Joseph Priester i Gary Berntson przeprowadzili 6 eksperymentów, w którym prosili uczestników o ułożenie swoich rąk albo wierzchem do góry albo w dół. Następnie prezentowali im ideografy, czyli różnego rodzaju symbole graficzne. Badani oceniali symbole znacznie pozytywniej w sytuacji skierowania dłoni ku górze.

Jaki praktyczny wniosek możesz wyciągnąć z tych badań? Gdy oglądasz TEDtalka, edukacyjny filmik na youtubie czy słuchacz podcastu, skieruj swoje dłoni wierzchem do góry, chociaż na jakiś czas. Pozwoli Ci to z większą otwartością słuchać nowych informacji, a w efekcie zwiększy szanse, że zastosujesz je w swoim życiu.

Dlaczego tak jest? Naukowcy spekulują, że ma to związek z gestami, które przyjęły się w wielu kulturach. Dłoń skierowana w dół wykonuje gesty odtrącania, stopowania, blokowania. Kiedy z kolei kierujemy swoje dłonie ku górze? Gdy przyjmujemy prezenty, prosimy o pomoc, demonstrujemy przed grupą pozytywne intencje.

Odpowiednie ustawienie dłoni uruchamia w nas sprzężenie zwrotne ciało-umysł, które zwiększa naszą otwartość.

OUTRO

Na dzisiaj to już wszystko. Bardzo dziękuję Ci za wysłuchanie odcinka. Jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz przyspieszyć swój stoicki trening – zapraszam na stronę odlaikadostoika.pl. Znajdziesz na niej opis kursu Wewnętrzna Siła, o którym wspominałem w tym odcinku. 70 lekcji, setki inspirujących stoickich cytatów, czekają aż po nie sięgniesz. Zapraszam do korzystania i do usłyszenia następnym razem! Żegna się Andrzej Bernardyn.

Głównym tematem odcinka jest współczesna wersja stoicyzmu.

W rozmowie z filozoficznym zacięciem wraz Jolą Księżak, dyskutujemy o tym, jak naostrzyć starożytną stoicką filozofię, by sprostała wyzwaniom współczesnego świata. 

Jola opowiada o tym, kogo do stoicyzmu ciągnie oraz dlaczego nie każdy jest gotów dokonać „skoku z klifu” i jasno zadeklarować przed sobą i światem, że jest stoikiem.

Wymieniamy się z Jolą dobrodziejstwami, którymi stoicyzm nas obdarował, a jednocześnie zwracamy uwagę na zagrożenia i cenę, którą za swój stoicyzm czasem trzeba zapłacić.

Mówimy otwarcie o tym, w których miejscach antyczny stoicyzm wymaga aktualizacji i jak ją skutecznie przeprowadzić.

Opowiadamy przy tym historie ze swojego życia, wymieniamy książki godne przeczytania i ciekawe badania naukowe na temat szczęścia.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Głównym tematem odcinka jest projektowanie idealnego rozpoczęcia i zakończenia dnia. 

To jak zaczniesz swój dzień ma niebagatelny wpływ na to, jak on się dalej potoczy. Jakie emocje będą Ci towarzyszyć? Jakie rzeczy Twoja uwaga będzie dostrzegać, a jakie ignorować? Jakie rezultaty uda Ci się osiągnąć? W tym odcinku podpowiadam, jak perfekcyjnie rozpocząć dzień, wykorzystując swoją ekspercką wiedzę dotyczącą rozwijania nawyków, a także stoickie wskazówki.

Pokazuję też, jak znakomicie zakończyć dzień, wzbogacając swoje wieczory, a pośrednio także całe życie.

W kąciku książkowym zajmiemy się Esencjalistą Grega McKeowna. Dowiesz się, jak podejmować się mniejszej ilości zadań, ale robić je lepiej. Dzięki czemu w efekcie znajdziesz więcej czasu dla tego, co w Twoim życiu najważniejsze.

W kąciku naukowym przedstawię Ci badanie dotyczące wysiłku i zapamiętywania. Przekonasz się, że wysiłek fizyczny może Ci pomóc w zapamiętaniu ważnych wydarzeń lub informacji.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #40 - O perfekcyjnym początku i znakomitym zakończeniu

Jak rozpoczynać każdy dzień, by zajmować się tym, co naprawdę ważne? Jakie 4 aktywności, powiązane z 4 żywiołami Ci w tym pomogą? Jakie 4 działania, związane z porami roku, pozwolą Ci wzbogacić Twoje wieczory, a pośrednio całe życie? Odpowiedzi na te pytania znajdziesz w tym odcinku podcastu! Zapraszam do słuchania!

INTRO

Nazywam się Andrzej Bernardyn. Jestem trenerem biznesu z nurtu evidence based, ekspertem od rozwijania nawyków i praktykującym stoikiem. A to mój podcast Od laika do stoika, w którym pokazuję, jak możesz żyć inaczej. Jak zamiast wypruwać sobie żyły w pogoni za sukcesem, cieszyć się życiem tu i teraz, korzystając z mądrości stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.

2 momenty pełnej kontroli

Współczesne samoloty latają niemal samodzielnie. Przez ponad 90% czasu w powietrzu są kontrolowane przez autopilota. Są jednak 2 sytuacje, w których to człowiek potrzebuje przejąć ster i wykonać skomplikowane manewry. Są nimi start i lądowanie.

Podobnie dzieje się w przypadku naszego dnia. Na początku mocno ściskamy jego ster. W pełni kontrolujemy to, co i jak robimy. Jednak im więcej godzin upływa, tym nasze ręce się męczą, uścisk się rozluźnia i stopniowo tracimy panowanie nad przebiegiem dnia. Po części są za to odpowiedzialni inni ludzie, którzy do nas dzwonią, wysyłają smsy, powierzają nam zadania itd. Dopiero podczas lądowania, gdy dzień powoli ustępuje miejsca nocy, gdy dzieci pójdą spać, klienci i szef przestają dzwonić, wtedy odzyskujemy pełnię kontroli. Znów możemy pewnym chwytem złapać za ster i pokierować naszym życiem dokładnie tak, jak chcemy.

Właśnie z tego powodu tak ważne jest, by umiejętnie wykorzystać ten wyjątkowy czas każdego dnia. W tym odcinku podpowiem, jak to zrobić, wypowiadając się jako stoik, ale także ekspert od rozwijania nawyków.

Perfekcyjny początek

To jak zaczniesz swój dzień ma niebagatelny wpływ na to, jak on się dalej potoczy. Jakie emocje będą Ci towarzyszyć. Jakie rzeczy Twoja uwaga będzie dostrzegać, a jakie ignorować. Jakie rezultaty uda Ci się osiągnąć.

Proponuję zatem, by dokładnie zaprojektować, jak perfekcyjnie zacząć każdy dzień swojego życia. Istnieje pokaźna lista polecanych z rana aktywności. Dziś ograniczę się do omówienia 4 zachowań, każdemu z nich zadedykowałem jeden z żywiołów.

Woda

Jeśli szukasz aktywności o poranku, która Cię rozbudzi, polepszy Twoje zdrowie i zahartuje ducha – gorąco polecam… zimne prysznice. Nad ich prozdrowotnymi właściwościami można rozprawiać godzinami. Wzmacniają odporność przed infekcjami, co w dobie pandemii jest szczególnie użyteczne. Polepszają wygląd włosów, skóry, przyspieszają metabolizm itd.

Dla mnie jednak największe korzyści polewania się lodowatą wodą są związane nie z ciałem, a duchem. Każdego dnia rano stoję przed wyborem. Mogę się wykąpać w przyjemnej, cieplutkiej wodzie. Albo mogę się zdecydować na szokującą, zdecydowanie mniej pociągającą, zimną wodę. Samo doświadczenie prysznica w pierwszej sytuacji będzie bardziej satysfakcjonujące. Jednak długofalowo mogę zyskać dużo więcej, decydując się na zimny prysznic. Dlaczego?

Bo gdy wychodzę spod lodowatej wody, wraz z rozgrzewającym moją skórę powietrzem, czuję przypływ dumy. Że potrafię każdego dnia dokonywać trudnych i wartościowych wyborów. Że nie tchórzę, korzystając z łatwej i przyjemnej alternatywy, tylko konsekwentnie wykazuję się odwagą i hartem ducha. To z kolei pozwala mi myśleć o sobie w określonych kategoriach – że jestem odważny, konsekwentny i potrafię odraczać gratyfikację. Zaś taki wewnętrzny wizerunek, umożliwia mi podejmowanie się ambitnych wyzwań, w których trzeba będzie się wykazać samokontrolą. W których przyjdzie mi się zmierzyć z dyskomfortem. Mając jednak do siebie zaufanie i szacunek, zdobyte m.in. dzięki codziennym lodowatym prysznicom, potrafię się zarówno podjąć tych wyzwań, jak im później sprostać.

Możesz więc zyskać podwójnie – wzmocnić swoje ciało i ducha – jeśli tylko zdecydujesz się lekko zmodyfikować coś, co już robisz. Wystarczy, że podczas codziennej kąpieli skierujesz gałkę kranu w prawo zamiast w lewo. Albo okręcisz mocniej niebieski kurek zamiast czerwonego.

Aby Ci ułatwić stawianie pierwszych kroków w stawaniu się miejskim morsem, zaproponuję kilka wariantów tego ćwiczenia. Po pierwsze: nie ma potrzeby rzucania się od razu na głęboką wodę, czy w naszym przypadku wodę lodowatą. Możesz stopniowo zmniejszać temperaturę wody, w której się kąpiesz. Każdego dnia robić, ją nieco niższą. Po drugie: nie ma konieczności rezygnowania całkiem z ciepłych kąpieli. Jeśli są dla Ciebie źródłem dużej przyjemności, możesz zaczynać prysznic od ciepłej wody, umyć w niej ciało i włosy, a dopiero na koniec, uraczyć się zimną wodą. Po trzecie możesz stopniować czas przebywania w lodowatej wodzie. Na początku niech to będzie kilka sekund. A następnie każdego dnia Twoim zadaniem jest kąpać się w zimnej wodzie o 5 sekund dłużej, aż dojdziesz do pełnych 5 minut. W ten sposób dodatkowo będziesz doświadczać przyjemnego uczucia postępu z każdym dniem, a przez to, że zmiana jest niewielka, łatwo będzie zaakceptować kolejny poziom trudności wyzwania.

Dla mnie zimny prysznic to obowiązkowy element perfekcyjnego poranka. Jeśli jednak zmroziło Cię, na samą myśl o niej, mam też inne.

Ziemia

Druga poranna aktywność, którą z pełnym przekonaniem rekomenduję, to spacer. W zależności od dostępnego czasu, możesz wyjść na dwór na pół godziny albo nawet na 10 minut. Możesz zdecydować się na wolniejszy, bardziej refleksyjny spacer z podziwianiem przyrody lub uważnym śledzeniem własnych myśli. Druga możliwość to szybki spacer, który sprawi, że Twoja krew zacznie szybciej krążyć, a ciało się dotleni. Twoja poranna wędrówka może być samotna lub w towarzystwie. Ta druga opcja daje możliwość pogawędki z interesującą osobą, a także znacząco zwiększa motywację, by poranne spacery nie gościły w Twoim życiu od wielkiego dzwonu, ale wpisały się na niego na stałe.

Jak słyszysz, istnieje wiele różnorodnych wariantów spacerowych. Jestem przekonany, że znajdziesz dla siebie ten, który Tobie odpowiada najbardziej. Może od razu domyślasz się, który z nich dla Ciebie sprawdzi się najlepiej, a może dojdziesz to tego w drodze eksperymentów. Tak czy inaczej poranne wyjście z domu pozwoli Ci się rozbudzić, dotlenić, uporządkować swoje myśli i popatrzyć na rozpoczęty dzień z zupełnie innej perspektywy.

Ogień

Dobry początek dnia rozpala nas do działania, dodaje nam energii. Istnieje wiele sposobów, by uzyskać ten efekt. Mogą nim być ćwiczenia fizyczne, które uruchamiają duże grupy mięśni – pompki, pajacyki, trucht w miejscu.

Inną rozbudzającą formą ruchu jest taniec. Włączasz swoją ulubioną playlistę i podrygujesz, rękami, nogami, a może nawet bioderkami. Iskry pozytywnych emocji, związane z ukochanymi piosenkami wzniecają w Tobie ogień optymizmu i radości.

Jeśli nie mieszkasz sam i Twoi domownicy wstają o podobnej porze, możesz postawić na grupową aktywność. Posiłować się ze swoimi dziećmi, połaskotać je, a następnie uciekać przez próbą rewanżu z ich strony. Przytulasy i łóżkowe czułości z Twoim partnerem też skutecznie wzniecą w Tobie ogień. A ich ciepłe wspomnienia będą przyjemnie Cię rozgrzewały, nawet w zimowy poranek.  

Powietrze

Ostatnia moja propozycja porannej aktywności dotyczy wzniesienia się na wyższy poziom. Zachęcam, by wykonać stoickie ćwiczenie, które ja nazywam Projektowaniem Dnia Pełnego Wartości, a Tomasz Mazur z podcastu ze Stoickim Spokojem „przeglądem siebie”.

Ćwiczenie to jest stoicką praktyką refleksyjności, która pozwoli Ci bardziej świadomie pokierować swoim dniem. Zastanowić się na tym, co naprawdę ważne i podążyć swoimi myślami oraz działaniami właśnie w tamtym kierunku.

W najprostszej wersji możemy je sprowadzić do pytania, które pożyczyłem od Grega McKneowna – autora książki Esencjalisma. Greg zachęca, byśmy każdego dnia rano zastanowili się: „Co teraz jest najważniejsze w moim życiu?” „What is essential, now?”

Nie chodzi o to, by bezrefleksyjnie wyrecytować listę utartych wartości, jak rodzina albo zdrowie. Wręcz przeciwnie, powinniśmy się na spokojnie zastanowić, co dzisiaj lub w tym tygodniu, ma dla mnie największe znaczenie? Może kluczowe jest dokończenie ważnego projektu w pracy albo przeprowadzki do nowego mieszkania? Może najistotniejsze jest podjęcie decyzji o podjęciu się pewnego zlecenie, wyzwania? Może decydujące znaczenie na naprawienie lub pogłębienie relacji z bliską mi osobą? Sam / sama potrzebujesz o tym zdecydować. Zrób to jednak świadomie, by podjąć jak najlepszą decyzję. Pamiętając o tym, co dzisiaj jest najważniejsze, łatwiej Ci będzie nawigować w trakcie dnia w labiryncie bieżących i pilnych spraw.

W pełniejszej wersji tej praktyki zachęcam do myślenia na papierze. Zapisania wartości, które są aktualnie w Twoim życiu najważniejsze. Moje to zdrowie, rodzina i moja misja życiowa edukatora – przekazywanie wartościowej wiedzy w interesującej, przystępnej formie.

Następnie rozpisuję sobie, jak każdą z tych wartości będę w stanie zrealizować, znając swój plan dnia i rozkład zobowiązań. Nie zapisuję więc w ciemno przy zdrowiu – godzinny spacer, wiedząc, że dzisiaj nie znajdę na niego czasu. Świadomie rozważam, ile czasu dziś mogę na niego przeznaczyć. Planuję, kiedy w ciągu dnia będę mógł się porozciągać, co zdrowego będę mógł zjeść itd. Gdy wartość zdrowia jest już wyrażona w konkretnych, możliwych do zrealizowania zadaniach, przechodzę do kolejnej – Rodziny.

Zastanawiam się, jak mogę spędzić z każdą z najbliższych mi osób, choćby 5 minut, podczas której poświęcam im 100% swojej uwagi. Zapisuję np. ćwiczenia z Arią zalecone przez logopedę. Jedna partia szachów z Tadziem. Wykąpanie Aurorki. 1 odcinek Big Bang Theory z Martą. Dodatkowo myślę o tym, które z domowych obowiązków dam radę dziś wykonać, np. wyniesienie plastikowych śmieci, pozmywanie, kupienie warzyw i owoców.

Również tym razem, nie jest to automatyczne przepisywanie tych samych rzeczy każdego dnia. Mimo że moje najważniejsze wartości się nie zmieniają, za każdym razem potrzebuję podjąć decyzję, w jaki sposób będę je w stanie zrealizować. Jeśli np. prowadzę wyjazdowe szkolenie i przez 2 dni jestem w innym mieście, spędzenie czasu z Rodziną ma zupełnie inny, wirtualny wymiar niż gdy jestem we Wrocławiu. Podczas Projektowania Dnia Pełnego Wartości dbam jednak o to by, choćby w najmniejszym wymiarze, zadbać o realizację tego, co w moim życiu najważniejsze. Może z racji nawału innych obowiązków będę potrzebował ograniczyć dbanie o swoje zdrowie do porannych pompek i zimnych pryszniców, a dbanie o Rodzinę, do 5 minutowej wideo rozmowy na WhatsAppie. Nie ma jednak dnia, w którym gdy rano myślę o swoich wartościach, nie robię niczego na ich rzecz. Nie ma dnia, podczas którego nie pamiętam o tym, co w moim życiu jest najważniejsze.

Zachęcam Cię do tego samego. Już 10 minutowa poranna refleksja pozwoli Ci osiągnąć podobny efekt. Zapisując je na papierze, w dzienniku czy notatniku, masz dodatkowo wieczorem możliwość odhaczenia każdego z zaplanowanych działań, realizujących Twoje wartości. Rozliczenia się samemu ze sobą, na ile udało Ci się zadbać o to, co dla Ciebie kluczowe. A na ile pozwoliłeś innym, mniej ważnym rzeczom, wypchnąć z Twojego dnia najistotniejsze aktywności. To z kolei pozwoli Ci wyciągnąć wnioski, by podobna sytuacja nie powtórzyła się jutro.

Znakomite zakończenie

Przejdźmy płynnie do drugiego momentu w ciągu dnia, nad którym mamy większą kontrolę – do wieczoru, czasu po pracy. Warto wziąć go pod lupę i zamiast luzacko stwierdzać, że „jakoś to będzie”, zamienić to jakoś w jakość. Aby uzyskać końcowe „ć” znów proponuję rozwinięcie 4 aktywności. Tym razem, dla odmiany, przypiszę im pory roku.

Wiosna

Aby nasz kolejny dzień rozkwitnął po nocy, jak wiosenna przyroda po zimie, warto zasadzić kilka nasion. Jest wiele sposobów, dzięki którym wykonując pewne działania wieczorem, możesz w efekcie uzyskać „Lepsze Jutro”.

Propozycja dla kawoszy: przygotuj sobie wszystko, czego potrzebujesz do zrobienia kawy, poprzedniego dnia. W moim przypadku jest to zmielenie w młynku ziaren kawy, przesypanie brązowego proszku do pojemniczka z rączką. Włożenie pojemniczka do ekspresu. Podstawienie kubka. Rano wszystko jest gotowe i wciskając jeden przycisk mogę sprawić, że w kuchni unosi się piękny aromat. Teoretycznie każdą z tych czynności mógłbym wykonać rano, ale o ile przyjemniej jest przychodzić na gotowe.

Propozycja dla pracujących na zmywaku: jeśli to Tobie przypadło w przydziale domowych obowiązków zmywanie naczyń – ręcznie lub za pośrednictwem zmywarki – zadbaj o czysty zlew, zanim położysz się spać. Pozmywaj ręcznie naczynia lub zapakuj je do zmywarki i puść odpowiedni program. Ten drobny wysiłek zostanie Ci wynagrodzony przez widok i zapach czystego zlewu, a może dodatkowo przez Twojego partnera.

Propozycja dla dbających o swoje zdrowie: przygotuj sobie zawczasu zdrowy posiłek / przekąskę na następny dzień. Z braku lacku, czasu lub siły możesz po prostu spakować sobie kilka owoców czy woreczek z orzechami. Mając trochę więcej czasu do dyspozycji możesz przygotować sobie sałatkę czy inne proste danie, które łatwo przetransportujesz w plastikowym pudełeczku do pracy.

Zadbaj dziś wieczorem o lepsze jutro. Kilka zainwestowanych minut z łatwością zwróci się w postaci uśmiechu i wdzięczności ze strony „jutrzejszego Ciebie”.

Lato

Pamiętam, że od dziecka cieszyłem się na wakacje. Nie tylko dlatego, że będę mógł gdzieś latem wyjechać i doświadczyć czegoś nowego w innym miejscu. Miałem już zaplanowane inne wyprawy, do fikcyjnych, często magicznych światów – Tolkiena, Pratchetta czy Sapkowskiego. Nieskrępowana możliwość czytania była radością każdego lata mojego życia, od kiedy już potrafiłem już składać słowa z liter i zdania ze słów.

Czasem ludzie komplementują moją inteligencję, mądrość czy ekspercką wiedzę. Często w tych sytuacjach odpowiadam, że słyszą w moich słowach przeczytane książki. Że moja mądrość jest mądrością pożyczoną od znacznie wybitniejszych ode mnie ludzi, których prace miałem przyjemność czytać.

Głęboko wierzę w rozwijanie przez czytanie. Rozwijanie siebie, ale także innych. Pracując jako trener w pewnym sensie zarabiam właśnie poprzez czytanie książek i badań naukowych. Następnie testuję zdobytą wiedzę na sobie, swoich znajomych i klientach. Na koniec projektuje ćwiczenia i gry szkoleniowe, które pozwalają tę przetestowaną, przedestylowaną wiedzę przyswoić sobie w atrakcyjnej formie.

Zachęcam, by każdego dnia zainwestować choćby 5 minut w wartościową lekturę. Zamiast scrollować facebooka czy instagrama; zamiast czytać newsy, które mają za cel Cię przestraszyć lub zdenerwować; poczytaj dobrą książkę. „O krótkości życia” – Seneki. „A guide to a Good Life” Williama Irvine’a. Lub dowolną inną pozycje, o której wiesz, że Cię wewnętrznie wzbogaci.

Niech książka będzie stałym towarzyszem każdego z Twoich wieczorów.

Jesień

Kiedy kończy się rok, przychodzi czas na jego podsumowanie. Podobnie w przypadku dnia. Warto przyjrzeć się temu, jak ten dzień wykorzystaliśmy. Przeprowadzić stoicki rozrachunek z mijającym dniem, o którym dużo pisał Seneka. Np. w eseju O gniewie:

Jaki sen smaczny następuje po takim zbadaniu siebie! Jaki spokojny, jaki głęboki, jaki niezakłócony, gdy dusza jako stróż siebie samej i tajny sędzia człowieka po wnikliwym rozpoznaniu swego postępowania albo pochwali swe obyczaje, albo je zgani. Ja również praktykuję ten zwyczaj i dzień w dzień zdaję rachunek przed sobą.

Jak w praktyce przeprowadzić Podsumowanie Dnia? Bardzo pomocna będzie w tym lista z Projektowania Dnia Pełnego Wartości. Jeśli masz ją spisaną, możesz po kolei sprawdzić, które z założonych aktywności udało Ci się zrealizować. Których nie zrobiłeś. Z jakiego powodu? Co możesz zrobić jutro, by podobna sytuacja się nie powtórzyła?

Amerykanie mają powiedzenie „lesson learned”, czyli tłumacząc dosłownie „lekcja nauczona”. By móc jutro być lepszą wersją samego siebie, do czego zachęcają nas stoicy, potrzebujemy najpierw odrobić lekcję. Wyciągnąć wnioski z popełnionych dzisiaj błędów i dokonanych dzisiaj odkryć. Bez tej chwili refleksji możemy w nieskończoność powtarzać te same potknięcia. Praktyka wcale nie czyni mistrzem, jeśli nie towarzyszy jej informacja zwrotna, dotycząca tego, co robimy dobrze, a co źle. Tą informacje może udzielić nam postronny obserwator, ale możemy także udzielić jej sobie sami. Zadając sobie pytania, a następnie na nie odpowiadając. Z kolei by wnioski z życiowych lekcji nie wyparowały w niepamięci, warto je zapisać. W jednym, zawsze tym samym miejscu. W Twoim osobistym dzienniku, który przechowuje dla Ciebie Twoje najcenniejsze przemyślenia.

Oprócz samego rozliczenia się z realizacji planów, w wieczornej refleksji jest też przestrzeń na wiele innych tematów. Sam robię to w formie odpowiedzi na 5 następujących pytań:

1. Co dzisiaj udało mi się osiągnąć?

2. Czego się dzisiaj nauczyłem?

3. Za co jestem dzisiaj wdzięczny?

4. Co jutro zamierzam zrobić inaczej niż dzisiaj?

5. Jakie jest 5 najważniejszych zadań, którymi chcę się jutro zająć?

Przykładowe odpowiedzi na każde z pytań:

OSIĄGNIĘCIE? Nagranie odcinka podcastu

NAUKA? „Każdy dzień traktuj jak nowy żywot” myśl Seneki

WDZIĘCZNOŚĆ? Miły czas spędzony z Rodziną w nowym mieszkaniu

INACZEJ? Częstsze wstawanie od komputera. Alarm dzwoniący co godzinę.

PLANY? Promuj odcinek podcastu, przygotuj się do prowadzenia szkolenia, napisz ofertę, zadbaj o rodzinę, zadbaj o zdrowie

Te proste odpowiedzi pozwalają mi świadomie analizować swoje życie. Z jednej strony spojrzeć wstecz, na dzień, który właśnie mija. Z drugiej strony popatrzeć w przyszłość i wdrożyć wyciągnięte wnioski.

Zima

Zanim zapadniesz w zimowy sen, proponuję, by chwilę pomedytować. By zostawić za sobą przeszłość, która już minęła. By przegnać myśli o przeszłości, która jeszcze nie nadeszła i skoncentrować się na „tu i teraz”. By wsłuchać się w swój oddech lub chrapanie swojego partnera. By poczuć ciężar swojego ciała, leżącego na łóżku. By wyczuć fakturę pościeli, na której leżysz. By opróżnić swój umysł z myśli i skierować całą swoją uwagę na zewnątrz.

Możesz przeprowadzić się przez ten proces samodzielnie. Jeśli jednak lubisz, gdy ktoś do Ciebie mówi w zimowy wieczór, skorzystaj z aplikacji, która umożliwia prowadzoną medytację. Sam używam Headspace. Head jak głowa i space jak przestrzeń. Kojący głos podpowiada mi, co po kolei mam robić, by zrelaksować swoje działo i przygotować je do snu.

I tym optymistycznym akcentem zrealizowaliśmy główny temat odcinka. Mam nadzieję, że z powodzeniem wprowadzisz któryś z żywiołów do swojego poranka i jedną z pór roku do swojego wieczoru. A może skorzystasz ze wszystkich moich podpowiedzi? Sam wybierz, co dla Ciebie będzie najlepsze. Teraz przechodzimy do kącików tematycznych.

KĄCIK KSIĄŻKOWY

Z wielką przyjemnością czytałem niedawno wspominaną już w tym odcinku książkę Grega McKeowna „Esencjalista” – zdyscyplinowane dążenie do „mniej, ale lepiej”. Choć sama idea esencjalizmu nie jest nowa i łatwo prześledzić jej źródła w minimalizmie, a pośrednio także w stoicyzmie, to zasługą Grega jest tchnięcie w nią nowego życia. McKeown opowiada o niej na tyle przekonująco, że jeden z amerykańskich CEO kupił egzemplarz „Esencjalisty” każdemu pracownikowi ze swojej firmy, zorganizował cotygodniowe czytanie jej rozdziałów w ramach książkowego klubu dyskusyjnego i wprowadził 4-dniowy dzień pracy, ze 100% wynagrodzeniem.

Idea esencjalizmu jest więc bardzo wpływowa i to nie tylko na życie poszczególnych osób, ale także na świat biznesu. Chodzi w niej przede wszystkim o to, by zamiast wykonywać jak najwięcej zadań, robić mniej, ale lepiej – po mistrzowsku.

Pięknie ilustruje to grafika z pierwszego rozdziału książki. Po lewej stronie widać kółko, od którego w każdym możliwym kierunku wychodzą krótkie strzałki tej samej długości. Wygląda jak słońce z promieniami. Po prawej stronie widać kółko z jedną, dłuuugą strzałką do góry. Co ciekawe, gdyby zsumować długość wszystkich strzałek odchodzących od lewego kółka, łącznie odpowiadałyby długości pojedynczej strzałki z kółka prawego. Jednak przez to, że energia dalej osoby była rozproszona w 12 różnych kierunkach, nie udało jej się dokonać żadnego znaczącego postępu.

To piękna metafora podsumowująca dużą część mojego życia. Wielokrotnie próbowałem łapać za ogon zbyt wiele srok jednocześnie. W efekcie mojej zachłanności, wszystkie mi wyfruwały. Rezygnowanie, odpuszczanie to sztuka, której dopiero zacząłem się uczyć.

Jeśli jesteś w podobnej sytuacji książka Grega zdecydowanie Ci w tym pomoże. Czytając „Esencjalistę” nauczysz się eksplorować swoje możliwości i identyfikować to, co najważniejsze. Następnie dowiesz się jak eliminować wszystko, co nie jest niezbędne albo kluczowe. Na koniec dowiesz się, jak konsekwentnie trzymać się obranego kursu, z wprawą wilka morskiego sterować swoim życiem we właściwym kierunku.

KĄCIK NAUKOWY

W poprzednim odcinku opowiadałem m.in. o potrzebie wysiłku. W międzyczasie wpadło mi w oko ciekawe badanie przeprowadzone przez Lisę Weinberg i jej zespół w 2014 roku, pt. A single bout of resistance exercise can enhance episodic memory performance, czyli pojedyncza seria ćwiczeń z obciążeniem może poprawić wydajność pamięci epizodycznej.

Uczestnikom badania pokazano 90 zdjęć, prosząc o ich zapamiętanie. Następnie każdy z nich usiadł na maszynie służącej na siłowni do ćwiczenia mięśni nóg.

Jedna grupa wykonała 50 powtórzeń ćwiczenia (obciążenie było dobierane tak, by uczestnicy osiągnęli granice swoich wytrzymałości). Druga grupa siedziała na urządzeniu, bez podejmowania żadnego wysiłku,

Dwa dni później pokazano badanym 180 zdjęć, z czego połowę stanowiły zdjęcia, które widzieli ostatnim razem, a drugą połowę całkiem nowe fotografie. Grupa, która nie ćwiczyła, rozpoznała tylko połowę zdjęć, zaś grupa, która 2 dni wcześniej wykonywała intensywne ćwiczenia rozpoznała średnio 60 % fotografii. Badanie to przeprowadzono późnej z innymi ćwiczeniami fizycznymi. W efekcie każda aktywność fizyczna z obciążeniem (np. przysiady) wzmaga zapamiętywanie, o ile ćwiczy się do granic wytrzymałości.

Dlaczego tak się dzieje? Jedna z hipotez, wymagająca dalszego sprawdzenia, głosi, że odbieramy wysiłek fizyczny do granic wytrzymałości, jako sytuacje zagrożenia życia. Dlatego staramy się ją jak najdokładniej zapamiętać, by w przyszłości, również wyjść z niej obronną ręką.

Wysiłek zatem nie tylko zwiększa naszą satysfakcje z osiągnięć, ale dodatkowo sprawia, że lepiej zapamiętujemy wydarzenia z naszego życia.

Na dzisiaj to już wszystko. Bardzo dziękuję Ci za wysłuchanie odcinka i do usłyszenia następnym razem! Żegna się Andrzej Bernardyn.

Głównym tematem odcinka jest relacja pomiędzy odpoczynkiem, pracą i wysiłkiem. 

Pracujesz po to, by móc odpoczywać? A może odpoczywasz po to, by móc pracować? Która z tych 2 wartości jest dla Ciebie istotniejsza? Która dostarcza Ci w życiu więcej satysfakcji? W tym odcinku przekonasz się czy jesteś dzieckiem swoich czasów, czy może bliższe są Ci stoickie ideały.

Opowiem Ci także o związku pomiędzy wysiłkiem, a docenianiem, spełnieniem i szczęściem. Dowiesz się, jak wejść w stan optymalnego doświadczenia, czyli stan przepływu (flow).

Pokażę też, nad czym warto pracować, by trwale zwiększyć jakość swojego życia.

W kąciku książkowym zajmiemy się Pracą głęboką Cala Newporta. Dowiesz się, jak możesz pracować w niezwykle wysokiej koncentracji. Poznasz sposoby, by w tym samym czasie wykonać swoją pracę lepiej, szybciej i mieć więcej czasu wolnego.

W kąciku naukowym porozmawiamy potrzebie sensu. Dowiesz się, dlaczego tak ważne jest, by widzieć sens w swojej pracy i jak to poczucie przekłada się na rezultaty, które osiągasz.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #39 - O odpoczynku, pracy i wysiłku

Pracujesz po to, by odpoczywać? A może odpoczywasz po to, by móc pracować?

Jak podjęty wysiłek wpływa na Twoje szczęście? I dlaczego posiadanie djina z nieograniczoną liczbą życzeń to klątwa a nie błogosławieństwo? Odpowiedzi na te pytania znajdziesz w tym odcinku podcastu! Zapraszam do słuchania!

Na początku odcinka zajmiemy się rozróżnieniem 2 podejść do odpoczynku: współczesnym i stoickim.

Później porozmawiamy o potrzebie wysiłku.

Na koniec pokaże Ci, jak możesz osiągnąć flow – stan optymalnego doświadczenia.

W kąciku książkowym wyłowię dla Ciebie merytoryczne perełki z książki Cala Newporta Praca głęboka. Zaś w kąciku naukowym porozmawiamy o badaniach Dana Arielego nad potrzebą sensu w pracy.

Rozkład jazdy podany – to zaczynamy.

2 POWODY ODPOCZYWANIA

Z pewnością znasz pieszczotliwe zdrabnianie piątego dnia tygodnia – piątek, piąteczek, piątunio. Czemu z podobną czułością nie mówimy o wtorku lub środzie? Bo w piątek zaczyna się weekend – najwspanialszy czas każdego tygodnia, kiedy nie trzeba pracować. Dwa i pół dnia na zabawę, hulanki, swawole i robienie wszystkiego, na co tylko mamy ochotę.

Gdy w niedzielę zaczyna zmierzchać za oknem, do naszego serca wkrada się niepokój. Zimnym dreszczem przeszywa nasze ciało. Wielkimi krokami zbliża się bowiem znienawidzony poniedziałek… Czas, kiedy błogie, beztroskie życie się skończy, a zastępuje je niewolnicza, katorżnicza praca.

Pozwoliłem sobie oczywiście nieco podkoloryzować to, co czujemy w drugiej połowie tygodnia. Faktem jest jednak, że wielu współczesnych ludzi myśli, że pracuje po to, by móc odpoczywać. O reprezentacji tego myślenia w skali tygodnia, już sobie powiedzieliśmy. Na tym się jednak nie kończy. Widać to też w skali roku. Wyczekujemy, jak kania dżdżu, momentu, kiedy wreszcie będziemy mogli udać się na wakacje. Odliczamy dni do wyjazdu. Pogląd, że pracujemy po to, by odpoczywać, możemy dostrzec nawet w skali całego życia. Podobno prawdziwe życie zaczyna się na emeryturze, kiedy wreszcie jesteśmy uwolnieni od ciężaru pracy.

Myślenie to przesiąkło całą naszą kulturę. Wielu ludzi, z którymi rozmawiam, z bardzo różnych pokoleń, bez żenady mówi mi, że chodzą do pracy niemal wyłącznie po to, by zarobić pieniądze. Najlepiej, jeśli mogą to zrobić jak najmniejszym wysiłkiem.

Stoicy zachęcają nas do odwrotnego podejścia. Powinniśmy odpoczywać po to, by móc pracować. Celem życia nie powinno być leniuchowanie, minimalizowanie wysiłku i bólu oraz maksymalizowanie przyjemności. Celem życia powinna być praca. Sensowna, głęboka i pełna wartości praca. Praca, która pozwala nam stać się lepszym człowiekiem, pomóc naszym bliskim, społeczności w której żyjemy, a może nawet pozytywnie zmienić świat.

Odpoczynek jest dla stoików tożsamy z niezbędną regeneracją organizmu. Sen jest nam niezbędny, by odzyskać witalne siły. Nie żyjemy jednak po to, żeby spać, ale śpimy po to, żebyśmy mogli żyć. Podobny stosunek mają stoicy do jedzenia. Celem jedzenia powinno być odżywienie swojego ciała, dostarczenie mu wszystkich niezbędnych składników. Jeśli przy okazji dana potrawa dobrze smakuje, jest to miły bonus. Jednak jedzenie rzeczy, które nam szkodą, tylko po to by przez kilkadziesiąt sekund doświadczyć gastrycznej przyjemności dla stoików jest czymś absurdalnym. Mogliby spytać ze zdziwieniem: „Co wyżej cenisz: jakość swojego życia i zdrowie czy chwilową przyjemność? Jeśli to pierwsze, jak możesz jeść rzeczy, które Ci nie służą?”. A jednak we współczesnym świecie nie brakuje osób, które zachowują się, jakby żyły po to, by móc jeść. Zamiast jeść po to, by móc żyć.

Mam nadzieję, że przykłady snu i jedzenia dobrze ilustrują sposób myślenia stoików względem odpoczynku i pracy. Tak jak nie żyjemy po to, żeby spać, ale śpimy po to, żebyśmy mogli żyć. Tak też nie pracujemy po to, by móc odpoczywać, ale odpoczywamy po to, by móc pracować.

Oczywiście wszystko rozbija się o jakość i sensowność tej pracy. Trudno byłoby sobie wyobrazić, że dla kogoś celem i sensem życia jest przenoszenie cegieł z jednego miejsca na drugie. Albo wpisywanie cyferek do arkusza w Excelu. Nikt też nie podrywa się rano z łóżka, marząc o tym, by móc przez 8 godzin robić bip bip, skanując kody kreskowe na kasie.

Stoicy polecają nam znaleźć pracę, która ma dla nas sens i daje poczucie spełnienia. Może to być praca zawodowa. Może to być praca wolontariacka, na rzecz lokalnej społeczności lub konkretnych ludzi w potrzebie. Może to być praca nad sobą, droga do samodoskonalenia się w jakiejś konkretnej dziedzinie. Może to być praca nad wychowaniem swoich dzieci, remontem miejsca, w którym żyjesz. Ważne jest by znaleźć coś, co daje Ci jednoznaczne poczucie sensu i wartości. By na koniec dla, móc sobie powiedzieć – to był dobry dzień. Jestem zmęczony, muszę odpocząć, ale jestem dumny/dumna z tego, co udało mi się dzisiaj osiągnąć. Czuję, że zaczynam dobrze wykorzystywać czas, który został mi dany na tym niebieskim globie.

Oczywiście możesz powiedzieć: „Ale ja nie mam czasu na ten rodzaj pracy, opisywany przez stoików. Mam rachunki do opłacenia. Muszę zarobić na ratę kredytu za mieszkanie, na jedzenie dla siebie i swoich dzieci.” Doskonale to rozumiem. Zanim zaczniemy realizować swoją życiową misję i wykonywać wartościową pracę, musimy zabezpieczyć podstawowe potrzeby. Musimy mieć co włożyć do garnka, mieć w co się ubrać i gdzie żyć. Dopiero, gdy to mamy pod kontrolą, możemy myśleć o bardziej ambitnych celach.

Część z nas ma to już pod kontrolą, bo miała bogatych rodziców lub wytrwałą i błyskotliwą pracą zgromadziła kapitał, który pozwala się o te niezbędne zasoby nie martwić. Wszyscy jednak powinniśmy mieć świadomość celu, do którego dążymy. Nie powinna nim być rajska wyspa, na której pijesz drinki i nic nie robisz. To nie jest skuteczny przepis na Dobre Życie. Jeśli jesteś człowiekiem czynu, po tygodniu zanudzisz się na śmierć.

Zamiast tego szukajmy pracy, która da nam spełnienie, poczucie sensu i pozwoli przysłużyć się ludziom wokół nas.

O POTRZEBIE WYSIŁKU

Dwóch wodzów toczyło ze sobą zaciekły bój o dominację w regionie. Po niezliczonych bitwach, pierwszy wódz wreszcie pokonał drugiego, osobiście wbijając miecz w jego ciało. Ten zaś, wraz z ostatnim swoim oddechem, rzucił na wroga straszliwą klątwę: „Oby wszystko czego zapragniesz, przychodziło Ci bez wysiłku”.

Gdy pierwszy raz usłyszałem tę historię w podcaście Philosophize this! Wydawało mi się, że coś jest nie tak. Może prowadzący podcast, Stephen West, się przejęzyczył? Może ten drugi wódz, będąc śmiertelnie rannym, wypowiedział nie te słowa, które planował? W końcu stwierdzenie „Oby wszystko czego zapragniesz, przychodziło Ci bez wysiłku”, brzmi bardziej jak życzenia dla najlepszego przyjaciela niż jak klątwa dla najgorszego wroga. Przeanalizujmy jednak skutki takiego porządku rzeczy.

Stawiasz sobie dowolny cel, a już następnego dnia, bez potrzeby pracy nad nim, bez najmniejszego wysiłku z Twojej strony, jest spełniony. Tak jakbyś miał na swoje usługi djina z nieograniczoną liczbą życzeń. Na początku brzmi to fantastycznie. Ale po kilku tygodniach, albo najdalej miesiącach, zdasz sobie sprawę, że Twoje życie jest śmiertelnie nudne i jak Mick Jagger, nie możesz osiągnąć satysfakcji. Podobnie jak w przypadku Midasa i jego daru zmieniania w złoto, wszystkiego co dotknie. Coś co początkowo wygląda jak błogosławieństwo, szybko okazuje się być okrutną klątwą.

„Ale niby dlaczego?!” – możesz zapytać. Rozważmy kilka przykładów, a stanie się to jaśniejsze. Czy arcymistrz szafowy, pokroju Garego Kasparova, będzie miał radochę z tego, że wygra partię z 5-latkiem, który ledwo opanował, jak się ruszają figury szachowe? Oczywiście, że nie. Aby mecz miał sens, potrzebuje znaleźć kogoś na swoim poziomie – innego arcymistrza. Dzięki temu, że Gary nie jest pewny, kto wygra i musi się nieźle natrudzić, by wykorzystać drobne niedociągnięcia swojego przeciwnika, zwycięstwo w tej partii może dać mu dużo satysfakcji. Pokonanie pierwszego lepszego łebka z przedszkola z pewnością mu w tym nie pomoże.

Chodzisz czasem po górach? Może masz swoje ulubione szczyty, które lubisz co roku zdobywać? Ja mieszkam we Wrocławiu i wielokrotnie wdrapywałem się na Śnieżkę – najwyższy szczyt w Karkonoszach. Jego zdobycie nie wymaga wyposażenia się w raki czy liny. Nawet zimą można wejść na Śnieżkę bez specjalistycznego sprzętu czy kondycji Alpinisty. Wymaga to jednak 3-godzinnego marszu.

Gdyby ktoś mi powiedział, że niedawno została wybudowana kolejka i mogę wjechać na sam szczyt w ciągu 5 minut – z pewnością nie skorzystałbym z tej propozycji. Po to przecież idzie się w góry, by spędzić czas na wędrówce. Podróż na szczyt jest znacznie ważniejsza niż samo postawienie stopy na wierzchołku i cyknięcie sobie pamiątkowej fotki. Satysfakcja z wejścia na szczyt jest często wprost proporcjonalna do wysiłku, który trzeba było włożyć, w jego zdobycie. Skorzystanie z kolejki odebrałoby całą frajdę z tego doświadczenia.

Dlatego właśnie stwierdzenie „Oby wszystko czego zapragniesz, przychodziło Ci bez wysiłku”, rzeczywiście jest straszliwą klątwą. Potrzebujemy wysiłku. Bez niego nie jesteśmy w stanie docenić tego, co zjawiło się w naszym życiu. Mówimy: „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Ed Sheeran w jednej ze swoich piosenek śpiewa „The worst things in life come free to us”, czyli najgorsze rzeczy w życiu, przychodzą do nas za darmo.

Jeśli nie poniesiemy kosztu – finansowego, fizycznego czy emocjonalnego – dana rzecz będzie dla nas bez wartości. To ból i wysiłek, potrzebny do zdobycia czegoś, nadaje tej rzeczy wartość. Żyjąc przed 2 miesiące w Stanach Zjednoczonych nasłuchałem się wielu powiedzeń, które to podkreślały. Np „No pain, no gain”, czyli bez bólu nie ma zysku. Albo „You need to learn it the hard way”, czyli żeby się tego nauczyć, musi być trudno, a w domyśle boleśnie.

Efekt wzrostu wartości wraz z poniesionym kosztem widać też wyraźnie we wszystkich inicjacjach, np. tych, które trzeba przejść, by dołączyć do jednego ze studenckich bractw na amerykańskich uniwersytetach. Im bardziej rytuał inicjacyjny jest bolesny, im mocniej starsi studenci zmieszają Cię z błotem, im gorszymi obelgami Cię obrzucą, tym, paradoksalnie, bardziej docenisz swoją przynależność do tego bractwa. Dlaczego się tak dzieje? Bo wiesz, że poprzeczka związana zostaniem bratem, jest wysoko ustawiona. Nie każdy temu podoła. A to z kolei czyni Cię wyjątkowym. Gdyby można się było dostać do tego bractwa bez żadnego wysiłku, czytaj: każdy byłby w stanie to zrobić, bractwo straciłoby na swojej elitarności, a przez to wyjątkowości.

Mam nadzieję, że te przykłady jasno pokazują Ci, jak ważny jest wysiłek i dlaczego nie warto go unikać. Zastanówmy się zatem, jakiego wysiłku potrzebujemy.

STAN PRZEPŁYWU | FLOW

Wysiłek lub inaczej mówiąc trudność zadania, to dopiero jeden z wymiarów. Drugim jest poziom Twoim umiejętności. Zadania bardzo łatwe, znacznie poniżej poziomu Twoich kompetencji, będą dla Ciebie po prostu nudne. Skoro możesz je zrobić z łatwością, i pewnie każdy inny też, co czy w ogóle jest sens się nimi zajmować?

Z drugiej strony, możesz doświadczyć odwrotnej sytuacji. Ktoś wyznaczył Ci wykonanie bardzo trudnego zadania, znacznie przewyższającego Twoje obecne umiejętności. Masz np. wygłosić wystąpienie w języku, którego się dopiero uczysz albo na temat, na którym się słabo znasz. Żeby było jeszcze ciekawiej, masz tylko 1 dzień na to, żeby się przygotować i od tego wystąpienia zależy Twój dalszy los w tej firmie. Co czujesz w tej sytuacji? Podekscytowanie? Raczej nie. Ekstremalnie silny stres czy wręcz panika są znacznie bardziej prawdopodobną reakcją.

Jak już się na pewno domyślasz, optymalnym scenariuszem, do którego powinniśmy dążyć, jest dopasowanie trudności zadania do naszych aktualnych umiejętności. Zadanie nie powinno być ani za łatwe, ani za trudne. Powinno wymagać on nas maksymalnego skupienia, dania z siebie wszystko, na co obecnie nas stać. W ten sposób się najwięcej uczymy i robimy największe postępy.

Gry komputerowe typu MMO, jak na przykład World of Warcraft są pod tym względem wzorem do naśladowania. Gdy dołączasz do świata, w którym Horda toczy bój z Przymierzem, Twoja postać znajduje się na pierwszym poziomie. Gra nie wysyła Cię od razu po zdobycie serca smoka. Jesteś na to zdecydowanie za słaby. Zamiast tego dostajesz questa, by zaciukać kilka grasujących po okolicach koboldów. To jest zadanie, z którym możesz sobie poradzić, ale jak nie będziesz uważać, to nawet koboldy mogą ci spuścić lanie.

Z każdym zdobytym poziomem, rozwijasz postać i polepszasz swoje statystyki. Gra nie wysyła Cię kolejny raz na koboldy. To zadanie jest już dla Ciebie za łatwe. Dostajesz questa, by zmierzyć się z bestią kodo. I tak dalej. Gra na bieżąco dopasowuje trudność zadania do poziomu Twoich umiejętności.

Gdy zdobędziesz wysokie kompetencje w danej dziedzinie, masz niepowtarzalną okazję, by przeżyć coś wyjątkowego – stan przepływu – odkryty i opisany przez węgierskiego psychologa o uroczym nazwisku Csíkszentmihályi. Stan flow nazywany jest doświadczeniem optymalnym. To intelektualny odpowiednik orgazmu, podczas którego przestajesz czuć swoje ciało. Krzesło przestaje Cię uwierać, skóra przestaje Cię swędzieć, jesteś w 100% zanurzony w aktualnie przeżywanym doświadczeniu. Zadanie, któremu potrzebujesz sprostać jest szalenie wymagające, dlatego jego wykonanie zajmuje cały Twój poznawczy procesor. Mając jednak eksperckie kompetencje, jesteś w stanie mu sprostać w stanie najwyższej uwagi.

Przeżywanie stanu przepływu jest źródłem ogromnej satysfakcji – nie tylko z wykonywanej pracy, ale całego życia. Powinniśmy tak organizować sobie swoje zajęcia, by doświadczać go jak najczęściej. Naszemu pracodawcy też powinno na tym zależeć. Będąc we flow, możesz wykonać swoją pracę szybciej, lepiej lub wypracować oryginalne rozwiązanie, na które nie byłbyś w stanie wpaść pracując w płytki, rozproszony sposób. Dlatego tak ważne jest, by umieć odcinać się od rozpraszaczy. Zanim siądziesz do sesji, podczas której chcesz napisać artykuł, stworzyć strategię marketingową, zaprojektować szkolenie, napisać tekst swojego wystąpienia itd. przejdź przez pre-performance routine, czyli rytuał wprowadzający. To zestaw zawsze tych samych czynności, które wykonujesz w tej samej kolejności.

Mój rytuał wprowadzający:

1. Telefon: włączam tryb samolotowy i chowam go przed swoim wzrokiem, najczęściej za ekran laptopa, by nie kusiło mnie sprawdzenie czegoś na smartfonie.

2. Komputer: Wyłączam wszystkie niepotrzebne programy, niepotrzebne karty w przeglądarce, a nawet dostęp do internetu, jeśli tylko nie jest mi niezbędny.

3. Przedmiot pracy: otwieram program i plik, w którym będę pracował. Jeśli jest to plik w Wordzie włączam dodatkowo tryb koncentracji uwagi, który sprawia, że znikają wszystkie ikonki, a zostaje tylko biały papier na czarnym tle.

4. Minutnik: Nastawiam minutnik na 60 minut

5. Hasło zagrzewające do pracy: Mówię sobie: „No to lecimy!”

Gdy moja uwaga jest zabezpieczona przed rozpraszaczami, dużo łatwiej jest mi pracować w sposób głęboki i osiągnąć stan flow.

Aby lepiej zrozumieć, jak działa flow, zachęcam Cię do wpisania w wyszukiwarce internetowej 2 słowa: flow wykres. Poszukaj kwadratu podzielonego na 8 części, gdzie w prawym górnym rogu jest flow, a w lewym dolnym jest apatia. Na tym wykresie możesz zobaczyć, w jakie stany wchodzą ludzie w zależności od trudności zadania i poziomu ich umiejętności w danej dziedzinie. Osiągnięcie flow jest możliwe wyłącznie w sytuacji, gdy zadanie, z którym się mierzysz jest bardzo trudne oraz Twoje kompetencje w tym temacie są bardzo wysokie.

Dwa zbliżone stany, nieco mniej optymalne to pobudzenie i poczucie kontroli. Do pobudzenia dochodzi wtedy, gdy zadanie jest bardzo trudne, a Twoje umiejętności są na średnim poziomie. Co możesz zrobić, by przeskoczyć z pobudzenia do stanu przepływu? Potrzebujesz najpierw zwiększyć swoje kompetencje w danym temacie. Może to kwestia przeczytania artykułu? Przesłuchania podcastu? Obejrzenia wideo tutoriala na youtubie? Porozmawiania z bardziej doświadczonym kolegą, który podzieli się z Tobą swoim know-how? Możliwości jest bardzo wiele. Warto skorzystać z jednej z nich, zanim następnym razem będziesz przystępować do wykonania podobnego zadania.

Drugi stan bliski flow to poczucie kontroli, które zachodzi, gdy Twoje kompetencje są wysokie, a poziom trudności zadania jest średni. Jak wskoczyć do flow z kontroli? Zwiększając trudność zadania. Możesz to zrobić dając sobie dodatkowe ograniczenie, które normalnie nie jest wymagane. Np. ograniczyć dostępny czas na wykonanie danego zadania. Jeśli zrobienie go w 4 godziny jest średnio trudne, to wykonanie go w 2,5 godziny, z pewnością stanie się znacznie bardziej wymagające. A to z kolei umożliwi Ci osiągnięcie stanu flow. Jakie są inne sposoby zwiększania trudności? Możesz podjąć decyzję, że musisz zmieścić się w określonym budżecie słów – np. Twój artykuł może mieć maksymalnie 1 000 słów. Albo w drugą stronę – jeśli do tej pory byłeś mistrzem krótkiej formy – postaw sobie wyzwanie, by napisać artykuł liczący co najmniej 5 000 słów. Podobnie jak w przypadku pobudzenia, istnieje nieograniczona liczba sposobów na to, by przejść ze stanu poczucia kontroli do stanu flow. Warto testować różne i przekonać się empirycznie, który z nich dla Ciebie sprawdza się najlepiej.  

Zrealizowaliśmy główny temat odcinka, przejdźmy zatem do kącików tematycznych.

KĄCIK KSIĄŻKOWY

Dziś w imieniu Cala Newporta opowiem Ci o jego koncepcji pracy głębokiej. Zacznijmy od definicji. Cytuję: „Praca głęboka to czynności zawodowe wykonywane w stanie koncentracji, przy maksymalnym wykorzystaniu zdolności poznawczych”.

Brzmi znajomo? Powinno, bo ta definicja bardzo przypomina stan flow, który już omówiliśmy. Przeciwieństwem pracy głębokiej, jest praca płytka, którą autor definiuje następująco: „Praca płytka to niewymagające poznawczo czynności o charakterze organizacyjnym, często wykonywane w stanie rozproszenia uwagi. Czynności te najczęściej nie tworzą nowych wartości i są łatwe do powtórzenia.”

Pracę płytką najczęściej mogła by za nas wykonać maszyna, program albo osoba licealista, nie posiadający żadnego doświadczenia zawodowego.

Co zatem powinniśmy zrobić? Pozbyć się całkowicie prac płytkich i wykonywać wyłącznie głęboką? Niestety, rzadko kiedy jest to możliwe. Gdybyśmy z dnia na dzień się zbuntowali i powiedzieli swojemu szefowi, że więcej nie czytamy maili, nie odpisujemy na nie i nie bierzemy udział w spotkaniach, moglibyśmy długo nie zagrzać miejsca w aktualnej firmie.

Jednak to, co możemy i powinniśmy robić, to stopniowo, w miarę możliwości, zmniejszać ilość płytkiej pracy na rzecz głębokiej. Jeśli jesteś wykwalifikowanym specjalistą i firma płaci Ci za godzinę wysoką stawkę, w interesie Twojego szefa jest to, żebyś wykonywał jak najmniej pracy płytkiej, którą może zrobić każdy, a jak najwięcej pracy głębokiej, którą możesz zrobić tylko Ty. Jest to więc klasyczna sytuacja typu win-win, obie strony mogą skorzystać na tym, że więcej swojego czasu będziesz przydzielać pracy głębokiej.

Dlaczego umiejętność wykonywania pracy głębokiej jest tak ważna? „Zdolność pracy głębokiej staje się coraz rzadsza, tymczasem jej wartość dla naszej gospodarki wzrasta. Dlatego nieliczni, którzy nabędą tę umiejętność i uczynią ją podstawą swego życia zawodowego, odniosą sukces”. Innymi słowy: jest coraz większe zapotrzebowanie na pracę głęboką (wysoki popyt), a coraz mniej osób potrafi ją wykonywać (niska podaż). Wiesz, co się dzieje z cenami produktów i usług w sytuacji niskiej podaży i wysokiego popytu? Ich cena idzie gwałtownie do góry. Możesz stać się rozchwytywanym pracownikiem, zarabiać dużo większe pieniądze i jeszcze robić częściej to, co ciekawe, co stanowi dla Ciebie wyzwanie. Wystarczy, że nauczysz się pracować głęboko.

Jak to zrobić? O tym jest cała książka Cala Newporta. Zdradzę, że nie trzeba zaszyć się w leśnej chatce na całe dnie. Można to robić na wiele różnych sposobów. Jedna z metod nazywa się dziennikarską. Oznacza ona, że wykonujesz pracę głęboką z doskoku, kiedy tylko nasz na nią wolne 15 minut. Da się zrobić to w ten sposób, choć wymaga to odpowiedniego treningu.

KĄCIK NAUKOWY

Dan Ariely to jeden z moich ulubionych badaczy. Projektuje i przeprowadza wiele interesujących eksperymentów psychologicznych. W jednym z nich zaprosił badanych do budowania z klocków lego mechanicznych stworów, przypominających transformersy. Płacił badanym za zbudowanie pierwszego 3 dolary, a za każdego następnego o 30 centów mniej. Czyli za drugiego 2,70, za trzeciego 2,40 itd.

Pierwsza grupa badanych budowała swoje transformersy i mogła podziwiać, jak pięknie wyglądają, gdy budowała kolejne. Eksperymentatorzy wystawili je na stole, tworząc coś w rodzaju „hall of fame”, czyli galerii sławy.

Druga grupa budowała te same transofrmersy, za te same pieniądze. Zmieniła się tylko jedna rzecz. Gdy tylko mechaniczny stwór był gotowy, eksperymentatorzy od razu, na oczach budowniczych, niszczyli transformersa, rozbierając go na pojedyncze klocki.

Jak sądzisz, o ile więcej transformersów zbudowała pierwsza grupa? Dodam tylko, że maksymalnie dało się zbudować 11 lego-stworów.

Gdy zespół Dana Arielego spytał o to w innym badaniu, większość ankietowanych odpowiadała, że pierwsza grupa, ta z galerią sławy, zbudowała 1 transofmersa więcej, może 2.

Jakie były faktyczne rezultaty? Wynik w pierwszej grupie wynosił 11, a w drugiej – tej z demolką na oczach budujących – tylko 4. Motywacja do wykonania zadania i ostateczny jej wynik spadł o 37%, tylko dlatego, że druga grupa nie widziała sensu, w tym co robi. Zadanie było to samo. Płaca była ta sama. Czas na wykonanie zadania był ten sam. W skrócie – wszystkie warunki były identyczne, poza tym jednym. Pierwsza grupa widziała sens w swojej pracy, a druga obserwowała, że to co robią, nie ma żadnego znaczenia.

Jaki wniosek możemy z tego wyciągnąć? Aby lepiej i chętniej wykonywać swoją pracę, potrzebujemy widzieć w niej sens. Będąc pracownikiem, warto pomyśleć o tym, jakie znaczenie dla innych ludzi może mieć to co robię. Będąc menadżerem, należy pamiętać, by komunikować nie tylko co robimy oraz jak to robimy, ale przede wszystkim po co? Jak doradza Simon Sinek w swojej bestsellerowej książce: Zacznij od dlaczego.

Głównym tematem odcinka są młodzi ludzie.

W otwartej rozmowie dwóch stoików (z Karolem Doeringiem), zastanawiamy się nad tym, jak stoicyzm i nawyki mogą pomóc młodym ludziom zmienić swoje życie i osiągnąć ważne dla nich cele. 

Rozmawiamy o tym, jak stoicyzm pomaga nie przejmować się krytyką i hejterami - posiłkując się przy tym cytatami Marka Aureliusza. 

Podpowiadamy, jak umiejętnie wyznaczać cele, tak by były one motywujące i pomogły uzyskać długotrwałą zmianę („sylwetka na LATA a nie na lato”).

Pokazujemy, dlaczego stoicyzm i nawyki wspaniale łączą się z celami i są najlepszym sposobem do ich realizacji.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #38 - O tym, czego potrzebują młodzi ludzie - rozmowa z Karolem Doeringiem

Andrzej

W dzisiejszym podcaście rozmawiam z Karolem Doeringiem: entuzjastą rozwoju osobistego, który codziennie stara się nauczyć czegoś nowego. Jest specem od nawyków, testującym na sobie różne rozwiązania i dzielącym się ze światem tym co dla niego działa. Wiem że jesteś młodym człowiekiem - przynajmniej z mojej perspektywy - 34 latka. Natomiast kiedy próbowałem swoich umiejętności takiego internetowego stalkingu, żeby dowiedzieć się, ile dokładnie masz lat, przeszukałem Twoją stronę internetową Facebooka Instagrama i nie udało mi się w końcu dowiedzieć. Zdradzisz mi ten sekret?

[00:00:33] - Karol

A taka ciekawostka. Nie wiedziałem że nie można tego znaleźć. Mam  23 lata.

[00:00:37] - Andrzej

I właśnie od tego chciałem niejako zacząć naszą rozmowę. Ja tak przynajmniej sobie wracając do swojej młodości myślę, że to jest taki czas mając dwadzieścia kilka lat, kiedy niekoniecznie myślimy o takich wartościach typowo stoickich, jak samodoskonalenie, samodyscyplina, rozwaga i refleksyjność. Czy coś się pozmieniało od czasów mojej młodości i młodość nie potrzebuje się już wyszumieć? Skąd twoje zainteresowanie akurat stoicyzmem?

[00:01:08] - Karol

To pytanie jest bardzo ciekawe. Moim zdaniem troszeczkę takie właśnie stereotypowe takie podejście, że w młodym wieku właśnie trzeba się wyszaleć. Że młode osoby chcą jakoś pokazać, co potrafią - że są szalone może trochę. Aczkolwiek znam dużo osób i w tym ja jestem też właśnie takim przypadkiem, że po prostu tego szaleństwa jakoś nie potrzebowałem. A właśnie chciałem już od najmłodszych lat właśnie zacząć robić coś więcej niż właśnie takie stereotypowe właśnie młode osoby.

[00:01:41] - Andrzej

Myślę że to bardzo dobrze o Tobie świadczy i daje ci taką dużą przewagę  nad innymi osobami, które w tym czasie głównie myślą o imprezach dziewczynach czy chłopakach. Bardzo się to chwali. A powiedz jak się zaczęła twoja przygoda ze stolicyzmem?

[00:01:56] - Karol

Jeszcze dodam od siebie, że nie zawsze było tak, że myślałem takimi kryteriami właśnie, żeby coś osiągać więcej. Bo także właśnie po zakończeniu technikum i przez półtorej roku po nim też jeszcze byłem taką osobą która np. nie korzystała z tego życia w taki sposób, który może jakoś wpłynąć na rozwój człowieka. Tylko po prostu wracałem po pracy oglądałem seriale, leżałem w łóżku jadłem fastfoody i nic z tym nie robiłem. Aż w pewnym momencie powiedziałem, że coś muszę zmienić. I teraz wracając do pytania jak zaczęła się moja przygoda ze stolicyzmem. Zaczęłam się od Radka Budnickiego i jego podcastu Lepiej Teraz.  Zacząłem słuchać jego podcasty i on tam dużo przekazywał jeśli chodzi o wartości stoickie. I stąd właśnie zacząłem się interesować tą filozofią.

[00:02:41] - Andrzej

Wspomniałeś o tym że nie zawsze to tak wyglądało. W którymś momencie nastąpił taki przełomowy moment. A pamiętasz może co było takim bezpośrednim impulsem? Dzięki któremu stwierdziłeś, że warto wreszcie coś zmienić w swoim życiu?

[00:02:54] - Karol

Jasne. Nawet pisałem o tym w swoim wpisie na blogu. Był to moment gdy pracowałem w Niemczech jeszcze i patrząc na nas swoich kolegów z pracy na to jak wygląda ich życie, że wracają z pracy, siadają przed telewizorem, oglądają telewizję, jedzą fastfoody i faktycznie tak wygląda ich całe życie. I pomyślałem że nie tak to nie może być. Że z życia można wyciągnąć o wiele więcej. Można zrobić coś dobrego. Można wymyślić dużo fajnych rzeczy i to życie naprawdę może być ciekawsze. I wtedy zacząłem po prostu interesować się książkami podcastami, stoicyzmem, między innymi z podcastu zaczerpniętym.

[00:03:34] - Andrzej

Pamiętam jak swojego czasu monitorowaniem swoją wagę. To jest jeden z nawyków, który mam. No i ta waga niebezpiecznie rosła i aż w pewnym momencie przekroczyłem 80 kg, co przy moim wzroście nie jest najlepszą wagą. I pamiętam, że to był taki moment: „aha! OK to już jest ostatni znak.” Teraz trzeba się poważnie tym tematem zająć. I od tego czasu faktycznie moja waga zaczęła mocno spadać. Zamiast się załamać wysoką wagą, stwierdziłem: „dobra to jest jasny sygnał tego, że tu jest potrzebna zmiana”. I i w tym co ty powiedziałeś widzę taki podobny mechanizm. My przez jakiś czas możemy trwać w pewnym rozwiązaniu, ale jak zobaczymy, że to nie do końca dobrze na nas działa czy to na przykładzie naszego życia czy innych osób no to warto jest w odpowiedni sposób zinterpretować ten impuls tak żeby nie jeszcze bardziej się załamać i pogrążyć w tym, co robimy, co nam nie do końca służy tylko wykorzystać to w pozytywny sposób.Dobrze to czuję że to tak mniej więcej u Ciebie wyglądało?

[00:04:37] - Karol

Zgadzam się z Tobą. Mam pytanie do Ciebie: jak to u Ciebie wyglądało? Bo widziałeś, że Twoja waga wzrastała. Oceniłeś, że to jest coś złego. Że podąża w złym kierunku. Bo jednak ta waga może wzrastać i nikt się może tym nie przejmować. Tak robi większość osób. Jak ty sobie uświadomiłeś sobie, że to jest coś złego?

[00:04:56] - Andrzej

U mnie coś się sprowadzała do takich bardzo prozaicznych czynności. Typu jak usiadłem sobie żeby włożyć buty i zawiązać sznurówki, to czułem, że pas mocno mnie uściska. Że sprawność fizyczna mi spada. Kiedyś wchodziłem sobie na trzecie piętro bez zadyszki to teraz zaczęło być to dla mnie problemem. Obserwując takie bardzo namacalne rzeczy, że ta waga mi realnie przeszkadza, to łatwo mi to było przełożyć na taki praktyczny impuls do działania.

[00:05:25] - Karol

Coś takiego też miałem u siebie. Zacząłem właśnie przechodzi z tej pracy codziennie robić to samo, oglądać seriale i tak po jakimś pomyślałem a pójdę sobie pobiegać. Tak myśl pojawiła się w mojej głowie. Przebiegłem 100 metrów i już nie miałem siły. To mnie zaniepokoiło. I wtedy właśnie zacząłem coś   zmieniać u siebie.

[00:05:45] - Andrzej

W jednym z Twoich postów na Instagramie napisałeś że stoicyzm zmienił Twoje życie. W jaki sposób?

[00:05:51] - Karol

Najważniejszą zmianą jest to że przestałem przejmować się opinią innych. Przestałem właśnie patrzeć na to co ludzie myślą o moich działaniach bo wiedziałem że jak zacznę coś robić w internecie czy jest to Instagram czy blog, to pojawią się negatywne komentarze. I  stoicyzm pozwolił mi przestać przejmować się tym co myślą inni i po prostu robić swoje. To jest taka najważniejsza zmiana która naprawdę bardzo mi pomogła.

[00:06:33] - Andrzej

A jak byś się pokusił o taką diagnozę obserwując też swoich znajomych, którzy pewnie są w podobnym wieku do ciebie, to jakie problemy czy wyzwania mają obecnie młodzi ludzie? Z czym się zmagają i nie do końca potrafią sobie poradzić?

[00:06:47] - Karol

Trochę ciężko jednak na to pytanie, bo nie ma zbyt dużej ilości znajomych w moim wieku. Ale z takiej obserwacji w internecie czy na ulicy czy w jakiejś różnych miejscach typu praca, to mogę zauważyć że dużym problemem jest to że młode osoby przejmują się tym co pomyślą rówieśnicy czy rodzina o ich działaniach. Jest naprawdę dużo osób, które chciałyby zrobić także coś więcej. Mają jakiś pomysł na biznes, pomysł na hobby, lecz tego nie robią, bo na przykład mają zakodowane, że muszą pracować po 8 godzin dziennie. Muszą iść do pracy, nie mogą pracować zdalnie bo to coś dziwnego że dla ich rodziny i znajomych. Właśnie to opinia innych bardzo blokuje młode osoby.

[00:07:31] - Andrzej

Jasne. Tutaj też odwołam się do swojego doświadczenia. Ja nigdy nie pracowałem na etacie. Od początku założyłem swoją działalność gospodarczą, prowadząc firmę szkoleniową i póki jeszcze ten biznes mi się w jakiś sposób nie rozhulał i moje zarobki nie były wcale imponujące, to regularnie rodzice mnie pytali: „Andrzej! Kiedy ty wreszcie skończysz tę zabawę? Może byś się wziął wreszcie do poważnej pracy. Już wystarczy tej zabawy w firmę. Dopiero w momencie kiedy był odpowiedni wynik finansowy i mogłem pokazać swoim rodzicom, że zarabiam więcej od nich razem wziętych. Tak że faktycznie biznes szkoleniowy może dawać dobre pieniądze i można z tego utrzymać nie tylko siebie, ale całą swoją rodzinę. Wtedy jakaś akceptacja czy zmiana myślenia moich rodziców się pojawiła. Ale to też wynika po prostu z pewnej różnicy pokoleń, bo moi rodzice są ode mnie o 37 lat starsi. Więc faktycznie gdybym ja przejmował się opinią swoich rodziców - a są to ważne dla mnie osoby - no to możliwe, że poszedłbym za ich radą, bo przecież są starsi lepiej znają życie i moja kariera by się zupełnie inaczej potoczyła niż teraz.

[00:08:40] - Karol

To samo podejście obserwuję u siebie bo też właśnie dużo moich znajomych czy najbliższej rodziny ma takie właśnie poglądy, że pracą jest to że idziesz do jakiegoś miejsca pracujesz przez dany te 8 godzin. A jak się robi coś innego, np. pracujesz w domu bądź coś sprzedajesz, gdzieś jedziesz, masz konsultacje to jest całkowicie inne wyobrażenie pracy. I nie mówię że to jest złe podejście starszych osób, bądź też osób w moim wieku, aczkolwiek nie każdy może sobie uświadomić, że można też inaczej pracować.

[00:09:25] - Andrzej

To jest ciekawe co mówisz, bo w mojej głowie tego typu myślenie, że prawdziwa praca to te 8 godzin na bezpiecznym etacie i wracamy do domu i o pracy w ogóle nie musimy myśleć - to mi się to kojarzy właśnie bardziej ze starszymi pokoleniami, na przykład moich rodziców, a tym bardziej dziadków. A wydawało mi się, że wśród millenialsów to jest bardzo modne, żeby prowadzić swój biznes, żeby nie dawać się wyzyskiwać korporacji, nie startować w wyścigu szczurów. I ty mówisz że niekoniecznie. Że nie wszyscy wcale tak myślą?

[00:10:00] - Karol

Z tego co obserwuję wśród swoich znajomych bądź osób które jako taką opisuje i znam to właśnie mało kto ma takie podejście, że może zakładać swój biznes że można pracować w inny sposób niż te osiem godzin dziennie. Więc tak naprawdę jeśli chodzi czy o starsze pokolenia czy osoby młodsze to moim zdaniem większa część społeczeństwa myśli, że jednak trzeba pracować w jakiejś korporacji czy firmie a założenia swojego biznesu uznają za coś niewyobrażalnie trudnego.

[00:10:31] - Andrzej

Rozumiem. Wspomnieliśmy już w naszej rozmowie o tym, że jeśli nie przyjmujemy się za bardzo, bo co też nie chodzi o to żeby być zupełnie odpornym na krytykę i żadnej informacji zwrotnej nie przyjmować, bo to też nie służy. Ale jeśli nie za bardzo przejmujemy się krytyką ze strony innych osób czy ze strony swoich rodziców to jest niezbędny warunek, żeby gdzieś zaistnieć czy to w sieci próbując swoją markę osobistą czy później swój biznes. Jakie twoim zdaniem są najlepsze stoickie rady, techniki, żeby sobie z tym poradzić. Żeby nie przejmować się za bardzo hejterami czy nawet naszymi wyobrażeniami o tym, co inni ludzie mogliby o nas pomyśleć. Co w stoicyzmie Ci pomogło mniej się przejmować zdaniem innych ludzi na temat tego, co ty robisz.

[00:11:19] - Karol

Mi się bardzo spodobał się cytat Marka Aureliusza: Wystarczy już tego żałosnego życia. Przestań się wygłupiać i zacznij żyć. Moim zdaniem właśnie to jest ważne w takim podejściu, że się myśli właśnie o tym, że praca przez swój rozwój jakieś dbanie o swoją naukę, swoją przyszłość prowadzi do osiągnięcia celu. I to bardzo ułatwia założenie swojego biznesu, zmianę pracy z etatu na własna działalność i wyjścia z tych szablonowych 8 godzin.

[00:11:55] - Andrzej

Też dorzucę cytat z Marka Aureliusza, który bardzo lubię. Jak to jest, że my bardzo zawsze sobą interesujemy i swoimi potrzebami i nasze zdanie jest najmądrzejsze ale jak ktoś inny się wypowie na nasz temat, to my nagle zaczynamy innym ludziom dużo bardziej wierzyć, że to oni znają prawdę o nas niż wierzyć sobie samym i być gdzieś wspólnym ze swoimi wartościami. Dużo bardziej się przejmujemy tym, co ktoś o nas powie zamiast mieć przede wszystkim na uwadze to, co my sami o sobie sądzimy i na ile sami jesteśmy z tego swojego życia czy z wyborów zadowoleni.

[00:12:37] - Karol

Super przykład. Jak już mówimy o cytatach, to jeszcze bym powiedział coś takiego, że stoicyzm można interpretować różnie. Nie ma jakiejś jednej interpretacji danego cytatu, danej wypowiedzi filozofa. Jest też taki cytat Marka Aureliusza: Cokolwiek ktoś robi lub mówi o tobie ja jestem tam oddany dobru. I dobrem dla mnie jest moja przyszłość, moja rodzina, moje starania, moja droga do lepszego życia swojego i swojej rodziny, swojego biznesu i cokolwiek ktoś robi i mówię przeciwko mnie, ja i tak skupiam się na dobru, którym właśnie jest moja przyszłość moje cele.

[00:13:15] - Andrzej

To podejście jest mi bardzo bliskie. Nazywam je wewnętrznym kompleksem. Dla mnie ważne jest, żebym spisał sobie pewne zasady, którymi chcę się w życiu kierować w stosunku do siebie w stosunku do innych ludzi i ich przestrzegał. Teraz mniej mnie interesuje czy obce osoby mnie za to pochwalą czy mnie za to zganią, bo jak długo ja się trzymam swoich zasad, tak długo czuję że dobrze wybieram w swoim życiu. Więc myślę że to jest też taka wskazówka od stoików, którą możemy uzyskać. I jeszcze coś ciekawego dorzucę, co podpowiedział mi ostatnio William Irvine, że jeśli ktoś nas krytykuje, ktoś kto ma inne poglądy od nas, inny zestaw wartości np. ktoś kto uważa że super jest w ogóle to że właśnie tylko imprezujemy, a nauka jest totalnie bez sensu. Jeśli ktoś taki skrytykuje nasze wybory, to my zamiast się tym przejmować powinniśmy się z tego cieszyć, bo to znaczy, że właśnie w dobry sposób postępujemy. Jeśli ktoś taki kto ma zupełnie inny zestaw wartości od nas pochwalił by nasz wybór. To jest dopiero moment na to żeby się zastanowić czy ja naprawdę robię to co trzeba.

[00:14:31] - Karol

Coś podobnego ostatnio wrzuciła na Instagrama. Co współgra z moimi regułami życiowymi. Jeśli nie świętujesz wszystkiego z alkoholem, jeśli nie oglądasz weekend Netflix, jeśli nie obgadujesz innych ludzi dla przyjemności, jesteś wariatem. I właśnie jeśli ludzie nazywają cię wariatem, to znaczy że zmierzasz w dobrą stronę.

[00:14:49] - Andrzej

Zgadzam się w stu procentach. Nie warto bać się być trochę innym niż większość ludzi. Jeśli my się w pozytywny sposób od nich wyróżniamy. Ostatnia rzecz jak rozmawiamy o tym jak sobie lepiej radzić z przyjmowaniem krytyki czy nawet z naszym wyobrażeniem przewidywanej krytyki. To co mi w jakiś sposób pomaga to realistyczne oczekiwanie. Na mnie stoicyzm też jest mocno z tym związany, że my widzimy świat takim, jaki jest. Nie staramy się go koloryzować. Zupełnie normalne jest to, że wśród wielu ludzi zwłaszcza działających w internecie, który gwarantuje anonimowość, pojawiają się prędzej czy później hejterzy. Osoby którym się nie będzie podobało to co my robimy. I jeśli my z góry sobie powiemy, że to prędzej czy później nastąpi, to będziemy dużo lepiej przygotowani w momencie, kiedy te jadowite komentarze gdzieś się w Internecie pojawiają.

[00:15:46] - Karol

Zgodzę się z Tobą, jeśli chodzi o moją działalność w internecie to w sumie od czterech miesięcy już na poważnie, na 100 procent prowadzę swojego bloga czy Instagrama. I w sumie od tego czasu już pojawiły się jakieś takie komentarze atakujące, hejtujące mnie w stylu: po co ja to robię?! Mógłbym się zwiąć za normalną pracę. I jak ja sobie z tym radzę? Po prostu staram się wykorzystać te osoby także do tego żeby się rozwijać. Jeśli widzę że ktoś mnie atakuje, w większości przypadków staram się takie osoby odpisać czy mogę w jakiś sposób pomóc? Zazwyczaj te osoby wtedy przestają hejtować i przechodzimy na poziom, na którym ja mogę im pomóc. Okazuje się, że niektóre osoby nie zrozumiały czegoś od razu, więc ja staram się to wytłumaczyć. Ale są też osoby, którym nawet jeśli chce się pomóc, podać rękę to i tak będą dalej atakować. I wtedy po prostu stwierdzam, że mój content nie jest dla każdego.

[00:16:42] - Andrzej

Super. Ale wypracowałeś sobie bardzo fajny sposób na spacyfikowanie przynajmniej niektórych tego typu osób, zadając to pytanie: „W jaki sposób mogę ci pomóc?” Bo część z nich przynajmniej przenosi się na taki poziom merytorycznej dyskusji a nie samej krytyki. Tak więc super, że masz takie podejście do tego. Powiedz proszę jak sądzisz czego twoim zdaniem najbardziej potrzebują teraz młodzi ludzie?

[00:17:13] - Karol

Inspiracji od kogoś, od osoby mentora, która pokazała właśnie, że można coś w swoim życiu zrobić więcej niż to właśnie oglądanie telewizji po dniu pracy. Że można np. znaleźć jakieś hobby, zainteresowania, że można uprawiać sport. Że można prowadzić swój biznes czy możesz pracować na etacie, ale robić jeszcze coś swojego. Właśnie takie osoby potrzebują inspiracji. Może właśnie w podobnym wieku osoby, która właśnie jest na takim poziomie jak oni i robią coś więcej. I taka osoba może ich pokonać do działania jej potrzebują takiej takiego bodźca w postaci jej mentora.

[00:17:51] - Andrzej

Znów odwołam się do swojego życia. Ja mam bardzo kiepską wyobraźnie dotyczącą grafiki czy różnych dekoracji, które mają być w pokoju. I jeśli ktoś mnie spyta: „No to dobra to jak ty Andrzej byś chciał, żeby wyglądało logo Twojego projektu? Albo jak byś chciał, żeby zaaranżować pokój w twoim mieszkaniu?” To jest po prostu czarna magia. Ja jeśli obejrzę sobie kilka różnych obrazków logo, obejrzę sobie w katalogu kilka różnych pokojów to mogę wskazać palcem. To mi się podoba, ten kolor jest fajny, to z pierwszego np. logo bym wziął czcionka z drugiego logo bym chciał kolorystykę, bo mam pewien już konkret, do którego się mogę odnieść. Wydaje mi się, że to, o czym mówisz, że ci młodzi ludzie potrzebują inspiracji. Oni potrzebują wiedzieć, jakie w ogóle są możliwości. Oni potrzebują tego katalogu, jak moje życie może się potoczyć, żeby mogli go obejrzeć i wskazać palcem, na co oni konkretnie mają ochotę, bo jeśli ktoś im tylko powie: „The sky is the limit” / możesz wszystko, to możliwe, że będzie tak jak w moim przypadku. Młody człowiek stwierdzi: „Ale ja nie potrafię sam od zera wymyślić swojego logo czy właśnie wymyślić, jak ma mój pokój w ciekawy sposób wyglądać”. Te konkretne wzorce, z których można wybrać nawet trochę je zmodyfikować, mogą być bardzo pożyteczne. Co o tym sądzisz?

[00:19:18] - Karol

Właśnie o to mi chodziło. Młode osoby może coś chcą zmienić swoje życie, a tak jak mówisz, nie wiedzą jak się za to zabrać. Potrzebują osobę, która już coś zaczyna zmieniać w swoim życiu i pokazuje proces i dzięki temu inne osoby mogą np. zobaczyć - jestem w podobnym wieku co Karol. On coś robi. On pokazuje jak to robić, więc może spróbuję wykorzystać jakąś jego technikę. Ja też zacząłem swoją przygodę. Też właśnie nie wiedziałem, że może robić coś więcej, że można jakoś zadbać o swój samorozwój. Dlatego zacząłem się słuchać od kasty oglądać jakieś filmy czy jakieś szkolenia. Właśnie na podstawie tych osób które przedstawiały patrzyłem jak wygląda ich proces. Jak oni się uczą, jak wygląda ich poranek, jak wygląda ich wieczór, jak wyglądają ich rutyny, jak rozmawiają z ludźmi, jak notują sobie czy prowadzą jakieś dziennik wdzięczności, który też wdrożyłem u siebie. I zostawiłem to, co się u mnie sprawdziło po jakimś czasie.

[00:20:39] - Andrzej

Dodam jeszcze, że warto dopasowywać techniki do siebie. Bo jeśli weźmiemy 1 do 1 jakieś narzędzie, to możemy stwierdzić po tygodniu testów, że to nie ma sensu. To u mnie nie działa, bo coś tam. I jak się okaże, że my trochę to po zmieniamy bardziej pod swoje potrzeby, pod swoją sytuację, to naprawdę po niewielkich korektach nagle zaczyna coś super działać. Tylko trzeba sobie zadać ten trud i pytanie: jak ja to mogę zmodyfikować? Czasami na szkoleniach Jeśli pokazuję jakąś nową technikę, to pojawia się taki zarzut, wobec tego, że może to fajnie brzmi, ale my jesteśmy tacy specyficzni w naszej firmie i u nas to nie zadziała. I ja niejako wiedząc, że to może nastąpić, to już na początku szkolenia, kiedy spisujemy zasady współpracy, jedna z zasad, którą rekomenduje to jest, kiedy to działa. I mniej więcej tak to tłumaczę grupie: Słuchajcie, jak będę wam pokazywał różnego rodzaju techniki na pewno się może okazać taka sytuacja, że dana technika w pewnych sytuacjach w waszej firmie w waszym życiu nie zadziała. I ja się z góry zgadzam. Od razu wam przyznaję rację. Ale szkoda trochę waszej energii na to, żeby mi pokazywać, zobacz Andrzej w tej i tej sytuacji to nie działa. Poszukajcie, kiedy da się z tego skorzystać. I nawet jeśli w dziesięciu sytuacjach się nie uda, ale w 2 tak. No to spróbujcie znaleźć te 2, kiedy faktycznie to wam się do czegoś przyda. I to sprawia, że instalujemy w głowie taki pozytywny filtr i zamiast brać jakąś technikę, którą sobie przeczytam na Instagramie u Karola czy u kogokolwiek innego i od razu stwierdzać, nie to nie działa, bo nie zawsze będzie działać. Nie dla każdego będzie działać. Jak szukamy chociaż jednej sytuacji, kiedy da się z tego skorzystać, to mocno zmienia naszą perspektywę i przyśpiesza tak naprawdę nasz rozwój osobisty. Masz podobne doświadczenia?

[00:22:30] - Karol

Właśnie podsunąłeś mi super pomysł. Jak już pokazuje coś, co działa u mnie, będę teraz się starać jeszcze pokazywać w takiej sytuacji i dana osoba może to wykorzystać. Bo faktycznie, tak jak mówisz, nie każda technika działa u każdej osoby. Każdą taką technikę, którą uznałem za ciekawą, interesującą, rozwojową testowałem u siebie. Te testy trwały tydzień dwa miesiąc dwa trzy, ale każdą testowałem. I z dużej ilości technik musiałem zrezygnować, bo nie pasowały do mojego stylu życia, do mojej codzienności, bo osoby, od których się aktualnie uczyłem, pokazywały tylko technikę, ale nie pokazywały sytuacji, w jakiej mogę ją wykorzystać. W jakiej się sprawdzają w jakich nie. Więc teraz tak sobie myślę, że to jest bardzo ciekawe takie właśnie podejście. Na pewno ułatwiające życie innym. Jeśli mogę skorzystać z techniki mają jakąś technikę ode mnie czy od ciebie czy od kogoś innego i jeszcze dodatkowo powiedzieć, w jakiej sytuacji się sprawdzi, a w jakiej nie.

[00:23:35] - Andrzej

Ten ostatni wątek też jest ciekawy, a dużo osób go bagatelizuje. Żeby od razu prezentując technikę pokazać też kiedy ona się nie sprawdzi, że są takie sytuacje w których ja zdecydowanie odradzam korzystanie z tej techniki bo ona wtedy nie działa. I jeśli to z góry powiesz, to po pierwsze zwiększa wiarygodność tej techniki, że bardziej obiektywnie do tego podchodzić a nie na zasadzie: „Hurra to jest najlepsza technika na świecie, zmieni twoje życie w 5 minut!„ Tylko pokazujesz, że jesteś w jakiś sposób wobec niej krytyczny, przez co ludzie też chętniej z niej skorzystają. I druga sprawa: jeśli rekomendujemy pewną technikę i wiemy, że w niektórych obszarach ona nie działa, a ktoś z twoich widzów akurat do tego obszaru ją użyje, no to bardzo szybko się rozczaruje i stwierdził, że to jest bez sensu i w ogóle Karol bez sensu mówi. Dlatego bardzo gorąco zachęcam żeby oprócz pokazywania, w których sytuacjach technika się sprawdzi świetnie, nie bać się też powiedzieć, w których sytuacjach ta technika nie będzie dobra, a warto w tych sytuacjach ją zastąpić inną, którą też znasz. Zobaczmy w jaki sposób stoicyzm może też pomagać młodym ludziom. O jednym takim bardzo konkretnym obszarze już sobie powiedzieliśmy - w postaci mniejszego przejmowania się krytyką czy opiniami innych ludzi. Podrzuciliśmy nawet wam kilka cytatów, kilka sposobów myślenia, jak to faktycznie wprowadzić. A w jakich innych sytuacjach Twoim zdaniem stoicyzm bardzo się może przydać młodym ludziom?

[00:24:59] - Karol

 Drugim najważniejszym elementem życia, w którym stoicyzm może się przydać jest to ustalanie celów. Stoicyzm bardzo ułatwia ustalanie swoich celów na przyszłość i swoich planów. Można go wykonać w taki sposób, że można sobie ustalić cele, zapisać je na kartce. A następnie nałoży je na oś czasu i dzięki takiemu podejściu, że dążymy do celów swoich, nie zważając na to co powiedzą inni jest łatwiej osiągnąć zamierzone działania. Bo jeśli ktoś pracuje tylko by pracować i tak mija jeden dzień drugi trzeci, ale nic się nie zmienia, bo nie ma większego celu. Stoicyzm właśnie też kładzie nacisk na to, aby postawić większy cel w swoim życiu. Myślę, że tego też młodym osobom brakuje, że nie mają wizji końca i nie mają wizji swojego większego celu na końcu drogi.

[00:25:52] - Andrzej

To jak już jesteśmy przy temacie wyznaczania celów to chętnie dorzucę swoją obserwację dotyczącą stoickiego podejścia do wyznaczania celów, które też wydają mi się nieoczywiste w wielu sytuacjach. Mianowicie dla stoicyzmu jednym z kluczowych rozróżnień jest podział świata na rzeczy, które są od ciebie zależne i niezależne. Czasem nazywa się ten podział dychotomią kontroli. Teraz my formułując swoje cele możemy to zrobić w taki sposób, że one tak naprawdę do końca od nas nie będą zależały np. chcę dostać świetną pracę w IBM. Ktoś stwierdził, że IBM to jest ta firma, w której chce pracować, jego celem jest, żeby zdobyć tą pracę. Ok brzmi wszystko super. Cieszę się, że młody człowiek ma konkretny cel. Natomiast to czy on tą pracę dostanie nie jest czymś w pełni zależnym od niego. Bo on może się świetnie przygotować, ale akurat się nie spodoba rekruterom. Albo akurat się okaże, że przez pandemię koronawirusa rekrutacja zostanie zamrożona. On tej pracy nie dostanie, mimo tego że włożył całe swoje serce, mnóstwo energii i czasu w to żeby się perfekcyjnie przygotować. I co się wtedy dzieje? Młody człowiek przeżywa olbrzymi zawód. Może to wręcz się skończyć postawą wyuczonej bezradności, bo skoro ja staram się najlepiej jak potrafię, żeby coś osiągnąć, i to mi się nie udaje, to może w ogóle nie warto się starać? Może po prostu nie jestem w stanie wpływać skutecznie na rzeczywistość. Teraz wystarczy lekko to pozmieniać, żeby mieć zupełnie inne nastawienie. Czyli zamiast brać cel niezależny ode mnie: „ja chcę dostać tą pracę”, zmienić go w taki sposób, żeby w pełni ode mnie zależał. Czyli np. mogę powiedzieć moim celem jest to żeby perfekcyjnie się do tej rozmowy przygotować. Żeby wypracować sobie koszulę, wypastować buty, by dowiedzieć się jakie pytania wśród rekruterów są teraz popularne. Spisać sobie odpowiedzi na te pytania i to w formie storytellingu. Dogadać się z kolegą lub koleżanką, która wcieli się w rolę rekruterki i zada mi te pytania, a ja będę starał się z taką ciekawą energią w głosie o tym wszystkim opowiadać. Czyli jeśli moim celem jest perfekcyjne przygotowanie się do rozmowy, to nawet jeśli ja ostatecznie tej pracy nie dostanę to i tak mogę być z siebie dumny i zadowolony i stwierdził, że skoro mi się udało tak świetnie do tej rozmowy przygotować, to jak nie dzisiaj to może za dwa miesiące w tym IBM. A jak nie w IBM to w Google albo jeszcze w innej firmie. I jeśli my formułujemy cele, w taki sposób, że one są w stu procentach zależne od nas, jak to przygotuje się dobrze do rozmowy, to wtedy pomimo tego że nie osiągamy tego co pragnęliśmy, tej konkretnej posady, dalej jesteśmy pełni entuzjazmu, zamiast być zdemotywowym przez to że mój cel nie został osiągnięty.

[00:28:34] - Karol

Świetne podejście. Jeszcze mogę dodać taką jedną technikę. Warto podzielić cele na etapy poziome. Możemy na przykład jako główny cel ustalić np. place w Google - jako cel końcowy. Ale ustalamy sobie jeszcze dwa pośrednie cele między tym, czyli np. pierwszy etap tego celu to praca w jakimś serwisie komputerowym na swoim osiedlu. Pośredni etap między tym serwisem a Google to praca w jakiejś większej korporacji. I ten trzeci etap najwyższy, nasz główny cel, Google. Możemy właśnie powoli stopniowo iść coraz wyżej po tej drabince. Możemy także nanieść te trzy cele na oś czasu. Powiedzmy do 2021 zatrudnię się w tym serwisie. Do 2023 zatrudnię się w korporacji i do 2025 zatrudnię się w Google. Dzięki temu, że będziemy stopniowo zwiększać swoje umiejętności i stopniowo będziemy zwiększać swoje szanse na to, że dostaniemy wymarzoną pracę. Tak jak mówisz, ważne jest przygotowanie się i ustalenie celu z innej perspektywy, z innego punktu widzenia. Właśnie, że nie skupię się też na tym głównym celu, ale ustalić taki cel, który jest zależy od nas jak najbardziej się sprawdza. A połączenie tych dwóch metod to już jest naprawdę bajka.

[00:30:01] - Andrzej

To jeszcze jedną rzecz dorzucę, żeby było ciekawiej. Dla mnie w stoicyzmie też jest ważne długofalowe podejście. Gdzieś też o tym wspominałeś, żeby nie tylko koncentrować się na takich bezpośrednich celach, żeby miło spędzić np. wieczór tylko zaplanować swoje życie i swoją karierę. I dla mnie piękny przykład pochodzi od trenera personalnego, który ma takie powiedzenie: żeby budować sylwetkę nie na lato to najbliższe, tylko na lata. W taki sposób, żeby ona już z tobą została. I takim przykładem, który wykorzystuje jest waga. Bo też sam o niej wspominałem. Dla mnie to jest ważne, żeby codziennie wchodzić na wagę i sprawdzać, jak jest. Czy jest lepiej czy jest gorzej i cały czas trzymać rękę na pulsie. Natomiast samo koncentrowanie się na wadze nie jest raczej zbyt dobre. Bo po pierwsze różne rzeczy się mogą wydarzyć mimo tego, że my ćwiczyliśmy więcej jedliśmy mniej, to waga nam wskoczy, bo więcej wody się zatrzyma w organizmie i jeśli ktoś bardzo się przejmuje tymi wynikami, to może się zdemotywować. Ale druga ważniejsza dla mnie rzecz jest taka, że naszym celem powinno być bardziej to żeby właśnie wyrobić sobie pewne dobre nawyki dotyczące ćwiczeń fizycznych, snu i odpowiedniego jedzenia. I to że my na przykład będziemy mieli swoją wymarzoną wagę, to jest taki efekt uboczny tego. To jest prawidłowa postawa. A często my robimy odwrotnie my np. mówimy sobie.  Chcę ważyć 70 kilo to jest moja wymarzona waga i chcę do niej jak najszybciej dojść. Nie myślimy za bardzo, jak zmienić swoje długotrwałe nawyki, które w nas są. I co się dzieje? Jeśli my nawet dojdziemy szybko do tej wagi wymarzonej, to wtedy jest już moment świętowania, zarzucenia pracy, którą w to włożyliśmy i błyskawicznie wraca do tej samej wagi. Mamy do czynienia z efektem jojo. Bo ta zmiana była taka bardzo płytka. Nie była głęboka na poziomie nawyków. I to dotyczy nie tylko wagi. Dla mnie dotyczy wszystkich aspektów naszego życia. Czyli jeśli myślimy o jakimś jednym konkretnym celu, że jak ten cel osiągnę to będzie super. I już wtedy nic więcej nie muszę robić, to efekt jojo będzie praktycznie murowany. A jeśli my się zajmiemy w ten sposób, że ja chcę zmienić swoje nawyki, żeby zdrowo jeść i ćwiczyć i zadbać o swoje zdrowie. To ten efekt w postaci mniejszej wagi on przyjdzie sam, ale dzięki temu też będzie dużo bardziej trwały. Masz podobnie?

[00:32:33] - Karol

Zgodzę się z Tobą. Jeszcze dopowiem jedną myśl. Ktoś chce schudnąć 12 kilogramów i ustala sobie ten cel na rok. Myśli o Boże. 12 kg, jak ja to zrobię? To jest tak dużo. Ale gdy powiedzieli sobie właśnie ten cel, który ma wyznaczony na rok na miesiące tygodnie dni i godziny okazuje się, że wystarczy, że będzie schudnąć 1 kg miesięcznie. 1 kg w porównaniu do 12 kg już brzmi lepiej. Już w głowie zapala się światełko - jednak mogę coś w tym kierunku zrobić. Żeby 1 kg ze swojej wagi odjąć, jeśli podzieli to właśnie na dni, to okaże się, że musi powiedzmy dziennie jeść jednego batonika jedną tabliczkę czekolady 1 szklankę coca-coli mniej 1 kg kilogram w ciągu miesiąca zejdzie. Tak samo właśnie jest to jest o tej wadze. To wszystko współgra ze sobą. Ten należy rozbić właśnie na jakieś etapy, ale też myśleć o tym, że jak już osiągniemy ten cel, żeby go utrzymać. Czyli nie rezygnujemy z tego, co wypracowaliśmy przez rok i zaczynamy znowu jeść jednej tabliczki czekolady więcej, pić jednej szklanki coli więcej, tylko idziemy dalej z tymi nawykami, które sobie wypracowaliśmy przez rok.

[00:33:48] - Andrzej

Super. To jest też coś, co mi się bardzo w stoicyzmie podoba, że stoicyzm nam nie tylko mówi, jaki stan my powinniśmy osiągnąć: na przykład stan spokoju i szczęścia na co dzień, nie przejmowania się różnymi rzeczami. Nie zostawia nas ze stwierdzeniem: Do tego może dążyć i teraz radzi sobie człowieku. Tylko daje nam właśnie bardzo konkretne wskazówki, w jaki sposób to robić. To jest ten konkret, o którym powiedziałeś. Zupełnie inaczej podejdziemy do tego. Twoim celem jest to, żeby jutro na wadze ważyć 100 gramów mniej albo 50 gramów mniej. To się wydaje jak najbardziej w moim zasięgu i mogę to przełożyć właśnie na te proste czynności. Ćwiczę więcej na siłowni czy pójdę sobie na 20 minutowy spacer, to wtedy osiągnę ten cel. To my wierzymy, że da się to zrobić. A jeśli tylko jesteśmy zawieszeni w postaci tego: dobra chciałbym to osiągnąć, ale nie wiem jak, to dużo trudniej nam siłą rzeczy będzie za to zabrać. Wspomnieliśmy już o nawykach i to jest też bardzo ciekawe dla mnie, że jesteś człowiekiem, który się interesował zarówno stoicyzmem jak i nawykami. Tak jak wspominałem już tobie w rozmowie na Messengerze, że nie znam drugiej takiej osoby, mimo tego że znam 3 000 osób w mediach społecznościowych i które na żywo poznałem. Bo każdy z tych tematów jest mocno niszowy: zarówno stoicyzm jak i nawyki. Przynajmniej teraz i w Polsce. Jak to się stało z kolei, że z kolei nawyki stały się bliskie?

[00:35:15] - Karol

Nawyki są w życiu każdego człowieka czy twoim, czy moim czy kogokolwiek. Każdy ma jakieś nawyki w swoim życiu, jak np. mycie zębów czy ścielenia łóżka rano. I dlatego pomyślałem, że jak mamy już takie nawyki - mamy też złe nawyki. Czyli, np. codzienne jedzenie słodyczy codzienne, picie alkoholu. Ale coś takiego jak oglądanie telewizji codzienne. Muszę codziennie obejrzeć serial. I te nawyki zajmują bardzo dużo czasu w ciągu dnia. Sam miałem nawyk oglądania seriali codziennie. Miałem nawyk jedzenia niezdrowych rzeczy i słodyczy codziennie. I pomyślałem sobie, że jak ja poświęcam godziny na seriale i to jest mój nawyk to mogę nawet zamienić na coś innego na przykład na przykład na czytanie książki, naukę, słuchanie podcastów. I dzięki temu, że poznałem tą filozofię stoicką i zacząłem ustawiać swoje cele i te cele właśnie dzielić na poziomy. Okazuje się, że ten cel roczny, 2-letni i 5-letni podzielony na dni, staje się nawykiem. Jeśli codziennie muszę wykonać jakąś pracę jak np. codzienne czytanie książki, która daje mi wiedzę, aby osiągnąć ten końcowy cel, który będzie za 2 3 lata. I tak właśnie robi się nawyk czytają książki. Zobaczyłem, że te nawyki ciężko jest utrzymać, te dobre. Bo te złe to bardzo łatwo. Oglądanie serialu wytwarzało poczucie relaksu i ukojenia. I pomyślałem, że muszę znaleźć coś co także będzie powołać takie podobne życie. I tak np. było czytanie książki czy np. zdobywanie wiedzy. I co więcej wdrażanie tej wiedzy, bo widziałem, efekty tego działania. I te efekty dawały mi też poczucie satysfakcji i przyjemności. I zacząłem drążyć te nawyki, czytać książki, poznawać nowe techniki testować je u siebie. Wybrałem parę technik, które u mnie się sprawdzają i stosuję je do dzisiaj.

[00:37:20] - Andrzej

Jasne. Ja jestem graczem. Od zawsze nim byłem. Kiedyś to były karty, gry komputerowe, poker. Bardzo różne gry w swoim życiu praktykowałem. I na niektórych portalach takich jak np. Steam portal ci zlicza, ile czasu spędziłem w grze. I czasami się można naprawdę przerazić. Myślę, że jeśli ktoś grał w World of Warcraft to tych godzin tam mógł zobaczyć w setkach, jeśli nie w tysiącach. Jak tu sobie pomyśli: co ja mógłbym w swoim życiu zrobić przez 1 000 godzin, gdybym je włożył w coś innego niż w tą grę, to można prawie każdy cel tutaj podstawić. Napisanie książki, wypracowanie super sylwetki, zbudowanie marki osobistej, zobaczenie innego kraju nawet w podróży autostopem itd. Jest tyle innych rzeczy, które tak naprawdę większą satysfakcję dały temu graczowi, gdyby tylko sobie to uświadomił. A to tak niewinnie wygląda pogram sobie chwilę wieczorem a ta chwila czasami to nie jest 15 minut tylko np. 9 godzin do samego rana, bo jak się wejdzie w ciąg, to trudno jest przerwać. Tak więc tutaj też bym chciał zwrócić uwagę, że w stoicyzmie to też jest ważne, żebyśmy mieli czas na odpoczynek. Mimo tego, że stoicy są ludźmi, którzy nie boją się wysiłku, nie boją się pracy. Wręcz znajdują w niej pewną przyjemność. Dla stoika praca jest tylko po to, żeby zarobić i prawdziwe życie się zaczyna poza pracą, jednak odpoczynek jest też ważny. I my mamy jak najbardziej, moim zdaniem, pracy, żeby wieczorem obejrzeć serial na Netflixie. Ważne są tylko proporcje. Ile czasu my będziemy spędzać na rozrywce i na odpoczywaniu, a ile na realnej pracy. Mój kolega ma takiego powiedzenie, że lenistwo polega na tym, że człowiek odpoczywa zanim się zdążył zmęczyć. I myślę, że to jest tym wszystkim ważne, żeby najpierw popracować i się realnie zmęczyć, a później odpoczywać. Nie odwrotnie - najpierw odpoczywać, a potem wcale niekoniecznie brać się do pracy.

[00:39:16] - Karol

Niesamowite jest to jak dużo podobnych rzeczy mamy za sobą: stoicyzm, nawyki, to że grałeś w gry. Ja także grałem w gry i także spojrzałem na licznik moich przegranych godzin. Była to gra Counter-strike i było tam 1 000 przegranych godzin. Odkąd zacząłem prowadzić bloga, przeanalizowałem, że na 1 wpis poświęcam 4 godziny, to mógłbym w tym czasie, kiedy grałem w tą grę, napisać 250 artykułów nowych. Więc to jest niewyobrażalna liczba.

[00:39:57] - Andrzej

Warto mieć tego świadomość i też otwarcie o tym mówić. Każdy z nas jakieś błędy popełnia. Nie do końca optymalnie swój czas wykorzystuje. Ważne jest tylko żeby w którymś momencie sobie to uświadomić. I możecie sobie uświadomić to słuchając tego podcastu. Może inny będzie moment waszego olśnienia, ale jak już do was dojdzie, to pomyślcie o tym: o ile wartościowsze, o ile ciekawsze i szczęśliwsze może być wasze życie, jeśli przynajmniej część tego czasu zainwestujecie w inną aktywność. Karol ciekaw jestem z jakich nawyków w swoim życiu jesteś najbardziej zadowolony bardziej zadowolony?

[00:40:34] - Karol

Jestem dumny z tego, że potrafiłem ograniczyć słodycze, bo z tym miałem ogromny problem. Teraz już mam tak, że nadal sobie zjem, kiedy chcę, ale potrafię je ograniczyć. Mam taki nawyk, że mogę sobie raz na jakiś czas powiedzmy przez tydzień dwa trzy nie jeść słodyczy. To moje największe zwycięstwo, jeśli chodzi o nawyki. Drugim nawykiem jest czytanie książek i słuchanie podcastów, czyli nauka. Codziennie się czegoś uczę. Te nawyk dużo mi pomógł. Naprawdę pozwolił mi zmienić moje życie, zacząć zarabiać dodatkowe pieniądze i po prostu otworzył mi głowę na to, jak wygląda świat i jak funkcjonuje. Że można spojrzeć na życie z innej strony.

[00:41:23] - Andrzej

Dla mnie takim nawykiem czy grupą nawyków, z których jest najbardziej dumny w swoim życiu, to są takie, które się łączą z pokonywaniu bólu. Fizycznego bólu czy to na przykład mogą być pompki, kiedy robimy pępek 30-40 i te ostatnie powtórzenia to już naprawdę chętnie by się odpuściło. Słyszymy wtedy głos wewnętrzny: Weź już sobie odpuść, bo jeszcze jakąś kontuzję sobie zrobisz. Po co ci to? Niedługo masz ważne spotkanie, więc może dzisiaj zrobić sobie te pięć czy dziesięć powtórzeń mniej. Ale jeśli my potrafimy wytrwać do samego końca, pomimo tego, że jest nieprzyjemnie, to nam pomaga nie tylko w budowaniu mięśni, jak to jest w przypadku pomyłek, ale właśnie w przezwyciężeniu tego wewnętrznego głosu, który mówi: Odpuść sobie! Po co ci to? Przecież możesz spędzać życie w zupełnie inny, przyjemniejszy, bezboleśniejszy sposób. A tymczasem wracając do stoicyzmu i tego, żeby postrzegać świat obiektywnie, w naszym życiu wiele będzie takich sytuacji, które będą trudne czy to na poziomie fizycznym czy emocjonalnym. Chodzi czasem o powiedzenie czegoś w asertywny sposób. Stwierdzenie, że ja się na czegoś nie zgadzam. Albo zagadanie do kogoś -atrakcyjnej dziewczyny czy chłopaka. Albo do osoby biznesowo wiele poziomów wyżej od ciebie, do której trochę wstyd Ci podejść i zagadać. Ale tymczasem, jeśli Ty poradzisz sobie z tymi trudnymi emocjami przełamiesz się i to jednak zrobisz, to może ci to dać po pierwsze dumę z siebie, że byłeś w stanie to zrobić, a po drugie zbudować relację z kimś bardzo wartościowym. Jeśli my w swoim życiu będziemy mieli wiele różnych nawyków, w których my się z tym bólem w jakiś sposób mierzymy i nie poddajemy pod jego wpływem, no to niesamowicie nam to ułatwi podejmowanie różnych trudnych decyzji w przyszłości. Gorąco zachęcam do tego, żeby przynajmniej jeden taki nawyk sobie znaleźć. Czy to będzie rozciąganie, pompki czy zimne prysznice, których jestem wielkim fanem. To buduje po prostu taką mentalną siłę, do tego, że nie boję się bólu i jestem w stanie działać pomimo niego.

[00:43:27] - Karol

Super jest to nie banie się tych emocji, bo właśnie dzięki temu zacząłem poznawać ludzi w internecie. Zacząłem pisać do osób, które prowadzą bloga czy podkasty. Tak m.in trafiłem na ciebie i zaprosiłem Cię właśnie do mojego bloga. Musiałem też na początku się zwalczyć swoją nieśmiałość, związaną z tym, że ktoś jest znaną osobą, która ma większą wiedzę w danym temacie. Jest ekspertem w danej dziedzinie. Ja jako taka szara osoba, zaczynająca w internecie, zaczynająca pracę z nawykami i rozwojem osobistym - jak ja mam napisać do takiej osoby, która już ma jakieś pojęcie, ma społeczność wokół siebie. Która ma bardzo dobrze określone zdanie na ten temat. Myślę sobie, że jeśli ja nie napiszę, to nigdy nie będę znać odpowiedzi. Więc pomyślałem, co w najgorszym wypadku może się stać? W najgorszym przypadku mogłeś nie odpisać bądź napisać nie pomogę ci, nie wezmą udziału w twoim blogu. I po prostu napisałbym do kolejnej osoby. Ale stało się coś fajnego. Zgodziłeś się na ten wywiad. Odpowiedziałeś na pytanie. Dzięki temu poznałem twój punkt widzenia. Dzięki temu, że ja poznałem Twój punkt widzenia, przekazałem go dalej. Inne osoby też poznały Twój punkt widzenia. Dzięki takim właśnie małym sukcesom coraz bardziej można się otwierać i pisać do coraz większej ilości osób.

[00:44:46] - Andrzej

To może być też ciekawe dla ciebie i mam nadzieję, że dla naszych słuchaczy również, że ja byłem w bardzo podobnej sytuacji i to dosłownie kilka tygodni temu, kiedy zastanawiałem się czy napisać do Williama Irvine'a, bo to jest superznana postać w świecie stoickim. Jest autorem 7 książek, w Stanach Zjednoczonych jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych stoików. I też wahałem się. Myślałem sobie: Kurczę! Czy do takiej osoby ja mogę napisać? Czy może to nie wypada? Może zaczekać aż mój podcast się bardziej rozkręci, będzie miał większą publiczność. Będę mu mógł liczby konkretne pokazać, to może wtedy się zgodzi. Ale dokładnie w ten sam sposób pomyślałem, jak Ty. Co się najgorszego może stać, jeśli tego maila wyślę? Najbardziej oczekiwaną przeze mnie reakcją był brak jakiejkolwiek odpowiedzi. Ale to mnie nie było nic strasznego. Nawet jeśli by William powiedział, no sorry nie mam czasu albo nie chcę tego zrobić, też nic strasznego by się nie wydarzyło. Wróćmy na moment do tego jak formułować cele. Czyli moim celem nie tyle było dostanie zgody na to, żeby ten wywiad przeprowadzić. Tylko moim celem było, żeby w ogóle ten kontakt nawiązać. Żeby odważył się niejako to zrobić. I nawet jeśli odpowiedź byłaby odmowa, to ja bym się cieszył, że nie zabrakło mi odwagi, żeby się tym zająć. Nawet jeśli się nie udało teraz może za rok się już w tym momencie uda. To jest na pewno megaważne, żeby zawsze sobie zadać pytanie: Co mam do stracenia? Co najgorsze co się może wydarzyć? Często to nie będzie nic strasznego, a mamy nieproporcjonalnie więcej do zyskania, jeśli my się na ten krok odważymy. Bo nawet jeśli do tej rozmowy z naszym wymarzonym gościem nie dojdzie, to już sam fakt tego, że my się nie baliśmy i otworzyliśmy to, zrobić już może być dla nas celem. Już może sprawdzić, czy my zaczynamy lepiej o sobie myśleć.

[00:46:36] - Karol

A propos tego sposobu - tak dopowiem do tego, co mówiliśmy o młodych osobach i o biznesie. Jeśli boisz się założyć swój biznes, boisz się porzucić etat, bo nie wiesz, jak to zrobić i nie wiesz czy to się uda - zrób coś takiego. Pracuj na etacie, odłóż jakąś tam ilość pieniędzy. Taką, która pozwoli Ci bez pracy przeżyć pół roku. Zwolnij się z etatu, załóż swój biznes. Spróbuj. W najgorszym wypadku wrócisz na ten etat i nic się nie zmieni. Będziesz tym samym punkcie. W najlepszym wypadku możesz zacząć zarabiać kilka razy więcej i być szczęśliwszym człowiekiem.

[00:47:13] - Andrzej

Właśnie. Metoda małych kroków to jest też coś bardzo bliskie mojemu sercu i budowaniu nawyków. Ważne jest, żeby nie zaczynać od razu z bardzo trudnej wersji zadania. Czyli jeśli chcę zadbać o swoją sprawność fizyczną i do tej pory w ogóle nie biegałem. To jak ktoś sobie powie dobra to teraz 5 dni w tygodniu będę biegać po 10 kilometrów - to raczej zbyt długo ta praca nad tym nawykiem nie potrwa. Już po kilku dniach ktoś się podda, bo stwierdzi, że nie jestem w stanie tego zrobić. Jeśli jednak my zaczniemy od drobnych kroków, od tego, że ja najpierw wyjdę na spacer na 5 minut, a później na 15 minut, później na pół godziny - przy okazji słuchając ciekawego podcastu. To nagle się okazuje, że dokładanie kolejnych kroków, podnoszenie delikatnie tej poprzeczki nie jest wcale problematyczne. Zaczynając od 5 minutowego spaceru można skończyć na przebiegnięciu maratonu. Jeśli sobie damy na to odpowiedni czas. Jeśli nie będziemy chcieli ten maraton przebiec jutro czy za tydzień. Tutaj jest ważne też realistyczne postrzeganie świata i posiadanie realistycznych oczekiwań wobec siebie i tego co w tym momencie jesteśmy w stanie zrobić.

[00:48:18] - Karol

Dokładnie. Jeśli Twoim celem jest to, że chcesz biegać codziennie godzinę, zacznij od tego, że przebiegnie już 5 minut raz w tygodniu. Po miesiącu przedłuż ten czas o kolejne pięć wyjąć i biegaj przez kolejny miesiąc w tygodniu 10 minut potem to daj sobie drugi dzień, trzeci, czwarty, piąty i potem zwiększaj stopniowo czas. No i w międzyczasie słuchaj podcastu Od laika do stoika. I wtedy upieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu. Bo i osiągniesz swój cel w bieganiu i jeszcze się dowiesz bardzo ciekawych rzeczy na temat życia i stoicyzmu.

[00:48:51] - Andrzej

Bardzo mi się ten plan podoba. Spróbujmy jeszcze z 2 takie konkrety znaleźć dla naszych słuchaczy. Myśląc przede wszystkim o młodych ludziach. Jak sądzisz od czego powinni zacząć swoją pracę nad nawykami. Jaki jest taki pierwszy nawyk, który byś polecał młodym ludziom rozwinąć?

[00:49:10] - Karol

Na początku warto się zastanowić nad tym, jakie złe nawyki mamy w swoim życiu. I z jakich zrezygnowanie przyniosłoby nam już efekty, nawet jeśli byśmy nie wprowadzili żadnych nowych nawyków. Np. jeśli ktoś ogląda codziennie te przykładowe 3 godziny seriali. Jeśli zrezygnuje z tego, to zyska dodatkowe 3 godziny. Będzie mógł je spożytkować na coś innego. Lub po prostu zaoszczędzi 3 godziny w ciągu swojego dnia, chociażby na odpoczynek. Takim pierwszym nawykiem, który warto wprowadzić w swoje życie, moim zdaniem, jest dzienniczek wdzięczności. Sporo młodych osób szybko się zniechęca do podejmowania działań. Np. ktoś chce założyć swój biznes albo zacząć hobby. Ale po tygodniu nie ma już motywacji. I właśnie taki dziennik wdzięczności pomaga wytrwać. Codzienne notowanie za co jestem wdzięczny. Dzisiaj jestem wdzięczny za to, że miałem dostęp do wody, że spotkałem bardzo fajną osobę, że zjadłem smaczny obiad w domu czy na mieście. Notujemy codziennie takie trzy rzeczy. Na przykład, jeśli jakimś tam celem długoterminowym jest założenie swojej firmy i po 2-3 tygodniach tracisz motywację. „A! Nie warto!”, sobie myślisz. Spójrz na swój dzienniczek wdzięczności i zobacz, dlaczego jesteś wdzięczny? Dlaczego warto się starać? Osiągać cele. Zobaczysz: o! Dzisiaj byłem wdzięczny za to, że jestem zdrowy, za to, że ktoś zaprosił mnie do podcastu. I sobie myślisz: „No nie! Nie mogę się poddać, bo nic gorszego mi się nie może przytrafić, niż to że nie osiągnę swojego celu.” Więc dążysz do tego celu dalej. Wybierz nawyk, który warto wprowadzić w życie.

[00:51:01] - Andrzej

Czyli możemy sobie spisać listę różnych złych nawyków, które mamy w swoim życiu i podjąć decyzję o tym, który z nich mi najbardziej przeszkadza w tym momencie. Ważne tutaj są 2 rzeczy. Po pierwsze: jeśli chcemy się rozprawić ze złym człowiekiem to nie tyle powinniśmy go próbować wyeliminować, zniszczyć czy wytłumić, tylko zamienić go na inny nawyk. Żeby w to miejsce, kiedy my nie siedzimy 3 godzin na Netflixie nie wyskoczyło granie na komputerze przez 3 godziny albo robienie innych rzeczy przez 3 godziny, która też nie ma żadnej wartości. No natura nie zna próżni i my sami możemy świadomie zadecydować, na co chcemy zmienić stary nawyk. Do tej pory każdego wieczora przez 3 godziny oglądałem seriale, a teraz 1 godzinę czytam, 1 godzinę pójdę na spacer i posłucham podcastu, 1 godzinę zapiszę, co fajnego się w moim dniu wydarzyło. Więc jeśli my podejmiemy tą decyzję już wcześniej, to łatwiej nam będzie po prostu wypełnić ten zwolniony czas czymś produktywność, zamiast wpaść z deszczu pod rynnę, wpaść w jeszcze mniej produktywne działania. Druga sprawa, która mi się z tym skojarzyła, to wątpliwość w rodzaju: „No dobra, ale ja nie wiem tak naprawdę, jakie ja mam złe nawyki. Może się komuś wydać, że on nie ma żadnych złych nawyków. To bardzo prosta rzecz, którą możecie zrobić, to jest spisanie czym się zajmujecie, godzina po godzinie. Są różne możliwości, żeby to zrobić. Najprostszym z nich jest: nastawiam sobie telefon, co godzinę dzwoni alarm, oczywiście nie licząc czasu, kiedyś śpicie. I pod koniec tej godziny zapisuje w telefonie, co ja przez tą godzinę robiłem. Jak wykonacie to ćwiczenie przez cały tydzień, to zobaczycie bardzo dużo takich momentów w ciągu dnia, kiedy różne złe nawyki się wkradają. I wtedy je zobaczysz.  To są w nawyki, z którymi warto byłoby się rozprawić. Jeśli lubicie różnego rodzaju aplikacje, to polecam aplikację, z której sam korzystam, nazywa się to toggl, która pomaga nam właśnie w mieszkaniu swojego czasu, w taki sposób, że jeśli my zaczynamy pewną aktywność na komputerze, to od razu wyświetla nam się pop-up, mówiący: Hej Andrzej! Zapisz, czym się zajmujesz. I ja sobie zapisuję np. siedzę na Facebooku i Toggl zalicza, ile to trwa. Ile na Facebooku siedziałem i później podsumowuje mi to w formie raportu z całego tygodnia, ile czasu spędziłem na każdym z projektów i ile czasu spędziłem na bardziej rozrywkowych rzeczach. Jest to kopalnia wiedzy o tym, w jaki sposób my wykorzystujemy swój czas.

[00:53:31] - Karol

Ale gorzej jest, jak dana osoba robi tak jak mówisz, że będzie sobie notować to samo w ciągu dnia i np. okaże się, że 3 godziny oglądała serial, 3 godziny spędziła na Facebooku i Instagramie, 5 leżała i nic nie robiła i stwierdzi, że to w zasadzie nie jest nic złego. Że to nie są złe nawyki, że to im się podoba.

[00:53:59] - Andrzej

No właśnie. Najłatwiej nam zmieniać rzeczy, które nas realnie bolą. Wróćmy do tego przykładu z początku naszej rozmowy: czemu ja wiedziałem, że te 80 kilo to dla mnie za dużo? Bo mi po prostu było wstyd, że ja jak się schylam do butów, to nie jestem w stanie ich zawiązać, bo mam tak wielki brzuch, który mi w tym momencie przeszkadza. Bo mam zadyszkę, którą czuję jak wchodzę na 3. piętro, a w wieku trzydziestu kilku lat to jest w nienaturalna sprawa, która wymaga tego, żeby się tym zająć. I warto na tych momentach się skupić, kiedy czujemy brak czegoś czego, byśmy chcieli. Co nam przeszkadza. Od czego zacząć, bo to będzie taki jasny sygnał, że nie wszystko w moim życiu jest perfekcyjne i może jednak warto czymś zmienić. Tak przynajmniej mi się wydaje.

[00:54:49] - Karol

Powiem jeszcze jak taka osoba może sobie uświadomić, że jak zacznie skupiać się na nawykach, ustalić swój cel. Czyli ustalić to, co chce w najbliższym czasie osiągnąć. I niech to będzie na przykład założenie firmy, która zatrudnia 5 pracowników i przynosi 1 milion złotych zysku rocznie. I teraz zrobić, tak jak ty powiedziałeś, tą listę czynności do wykonania w ciągu dnia. Wychodzi tej osobie, że ogląda te 5 godzin Netflixa, 2 godziny przegląda Facebooka, 2 godziny leży i nic nie robi i okazuje się, że żadna z tych czynności nie przybliża ją do osiągnięcia celu. I teraz już wie, że te 3 nawyki są złe, bo one nie przybliżają ją do celu, który sama wcześniej wyznaczyła. I teraz już wie, co może zmienić.

[00:55:39] - Andrzej

Jasne. Tutaj bardzo pomaga określona hierarchia wartości, bo w momencie, kiedy mówimy, że coś jest złe albo dobre, to jest pytanie, które bardzo lubię. Dobre dla kogo? Złe dla kogo? Ta sama rzecz może być dobra dla jednej grupy, a na innej zła. Jeśli mamy jeden kraj, który atakuje drugi i zabiera mu ropę, dajmy na to. Z punktu widzenia tego kraju agresora, to jest to dobre zachowanie, bo my mamy więcej zasobów i możemy tymi zasobami się podzielić ze swoimi ludźmi. Z punktu widzenia kraju, który został najechany, to jest oczywiście złe. Dużo takich rzeczy jest w pewnym sensie względne, jeśli mówimy o tym, że coś jest dobre czy złe. I bardzo ciekawym pytaniem, które możemy zadać jest: Dobre, ale dla kogo? Złe dla kogo? I podobnie w naszym życiu. Z perspektywy jakiego celu to moje zachowanie jest dobre albo jest złe? Bo jeśli moim głównym celem, moją główną wartością jest to, żeby miło sobie spędzać czas i niczym się nie przejmować, to może się okazać, że to leżenie w łóżku perfekcyjnie je realizuje. Ale jeśli moim głównym celem jest osiągnięcie czegoś w życiu, duma z siebie, bycie dobrym człowiekiem i dążenie do stoickiej cnoty, która jest tutaj bardzo ważna do doskonalenia siebie, to w tym momencie możemy jasno powiedzieć, że to zachowanie leżenie i nic nie robienie jest złe, z perspektywy tego celu, tej wartości, którą tutaj mamy. Dlatego odkrycie wartości, które są dla ludzi ważne i zestawienie ich zachowań, na ile one są spójne z tą wartością, może bardzo fajnie motywująco zadziałać na ludzi, którzy takie ćwiczenie zrobią.

[00:57:23] - Karol

Zgadza się. Jak już wiemy, jakie nawyki są u nas złe. Wiemy, jakie mamy cele. Teraz pytanie, jakie dobre nawyki możemy wprowadzić w miejsce tych złych? I tu z pomocą przychodzą cele. Cele świetnie łączą się z nawykami. Jeśli mamy już swój główny cel, przykładowo założenie firmy i mamy podzielony ten cel na etapy i wiemy, że codziennie musimy czegoś się uczyć i na przykład musimy się poznać jakieś zasady marketingu, zasady zatrudniania ludzi i zasady produkcji produktów. Teraz wiesz, co masz codziennie robić. Może to być czytanie książki, słuchanie podcastu z danej dziedziny. I teraz to może stać się Twoim nowym nawykiem. Zamiast 2 godziny oglądać Netflixa, możesz 2 godziny czytać książkę bądź godzinę czytać książkę i godzinę słuchać podcast, który nauczy ciebie np. zasad marketingu, które wykorzystasz do promowania swoich produktów. I tak dalej, aż osiągniesz swój końcowy cel.

[00:58:21] - Andrzej

Jasne! Jak najbardziej. Wspomniałeś o tym, że nawyki i cele się łączą ze sobą w sensowny sposób. Na koniec chciałem Cię jeszcze spytać o to, jak te 2 nasze ukochane tematy, nieco niszowe, ale bardzo interesujące, czyli nawyki i stoicyzm, łączą się ze sobą? Czy jest jakiś efekt synergii pomiędzy nimi?

[00:58:40] - Karol

Jak najbardziej. Właśnie chociażby na przykładzie celów. Stoicyzm pokazuje nam, jakie cele warto mieć. Nawyk jest naszym celem podzielonym na małe kroki. Jeśli mamy duży cel, który ustaliśmy się zgodnie z zasadami stoicyzmu. Podzieliliśmy go na małe etapy i te etapy są właśnie nawykami. I to wszystko się łączy w taki sposób, że stoicyzm pomaga Ci wyznaczyć cele. Cele dzielić na etapy. Etapy są po nawykami, które musisz wdrożyć w swoje życie, aby dojść do zamierzonego celu.

[00:59:17] - Andrzej

Bardzo podobnie myślę. Stoicyzm nam daje pełen obraz, z lotu ptaka. Określa, co jest w życiu ważne. Żeby sensowną filozofię życiową stworzyć. Zaplanować całe swoje życie, jak ono powinno wyglądać, żeby być szczęśliwym człowiekiem. I nawet daje nam konkretne techniki, konkretne praktyki. Ale żeby one z nami zostały, żebyśmy mogli realnie z nich korzystać, my potrzebujemy sobie pewne nawyki wytworzyć i często najlepiej jest, jeśli są rzeczy, które robimy codziennie. Mam takie zdanie, że prawdziwa zmiana dokonuje się poprzez rzeczy, które robimy codziennie. I w przypadku stoicyzmu nawyków może być bardzo dużo. Zaczynając od tego, w jaki sposób my rozpoczynamy dzień. Jeśli damy sobie chwilę na refleksję, zanim jeszcze wejdziemy w wir działania. Żeby pomyśleć o tym, co jest w moim życiu najważniejsze? Jak mogę dzisiaj zrealizować kluczowe swoje wartości, takie jak zdrowie i relacje z ważnymi osobami? O zdrowie zadbam, wychodząc na spacer. O relacje, wyślę smsy do osób, które obchodzą urodziny wśród moich znajomych i tak dalej. Jak my z namysłem zaprojektujemy każdy dzień swojego życia, w oparciu o najważniejsze wartości, to nagle to wszystko zaczyna się ze sobą spinać w bardzo logiczną, sensowną całość. Z kolei kończąc dzień warto się na moment zatrzymać i w jakiś sposób podsumować ten dzień. Czegoś się dzisiaj nauczyłem? Co mi wyszło? A co mi się nie udało? Dlaczego się tak stało? Co mogę zrobić inaczej, żeby mi wyszło następnym razem? Zrobić rachunek sumienia. Jeśli chce nam się go spisać w formie dziennika, to już w ogóle super. Gorąco rekomenduje tego typu stoicką praktykę. Stoicyzm działa dopiero wtedy, kiedy my wprowadzamy go w życie. Najłatwiej wprowadzić go w życie, posługując się odpowiednimi nawykami. Dlatego właśnie dla mnie właśnie te tematy rewelacyjnie się uzupełniają. Idą ze sobą ręka w rękę.

[01:01:03] - Karol

Zgadzam się z Tobą w 100%. Stoicyzm w połączeniu z nawykami i ustalaniem celów naprawdę dużo dobrego w życiu zdziałać. I jeszcze raz wspomnę, że to naprawdę jest niesamowite, że pomimo, że nawyki i stoicyzm są tak niszowe, to obaj się nimi interesujemy.

[01:01:45] - Andrzej

I nie tylko my się nimi interesujemy. Chcielibyśmy, żeby to poszło w świat i żebyście Wy nimi się również zainteresowali. Bo dzięki temu jesteście w stanie realnie zmieniać swoje życie, na takie które da wam po prostu więcej radochy. Jeszcze raz wspomnę, że w stoicyzmie nie chodzi o to, żeby być tylko wspaniałą postacią, którą można podziwiać z daleka, ale żeby lepiej cieszyć się swoim życiem. Jeśli skorzystacie z tego, żeby zarówno stoicyzm Wam podpowiedział, jak życie ułożyć, a nawyki pozwoliły Wam to codziennie wprowadzić, to można doświadczyć naprawdę spektakularnej zmiany w swoim życiu dużo szybciej niż wam się wydaje, że to jest w ogóle możliwe. Tego wam bardzo życzę. Myślę, że Karol również bardzo dziękuję Ci Karol za rozmowę i mam nadzieję że będzie nam dane jeszcze ze sobą porozmawiać.

[01:02:30] - Karol

Ja także mam taką nadzieję i dziękuję Ci bardzo zaproszenie.

Głównym tematem odcinka jest odgruzowywanie życia. 

Nie każda rzecz obecna w naszym życiu jest nam potrzebna. Często lepiej będziemy sobie radzić bez balastu. Zapraszam do wspólnej wyprawy od nadmiaru do umiaru.

Opowiem Ci, jakie korzyści daje minimalizm. Pokażę Ci na przykładach z życia wziętych, jak możesz uczynić swoje żyje lżejszym i bardziej wartościowym, dzięki odgruzowaniu swojego mieszkania, pragnień i uwagi.

W kąciku książkowym zajmiemy się Cyfrowym Minimalizmem Cala Newporta. Dowiesz się dlaczego Twój telefon jest jednym z największych zagrożeń dla Twojego szczęścia i produktywnej pracy. Przekonasz się, jak możesz zostać cyfrowym minimalistą.

W kąciku naukowym porozmawiamy niewidzialnych gorylach, a dokładniej ślepocie pozauwagowej.

Przekonasz się, dlaczego multitasking to mit i jak niebezpieczne potrafi być robienie dwóch rzeczy na raz.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #37 - O odgruzowywaniu życia

O CZYM JEST TEN ODCINEK

Zapraszam do wspólnej wyprawy od nadmiaru do umiaru. Porozmawiamy dzisiaj o tym, jak pozbyć się ze swojego życia balastu, który ciąży, uwiera i zajmuje miejsce, nie dając przy tym odpowiedniej wartości w zamian.

Prawda jest taka, że zagracamy swoje życie na własne życzenie i to na zaskakująco wiele sposobów. Nie chodzi tylko o mieszkanie zawalone rzeczami, których nie potrzebujemy. Podobny bałagan panuje często w naszych pragnieniach, zobowiązaniach, relacjach, a także uwadze.

Zaczniemy od tego, dlaczego odgruzowanie życia jest tak ważne. Potem prześledzimy, jak w różnych obszarach życia sami fundujemy sobie problem, a także jak się go pozbyć.

W kąciku książkowym wyłowię dla Ciebie kilka merytorycznych perełek z książki Cala Newporta – Cyfrowy Minimalizm.

Zaś w kąciku naukowym zacytuje badania, które jednoznacznie pokazują, że multi-tasking działa równie dobrze jak seks pod wodą jako środek antykoncepcyjny.

Rozkład jazdy podany, no to zaczynamy!

WSTĘPNIAK

Koncepcja minimalizmu wpisuje się w główny nurt stoickiej filozofii. Marek Aureliusz pytał w Rozmyślaniach: „Widzisz, jak nieliczne są rzeczy, dzięki którym człowiek potrafi przeżyć życie płynące dobrym nurtem i na wzór boski?”. W podobnym duchu wypowiadał się Seneka: „Do tego, by żyć szczęśliwie, nie potrzeba wielkiego zasobu środków. Każdy może uczynić siebie szczęśliwym. Również nauczyciel Epikteta, czwarty wielki rzymski stoik – Muzoniusz Rufus tłumaczył, że „Odzienia i obuwia używać winno się podobnie jak używa się zbroi: by chronić ciało, a nie dla popisu.”.

Zacznijmy od tego, czym w ogóle jest minimalizm i na czym polega różnica w myśleniu pomiędzy minimalistą a maksymalistą.

Maksymalista uważa, że jeśli coś może przynieść choćby drobną korzyść, warto tę rzecz mieć w swoim mieszkaniu, telefonie lub życiu. A nuż się przyda! Maksymalista boi się stracić potencjalną szansę, że gdy akurat będzie tej rzeczy potrzebował, to mu jej zabraknie.

Minimaliści, cytując za Calem Newportem: „starannie dobierają narzędzia, by uzyskać ogromne i jednoznaczne korzyści. Podchodzą bardzo ostrożnie do działań o niskiej wartości, które mogą zajmować im czas i uwagę, a ostatecznie przynieść więcej szkody niż pożytku. Nie przeszkadza im, że przegapią coś małego. Znacznie bardziej niepokoi ich zaniedbanie dużych spraw, o których wiedzą na pewno, że mają dobry wpływ na ich życie.”

Pomimo, że jestem praktykującym stoikiem, minimalizm jest lekcją, którą dopiero staram się odrobić. Typowe dla mnie jest myślenie maksymalistyczne. W domu swoich rodziców mam schomikowane papierowe kalendarze sprzed 10 lat, bo a nuż będę chciał kiedyś do nich zajrzeć. W szafie w moim mieszkaniu do niedawna miałem 35 T-shirtów, mimo że realnie chodziłem w 8 z nich. Gdy mam podjąć decyzje o tym, czy coś przygarnąć do swojego życia, bardzo często posługuję się powiedzonkiem: „Lepiej mieć niż nie mieć”. Dopiero od niedawna zacząłem świadomie dostrzegać drugą stronę medalu. Że w wielu sytuacjach to stwierdzenie jest całkowicie nieprawdziwe.

Weźmy pod rozwagę aktualny przykład z mojego życia. Moja najmłodsza córeczka, Aurora, skończyła niedawno 6 miesięcy. W związku z tym zaczęliśmy się rozglądać za fotelikiem do karmienia. Poszukiwania nie trwały długo, bo moja Żona jako mistrzyni OLXa w trymiga wypatrzyła ofertę, w której ktoś oddawał porządny fotelik, niedaleko od nas i to za darmo! Nie zastanawiając się ani chwili, podjechałem jeszcze tego samego dnia, by go odebrać. Fotelik faktycznie był solidny i w dobrym stanie. Szczęśliwy z nowego nabytku przytargałem go do domu i zacząłem się zastanawiać, gdzie go postawić. Mieszkamy w niedużym, 2-pokojowym mieszkaniu. W pokoju dzieci zajmowałby zbyt dużo miejsca, utrudniając dwójce starczych dzieci zabawę. W pokoju rodziców też za bardzo nie było, gdzie go wstawić. Wylądował więc w przedpokoju, zajmując dużą jego część i zmuszając nas do przechodzenia bokiem z jednego pokoju do drugiego. To jeszcze nie koniec utrudnień. Łóżeczko Aurorki za dnia jest w pokoju dziecięcym, a na noc wraca do nas. Wcześniej bez problemu przejeżdżało na kółkach z pokoju do pokoju. Teraz przez zawalony fotelikiem do karmienia przedpokój, jest to znacznie trudniejsze. Da się to zrobić, ale wymaga to przesuwania, podnoszenia, dopychania i stękania. Nawet moje niemałe doświadczenie w graniu w tetrisa w czasach młodości, na niewiele się zdaje. Fotelik jest u nas dopiero od 2 tygodni. W tym czasie nie przyniósł nam żadnej korzyści, bo Aurorka jest jeszcze za mała, by ją do niego wsadzać. A kursowanie łóżeczkiem Aurorki 2 razy dziennie stało się dla mnie źródłem udręki.

I w tym właśnie sęk! Mówiąc: „lepiej mieć niż nie mieć” mój umysł porównuje drobne korzyści, które daje mi posiadanie danej rzeczy z brakiem korzyści wynikających z jej nieposiadania. Jeden to więcej niż zero, więc wybieram jeden. Problem polega na tym, że w tym równaniu nie biorę pod uwagę potencjalnych kosztów związanych z posiadaniem tego przedmiotu. Mogę przyznać fotelikowi do karmienia 2 punkty za to, że za jakiś czas nam się przyda. Ale dokonując pełnej oceny powinienem odjąć 10 punktów za zagracenie mieszkania. Czyli łączny wynik to -8. Jasno z tego wynika, że w tym wypadku, odwrotnie niż w moim powiedzonku „lepiej nie mieć niż mieć”.

Jeśli nie masz dzieci albo trudno jest Ci się wczuć w dramat łóżeczkowo-fotelikowy, mam dla Ciebie inny przykład. Wyobraź sobie, że pakujesz plecak na wyjazd w góry. Będziesz go nosić od schroniska do schroniska, dlatego skompletowanie właściwego ekwipunku na niebagatelne znaczenie. Mając świadomość, że plecak ma 80 litrów, śmiało wrzucasz do niego różne przedmioty, które przecież mogą się przydać. Otwieracz do piwa. Korkociąg. Powerbank. 2 książki. 3 ręczniki, 10 t-shirtów. Na trasie mogą spotkać Cię różne przygody – warto przecież być na nie przygotowanym. Lepiej mieć te rzeczy, niż ich nie mieć, prawda? No właśnie niekoniecznie. Po pierwsze te rzeczy, które nie są niezbędne, mogą sprawić, że do plecaka nie zmieszczą się przedmioty o dużo wyższej użyteczności – kurtka przeciwdeszczowa, apteczka, latarka czy tabliczka czekolady.

Po drugie, nawet jeśli miejsce nie jest problemem, może nim być ciężar. Noszenie na swoim grzebiecie kilku dodatkowych kilogramów przez kilkadziesiąt kilometrów dziennie będzie prawdopodobnie dużo bardziej odczuwalnym kosztem niż drobna korzyść z tego, że np. będziesz mieć do wyboru 2 książki do poczytania zamiast jednej.

Podobne plecaki z ograniczoną pojemnością mamy także w innych aspektach swojego życia. W dalszej części porozmawiamy o odgruzowywaniu swojego życia w kategorii rzeczy, pragnień i uwagi.

Odgruzowywanie rzeczy

Każda rzecz, którą posiadasz, powinna być dla Ciebie źródłem jednoznacznej i niemałej wartości. Jeśli masz problem ze wskazaniem, kiedy ostatnio z niej korzystałeś i jaką dokładnie korzyść Ci daje, to jasny sygnał, że warto zrezygnować z posiadania tego przedmiotu.

Po niedawnym przeglądzie swojej garderoby, z 35 t-shirtów zostało na moje półce 10. Dzięki temu teraz, gdy chcę ubrać koszulkę, nie muszę przekopywać się przez stos t-shirtów działkowych, do malowania i innych prac. Każda z posiadanych przeze mnie koszulek jest wystarczająco wysokiej jakości, by nadawała się na wyjście. Podobnie było ze spodniami. Okazało się, że z 12 sztuk, które posiadałem w szafie, tylko 4 z nich są zgodne z moim aktualnym rozmiarem. Znów, gdy potrzebuje się ubrać, nie muszę sprawdzać czy w tych spodniach będzie miejsce dla mojego brzucha albo czy nie zlecą ze mnie jak hula-hop. Mogę aktualnie w ciemno wziąć dowolne spodnie z szafy mają pewność, że będą pasowały.

Wiem, że mówiąc o tym, nie odkrywam w tym momencie Ameryki. Jednak odpowiedz sobie z ręką na sercu – kiedy robiłeś/robiłaś ostatnio pełny przegląd swoich ciuchów? Ile z nich przestało do Ciebie pasować ze względu na inny rozmiar ciała lub inne poczucie stylu? Możesz zrobić przysługę sobie, a także innym ludziom, sprzedając te ubrania lub podarowując je potrzebującym.

Jak się do tego zabrać? Wyciągasz z szafy wszystkie ubrania z jednej kategorii – koszule, spodnie, paski, itp. Do szafy wracają z powrotem tylko te ubrania, z których realnie korzystasz i chcesz korzystać. Te które na Ci się przydadzą. Nie może-kiedyś, tylko na pewno, na 100%. Wszystko inne powinno trafić do worka i znaleźć dla siebie nowy dom.

Podobne porządki warto przeprowadzić z wszystkimi innymi kategoriami rzeczami. Może masz w domu książki lub gry planszowe, o których wiesz, że nie będziesz do nich wracać, bo nie były tak dobre, jak się spodziewałeś. Może masz u siebie narzędzia takie jak wiertarka udarowa, z której korzystasz raz na ruski rok i spokojnie możesz ją pożyczyć od kumpla, gdy będziesz jej potrzebował. Może tak jak ja, masz u siebie sprzęty z których kiedyś regularnie korzystałeś – jak dziurkacz, zszywacz, bindownica – ale od dłuższego czasu nie są Ci już potrzebne. Przyjrzyj się papierom, które leżą na Twoim biurku czy w szafie. Które z nich mogą być dla Ciebie źródłem jednoznacznej i ogromnej korzyści? A które są makulaturą, która niepotrzebnie zagraca Ci mieszkanie.

Jeśli słuchając o porządkach przeraża Cię myśl, o tym ile pracy przed Tobą, proponuje skorzystać z 30 dniowego wyzwania, które ja też aktualnie wykonuję. Twoim celem niech będzie codzienne pozbycie się 1 rzeczy ze swojego życia, która nie daje Ci dużej wartości. Może to być aplikacja na telefonie, ubranie, książka, gra, teczka z papierami. Pozbycie się tej rzeczy lub wystawienie jej na olxie zajmie Ci raptem kilka chwil dziennie. A w ciągu miesiąca zyskasz dużo dodatkowej przestrzeni, pozbywając się rupieci.

Odgruzowywanie pragnień

 

O zgubnych skutkach pragnienia pieniędzy i sławy opowiadałem już w 33 odcinku podcastu – O szczęściu. Teraz skupimy się na bardziej szlachetnych pobudkach. Pracując nad sobą, swoim charakterem i rozwojem osobistym, z pewnością spotkałeś się z wieloma propozycjami wartościowych zachowań. Nauka języków obcych. Medytacja. Prowadzenie dziennika. Czytanie. Nauka rysowania. Oglądanie filmów edukacyjnych. Udział w szkoleniach, webinariach. Kursy e-learningowe. Spisywanie wydatków. Uprawianie sportu. Robienie zdjęć dzieciom. Pisanie artykułów. Nauka gry na gitarze. Rozciąganie się. Składanie życzeń urodzinowych znajomym. Udział w spotkaniach klubu Toastmasters. Własnoręczne gotowanie posiłków. Słuchanie podcastów.

To tylko kilka propozycji, spośród setek, jeśli nie tysięcy możliwości własnego rozwoju. Każda z nich może być dla Ciebie źródłem wartości i bardzo kuszące jest powiedzenie TAK każdej z nich. Problem jednak polega na tym, że mówiąc TAK jednej z nich, jednocześnie mówisz NIE do wszystkich innych aktywności. Uczenie się robienia pięknych zdjęć może być super rozwijające. Co jednak jeśli rezerwując czas na fotografię, tracisz go na rozmowę z partnerem, zabawę z dziećmi albo odrobinę ruchu? Wracamy do naszego plecaka na górską wyprawę. Jeśli ma on ograniczoną pojemność, logicznym zachowaniem byłoby spakowanie w pierwszej kolejności rzeczy, które są niezbędne. Dopiero gdy masz już wszystko, czego na pewno będziesz potrzebować, wtedy możesz się zastanowić nad opcjonalnymi przedmiotami. Nie ma też co przeginać z wrzucaniem rzeczy tylko dlatego, że zostało jeszcze trochę miejsca. Bo każda z nich coś waży. Każda będzie balastem, który z każdym przebytym kilometrem zaczyna coraz bardziej ciążyć.

Podobnie z naszym zaangażowaniem w różne aktywności. Warto spisać w jednym miejscu wszystkie, na jakie masz ochotę. A następnie oceń każdą z nich w skali od 1 do 10, gdzie 1 oznacza minimalną korzyść, a 10 coś absolutnie kluczowego, jak dość czasu na sen i regenerację. Następnie podejmij decyzję, by zająć się wyłącznie rzeczami, które oceniłeś na 8, 9 lub 10. Wszystkie inne zawieszasz do bliżej nieokreślonej przyszłości. Po miesiącu będziesz mieć dobre rozeznanie czy aktywności w Twoim życiu jest w sam raz czy też możesz zaprosić do swojego życia jedną z siódemek.

To ćwiczenie jest dla mnie jednym z najważniejszych. Jako niepoprawny optymista zawsze mi się wydawało, że znajdę czas, by zaangażować się w jeszcze jeden projekt, nauczyć się jeszcze jednej nowej umiejętności. Efekt takiego postępowania był taki, że prawie żadnej z podejmowanych przeze mnie aktywności nie wykonywałem tak dobrze, jakbym chciał. Ciągle gdzieś zawalałem terminy, nie robiłem rzeczy, do których się zobowiązałem i czułem się z tym paskudnie. Jednak gdy podliczyłem któregoś razu, w ile projektów jestem na raz zaangażowany, wyszło mi 30. 30!

Po wykonaniu oceny wszystkich aktywności, tylko 7 z nich zostało ocenione na 8 lub wyżej. 23 projekty zostały zawieszone. Nagle okazało się, że mam czas na wszystko, co ważne. Na zadbanie o swoje zdrowie, relacje z żoną, zabawę z dziećmi i spanie 8 godzin. Nagle każda z rzeczy, którą robiłem, była na w pełni profesjonalnym poziomie, na czym mi mocno zależało.

Przy mojej huraoptymistycznej mentalności potrzebuję to ćwiczenie wykonywać regularnie, co najmniej raz na kwartał. Bo w międzyczasie z 7 projektów zrobi się 19. Jednak nie zmienia to postaci rzeczy, że dzięki niemu odzyskałem kontrolę nad swoim życiem i możliwość realizacji priorytetowych, a nie przypadkowych wartości.

Odgruzowywanie uwagi

Na jakość naszego życia składają się nie tylko rzeczy, które robimy, ale także te, o których myślimy. Które pozyskują naszą uwagę. We współczesnym świecie nie brakuje firm, które są na nią łase. Które zrobią wszystko, żeby ją przyciągnąć i utrzymać.

Weźmy media społecznościowe – Facebooka, Instagram czy Twittera. W każdej z tych firm pracują błyskotliwi ludzie, którzy starają się uczynić korzystanie z tych aplikacji tak uzależniającym, jak tylko jest to możliwe. Bo każda Twoja minuta spędzona w ich apce, to zysk od reklamodawców, którzy mogą zaabsorbować Twoją uwagę swoim towarem. Został o tym zjawisku nakręcony świetny film dokumentalny – Dylemat społeczny. Dostępny m.in. na netflixie. Pada w nim wiele dających do myślenia tez. Na przykład: jeśli nie wiesz co jest produktem [w mediach społecznościowych], to znaczy że Ty nim jesteś. Korzystanie z fejsa czy insta wcale nie jest darmowe. W rzeczywistości kosztuje Cię bardzo dużo. Oddajesz swój czas i uwagę, czyli części swojego życia, rzeczom, które tak naprawdę nie są dla Ciebie ważne. A często są wręcz szkodliwe. Cal Newport w książce Cyfrowy minimalizm zwraca uwagę na 2 naukowo potwierdzone aspekty mediów społecznościowych, które nas unieszczęśliwiają porównywanie się społeczne i social snacking.

Społeczne porównywanie się polega na tym, że zestawiamy swoje życie, z wszystkimi wzniesieniami i dołami, z najlepszymi, wyretuszowanymi chwilami życia swoich znajomych. Najczęściej w tym zestawieniu wypadamy, delikatnie mówiąc blado. Ludzie z którymi byliśmy w jednej klasie w szkole średniej albo na studiach, mają teraz lepsze prace, atrakcyjniejsze ciała, przystojniejszych partnerów, więcej napisanych książek, zwiedzonych krajów niż my. Kiedyś byliśmy w tej samej lidze, a teraz mamy poczucie, że oni grają w ekstraklasie, podczas gdy my zostaliśmy wśród amatorów. Inni dostają setki lajków i serduszek, a nasze posty mało kto zauważa i komentuje. Facebook i Istagram boleśnie nam o tym przypominają ZA KAŻDYM RAZEM, kiedy odwiedzamy te portale. Zawsze znajdzie się wśród znajomych ktoś, komu aktualnie się lepiej powodzi niż nam. Zamiast wykorzystać czas na rzeczy, które prawie na pewno nas uszczęśliwią – jak aktywność fizyczna, pomyślenie o tym, za co jesteśmy wdzięczni – na własne życzenie torturujemy się myślami, że gdzieś popełniliśmy błąd i nie mamy tylu osiągnięć, ile powinniśmy mieć.

Drugi problem to social snacking. Nie mam do końca pomysłu, jak tę nazwę przetłumaczyć. Z braku lucku niech będą społeczne przekąski. Aby wytłumaczyć na czym to zjawisko polega, posłużę się analogią.

Gdy jesteśmy głodni możemy zjeść pełnowartościowy posiłek, który dostarczy nam witamin, białka i wszystkich innych potrzebnych składników. Nie tylko zaspokoimy swój głód, ale odżywimy swój organizm, pozwalając mu się wzmacniać, regenerować itd. Drogą na skróty będzie zjedzenie przekąski. Jakiegoś zapychacza, który sprawi, że co prawda przestanie nam burczeć w brzuchu, ale nasze ciało nie dostanie tego, czego potrzebuje. Jedząc wyłącznie przekąski szybko stalibyśmy się poważnie chorzy przez niedobory magnezu, potasu, wapnia itd.

Podobnie jest z naszymi interakcjami społecznymi. Gdy bliska znajoma ogłosi na fejsie, że urodziła jej się córeczka możemy kupić pieluchy, chusteczki nawilżane, usmażyć kilka kotletów i przywieźć jej do wszystko do domu, gratulując małego, rozkrzyczanego szczęścia. To odpowiednik pełnowartościowego posiłku. Możemy też zamiast tego wcisnąć ikonkę kciuka skierowanego do góry. To przykład społecznej przekąski.

Gdy nasz znajomy publikuje post, w którym opowiada o swoich poważnych problemach, możemy wyciągnąć telefon i z nim o tym porozmawiać lub umówić się na spotkanie twarzą w twarz. Zamiast tego możemy kliknąć w ikonkę „trzymaj się” albo „smutną minkę”. To drugie jest znacznie szybsze i prostsze. To pierwsze wymaga on nas czasu i może być emocjonalnie obciążające. Jednak tylko pierwsze zachowanie może zbudować realną społeczną więź, której obie strony potrzebują.

10 tysięcy lajków lub serduszek mniej znaczy od jednej szczerej rozmowy albo jednego smacznego kotleta, przyniesionego w chwili potrzeby. Jeśli więc masz wśród swoich kontaktów osoby, których naprawdę są Twoimi przyjaciółmi albo chociaż bliskimi znajomymi, zamiast iść na łatwiznę i klikać w ikonkę z emotką, pomyśl jak możesz nawiązać głębszą, bardziej wartościową interakcje.

Czy wiedząc o tych 2 (i wielu innych) zagrożeniach mediów społecznościowych powinniśmy z nich całkowicie zrezygnować? Czemu nie, jest to rozsądna opcja. Cal Newport jest best-sellerowym autorem 6 książek, znanym na całym świecie mimo że nigdy nie miał żadnego konta w mediach społecznościowych. Jak sam to określa, uważa że media społecznościowe to internetowy junk-food. Jeśli masz spędzić czas w internecie, dużo więcej wartości wyciągniesz z czytania blogów, udzielaniu się we wspierającej społeczności ludzi o podobnych zainteresowaniach itd.

Całkowita abstynencja nie jest jednak jedyną drogą. Będąc minimalistą, powinieneś określić, dlaczego chcesz z tych mediów społecznościowych korzystać? Jaką kluczową Twoją wartość te media realizują. Mając to na uwadze możesz dużo bardziej świadomie spędzać czas na fejsie czy insta. Zamiast bezmyślnie scrollować czy sprawdzać 10-ty raz czy pod Twoim postem pojawił się nowy lajk, możesz podzielić się ze światem ciekawą albo zabawną historią, która Ci się ostatnio przydarzyła. Możesz wejść na grupę i pomóc komuś swoją radą lub samemu o nią poprosić. W ten sposób dokonujesz czegoś, co Cal Newport określa mianem optymalizacji. Zwiększasz swoje korzyści z korzystania z danej technologii, ograniczając przy tym jej wady.

Zamiast odpowiadać na pytanie czy korzystać z danej aplikacji, lepiej jest spytać siebie: kiedy i jak będę w niej korzystać.

Kończąc wątek odgruzowywania uwagi, mam dla Ciebie jeszcze 2 praktyczne wskazówki. Gorąco polecam odinstalowanie lub zawieszenie działania aplikacji mediów społecznościowych na Twoim telefonie. Zamiast tego korzystaj z nich na komputerze. Kompulsywne, bezrefleksyjne korzystanie z fejsa czy insta jest związane przeze wszystkim z działaniem tych apek na telefonie. To w tym zakresie tęgie umysły szukają każdej możliwej sztuczki, by nas wciągnąć do swojego świata i już nie wypuścić. Na komputerze dużo łatwiej jest się wyrwać. Ja nawet Instagrama przeglądam wyłącznie na kompie. Co prawda, by opublikować swój post, muszę to zrobić na telefonie, ale wszystko inne mogę przenieść na większy ekran.

Druga wskazówka to killer feeda, czyli rozszerzenie do przeglądarki, na przykład Chrome’a, które sprawia, że w ogóle nie wyświetla Ci się tzw. feed – posty znajomych i reklamy. Dalej możesz świadomie podjąć decyzję, by zajrzeć na profil konkretnej osoby lub firmy albo poczytać posty, które są na ciekawej grupie. Nie ma jednak możliwości scrollowania, bo nie ma czego. Taki morderca feeda działa na fejsie, linkedinie, a także youtubie. Na tym ostatnim portalu pod wpływem działania killera znikają proponowane wideo do obejrzenia. W ich miejscu widzisz pustą szarą przestrzeń. Zamiast oglądać przypadkowe wideo z clickbaitowym tytułem czy obrazkiem, wchodzisz na kanał, który faktycznie Cię interesuje i jest dla Ciebie źródłem wartościowej wiedzy lub rozrywki.

Facebook, Instagram, LinkedIn, Twitter czy Youtube są jak sklepy spożywcze, pełne kuszącego towaru. Jeśli wchodzisz do nich na głodnego i bez listy zakupów, spędzisz w nich więcej czasu niż planowałeś i wydasz znacznie więcej pieniędzy niż potrzebujesz.

Zamiast tego lepiej jest przed wejściem do tych jaskiń lwa, dobrze się przygotować. Z góry określić, co chcesz dzięki tej wizycie osiągnąć oraz ile maksymalnie czasu chcesz tam spędzić. Dzięki temu osiągniesz maksymalną wartość przy minimalnej inwestycji.

Główny temat odcinka mamy już zrealizowany, odwiedźmy zatem na moment 2 tematyczne kąciki.

Kącik książkowy

W ciągu tego odcinka wielokrotnie powoływałem się na książkę Cyfrowy minimalizm – Cala Newporta. W kąciku przypomnijmy zatem, kilka kluczowych koncepcji z niej zaczerpniętych.

Po pierwsze – większość z nas wyjściowo jest maksymalistami, czyli korzystamy z wszystkiego, co się da, mając nadzieję, że może kiedyś nam się ta rzecz przyda.

Po drugie – by zostać minimalistą trzeba podjąć taką decyzję. Dzięki temu możemy pozbyć się ze swojego życia masy śmieci lub rzeczy dających minimalną wartość.

Po trzecie – minimalista ogranicza się do korzystania wyłącznie z rzeczy, które dają jednoznaczną i ogromną korzyść. Wszystko inne wylatuje, by zrobić miejsce na to, co naprawdę ważne.

Po czwarte – będąc cyfrowym minimalistą nie musisz całkowicie rezygnować z różnych technologii. Wystarczy, że przemyślisz jak i kiedy będziesz z nich korzystać, by w jak najkrótszym czasie, wyciągnąć z nich jak największą korzyść dla siebie.

Kącik naukowy

Jeśli wpiszemy w wyszukiwarce hasło multitasking i research, znajdziemy dziesiątki badań pokazujące, że wielozadaniowość jest szkodliwym mitem. Robiąc na raz kilka rzeczy, a dokładniej przerzucając w kółko swoją uwagę z jednej rzeczy na drugą, każdą z nich robimy wolniej i gorzej, bardziej się przy tym męcząc.

Jednak najciekawszym dla mnie badaniem w tej tematyce, był eksperyment przeprowadzony przez Daniela Simonsa, Christophera Chabrisa z 1999 z Universytetu Harvarda. Osoby badane miały zliczyć, ile razy zawodnicy jednej drużyny, widoczni na nagraniu wideo, podali sobie piłkę. Zadanie to wymagało pełnej koncentracji i śledzenia w skupieniu tego, gdzie znajduje się piłka. Większość badanych, zapytana czy widziała w trakcie 9 sekundowego filmiku coś niezwykłego, powiedziała że nie. Tymczasem w trakcie filmu pojawił się człowiek przebrany za goryla, który swobodnym krokiem przechadzał się po sali. Prawie nikt z badanych go nie dostrzegł, zajęty śledzeniem położenia piłki.

Jaki wniosek możemy z tego wyciągnąć? Badacze opisali ich całkiem sporo w pracy naukowej pod tytułem: Gorillas in our midst: sustained inattentional blindness for dynamic events.

Większość z nas cierpi na tzw. ślepotę pozauwagową, która sprawia, że nie dostrzegamy i zapamiętujemy rzeczy, na których się nie skoncentrujemy. Próbując robić kilka rzeczy na raz, możemy przegapić kluczowe informacje, potrzebne do wykonania każdego z tych działań.

Rozmowa przez telefon podczas prowadzenia samochodu zwiększa ryzyko wypadku aż czterokrotnie. I nie ma tutaj większego znaczenia czy przykładasz słuchawkę do ucha czy też rozmawiasz przez samochodowe oprogramowanie do rozmów. Gdy Twój umysł zajęty jest słuchaniem rozmówcy i wyłapywaniem ukrytych znaczeń w jego słowach, zmniejsza się Twoja umiejętność prowadzenia auta. Możesz nie zauważyć znaku ograniczenia prędkości lub co gorsza tego, kto ma pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Gdy intensywnie szukasz właściwych słów, które zaimponują Twojemu rozmówcy możesz zapomnieć by przed zmianą pasa spojrzeć w martwy punkt lub sprawdzić czy „prawa wolna”.

Zamiast więc próbować robić jak najwięcej rzeczy na raz, zachęcam by każdej z nich poświęcić osobną, niczym nie zmąconą chwilę koncentracji. W ten sposób zaoszczędzisz czas, a także poprawisz swój komfort pracy oraz jej efekty.

Zakończenie

Dziękuję Ci za wysłuchanie odcinka. Jeśli podoba Ci się to, co robię – szepnij dobre słówko o tym podcaście jednemu swojemu znajomemu, któremu dobrze życzysz. Do usłyszenia następnym razem! Żegna się Andrzej Bernardyn.

Głównym tematem odcinka jest stoicki styl życia.

W szczerej rozmowie dwojga stoików (z Klaudią Tolman), zastanawiamy się nad tym, jak we współczesnym świecie można żyć po stoicku i jak to mądrze robić. 

Klaudia otwarcie mówi o tym, jak stoicyzm pomógł jej przetrwać najtrudniejszy czas w jej życiu - po tragicznej śmierci jej narzeczonego.

Ja rewanżuję się historią o swoim uzależnieniu od gier i jak dzięki stoickiej samokontroli udało mi się je poskromić.

Wymieniamy się też swoimi patentami na to, jak poradzić sobie w dobie koronawirusa. A wszystko to w serdecznej, luźnej atmosferze.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #36 - O stoickim stylu życia - rozmowa z Klaudią Tolman

[00:00:00] - Andrzej

Dzisiaj do podcastu Od laika do stoika zawitał kolejny specjalny gość a nawet gościówa Klaudia Tylman. Ryślicielka, trener myślenia wizualnego. Dyrektorka kreatywna explainvisually.com. Graphic recorder który budzi w ludziach uśpione od wielu lat dziecko i udowadnia im, że każdy potrafi rysować. Cześć Klaudia Czy chciałabyś coś dodać do tego opisu lub coś sprostować?

[00:00:23] - Klaudia

Cześć Andrzej, tu Klaudia. Sama jestem niejako autorką tych zbitek, którą lubię być przedstawiana. Natomiast często mam taką obawę, że słysząc o tym twórczym dziecku i o tym udowadnianiu, że każdy potrafi rysować to mam taką obawę, że czasami ludzie mogą sobie wyobrażać, że po prostu jestem artystką. To taka artystka chodzi na kolorowo ubrana. I to jest jedno z określeń, które rzeczywiście zaskakująco wywołuje we mnie gęsią skórkę i nie cieszę się jak ktoś tak o mnie myśli, bo mam wrażenie, że to zupełnie nie trafna diagnoza tego co robię, bo ja się bardziej czuję takim inżynierem rysunku. Mam rzeczywiście taki bardzo modelowe czy inżynieryjne wręcz podejście ja po prostu lubię rysunkiem rozwiązywać różne zagadki coś usprawnić coś popychać do przodu itd. Cudownie mnie przedstawiłeś z gwiazdką, że nie artystka, a raczej inżynier.

[00:01:43] - Andrzej

Ok. Jakieś rzuty przestrzenne różnych figur też rysujesz? ; - )

[00:01:48] - Klaudia

To jest taka inżynieria samomianowana, samozwańcza, więc nie mam na to papierów na bycie inżynierem, ale się czuję takim trochę Dobromirem. Korzystam z myślenia wizualnego i z rysunku jako narzędzia do różnych rzeczy.

[00:02:05] - Andrzej

Super. Jakich rzeczy myślę, że jeszcze nam będzie porozmawiać a w międzyczasie jestem ciekaw czy pamiętasz, gdzie i kiedy się poznaliśmy? Zobaczymy czy nasze wersje się zgadzają.

[00:02:18] - Klaudia

Mogą się nie zgadzać, bo ja chyba nie mam żadnej. Cierpię na nie pamiętanie takich sytuacji, ale widzę ciebie na Trenferencji, tylko że nie wiem, czy to jest pierwsza nasza okazja.

[00:02:37] - Andrzej

Jeszcze przed Trenferencją był Zlottt. Tam też mieliśmy okazję mignąć sobie na korytarzach nawet uczestniczyć w jakichś warsztatach wspólnych. Jak to sama określiłaś byliśmy na spotkaniu naszego plemienia trenerskiego.

[00:02:54] - Klaudia

Aaa, okej to nie jest tak źle.

[00:02:56] - Andrzej

Tak, tak. Przy Trenferencji byłaś już całkiem ciepło. Widziałem że w kilku miejscach w social media określasz jako stoiczka. Co to dla ciebie znaczy być stoiczką?

[00:03:06] - Klaudia

Przyznaje się że ja odsłuchałam sobie zdaje się że większość twoich podkastów ostatnimi czasy. Jak ja zostałam do tego twojego podcastu zaproszona. Odrobiłam pracę domową,  odsłucham i wiem że w jednym z odcinków, nie wiem teraz w którym, cytowałeś w ogóle jakąś Klaudię. I jak tak cytowałeś jej słowa to miałam wrażenie że to że to właściwie mogłabym się pod tym podpisać. To co rzeczywiście dla mnie czym dla mnie jest to sztuka życia. Ważny jest ten element że to się dzieje w głowie bo stoicyzm no to właśnie sztuka myślenia i takiego świadomego myślenia. Dla mnie stoicyzm zaczyna się od tego podziału na zależne niezależne i to jest podstawa właściwie wszystkiego. Bo począwszy od tego jaki smutek mnie tam może gnębić i gryźć no to mogę się zastanowić czy to ten powód, który smutek wywołuje, jest ode mnie zależny czy nie. Więc krótko mówiąc na pewno. Ja też często się zatrzymuje w swoich myślach i zastanawiam nad tym czy to co właśnie myślę to jest fakt? To jest jakby prawda to jest jakiś twardy fakt czy bardziej moje wyobrażenie - moja interpretacja rzeczywistości. I pewnie wiele innych rzeczy na ten taki mój stoicyzm się składa. Ja pewnie w swojej praktyce stoickiej bym jeszcze nie szła tak daleko żebym nie nazwała siebie praktykującym stoiczką. Ja ze stoicyzmem się zetknęłam całkiem niedawno natomiast jak się z nimi zetknąłem to stwierdziłam: Panie losie! To jest to! To chyba zawsze było to ale teraz jak już przeczytałam i poznałam to wydaje mi się być po prostu jedyną słuszną metodą życia i aż mnie często dziw bierze że tak nie jest.  Że to nie jest przyjęte za normę. Że nie wszyscy są stoikami. To mnie zadziwia. Także ja jako stoik też prowadzę dużo rozmów wewnętrznych. Ten mój wewnętrzny stoik jest bardzo rozmowny i on często rozmawia sam ze sobą i jest w kontakcie z moimi myślami czy ja jestem w kontakcie z moimi myślami. No i stoicyzm jest dla mnie jest niesamowicie logiczną filozofią. Wszystko się tam pięknie składa w jedną całość i trudno żeby to działało inaczej.

[00:06:07] - Andrzej

Super dzięki za to opowiedzenie o tym jak Ty o stoicyzmie myślisz i jak stoicyzm wpływa na twoje myślenie, bo to w dwie strony często działa. Wspomniałaś o tym że w miarę niedawno się to Twoja przygoda zaczęła. Co było takim impulsem do tego?  Sama odkryłaś stoicyzm? A może ktoś cię wciągnął w tą filozofię?

[00:06:29] - Klaudia

Już ci mówię. To tak ku potomności, bo wiadomo podcast idzie w świat i będzie sobie już tam istniał. My nagrywamy go 14 września 2020 roku, a ja natknąłem się na stoicyzm w 2017, czyli zaledwie trzy lata temu. Historia jest naprawdę niezła, bo dostałam książkę Sztukę życia według stoików

[00:07:01] - Andrzej

Klasyka gatunku!

[00:07:02] - Klaudia

Klasyka gatunku, tak jest! Dostałam ją, a właściwie dostaliśmy ją 21 lipca 2017 roku od Adama, którego serdecznie pozdrawiam. A mówiąc dostaliśmy mam na myśli mnie i Michała, z którym wówczas byłam w związku. Numer był taki, że Adam nas tam odwiedził przyniósł dwie książki, a my tłumaczyli mu, że daj spokój! Co nam będziesz dawał dwie jak my jesteśmy narzeczeństwem, mieszkamy w jednym mieszkaniu. Prowadzimy wspólne gospodarstwo - no po co nam te same książki, daj spokój! I Michał powiedział, że wystarczy nam ta jedna no i Adam się na szybkości odwrócił, żeby napisać dedykacją i napisał nam na tej książce: „Wystarczy wam ta jedna.” W znaczeniu takim, to były dosłownie słowa Michała których użył, ale też Adam podkreślał, że to jest taka książka, że jeżeli człowiek miałby przeczytać jakąś książkę w życiu to musi być ta. No i jej nie zaczęłam czytać od razu. Ona gdzieś tam czekała na półce, ale niedługo, bo my z Michałem w sierpniu, czyli w te same wakacje 2017 polecieli do Kanady na urlop no i wróciliśmy z tego urlopu i pod koniec sierpnia 30 sierpnia Michał zginął w tragicznym wypadku.

[00:08:28] - Klaudia

I to był moment, w którym ja po tą książkę sięgnąłem. Nie wiem, czy to był dokładnie 30 sierpnia - raczej nie. Ale rzeczywiście przypomniałem sobie, że taką książkę mam i zacząłem ją czytać jakoś chyba w październiku pośród tego czasu w jakim byłam. No a jak się można domyślać to był najtrudniejszy czas w moim życiu. To sięgnięcie po stoików było naprawdę super krokiem i było czymś bardzo bardzo pomocnym. Co ciekawe ja niczym rebeliant, bo mam trochę takiego małego rebeliantów to uznałam, że pomimo że najczęściej czytam książki od początku do końca, a nie tam gdzieś od środka zaczynam to stoików Piotra Stankiewicza zaczęłam od rozdziału o śmierci. No bo był to temat który przerabiał na tamten moment. Więc to co przeczytałam o podejściu do śmierci w stoikach było kolejnym takim bardzo ważnym puzzelkiem, który gdzieś mi pomógł się w tej sytuacji odnaleźć i uspokajać i po prostu przechodzić przez nią jakoś no najlepiej jak byłam w stanie. Stoicy do mnie przyszli od Adama, przeczekali chwilę na półce i potem po niej sięgnęłam. Plus tak zamknę klamrą, że rzeczywiście wystarczyła nam ta jedna. Bo nie potrzebowaliśmy dwóch. Michał by jej pewnie nigdy nie przeczytał a dla mnie to była naprawdę i to bez cienia wyolbrzymienia, to była najważniejsza książka jaką przeczytałam w życiu. Bardzo mi pomogła.

[00:09:58] - Andrzej

Życie cię naprawdę na głęboką wodę wrzuciło, jeśli chodzi o te stoickie testy. Wśród początkujących stolików zwłaszcza panuje takie przekonanie, że jak ktoś już się zaczyna interesować stoicyzmem to prędzej czy później się pojawi jakaś komplikacja życiowa. I sprawdzi na ile te wszystkie nauki ktoś sobie przyswoił. W swojej sytuacji to absolutnie ekstremalny test. A powiedz proszę, które z cytatów technik, myśli najbardziej ci w tej sytuacji pomogły. Pamiętasz?

[00:10:28] - Klaudia

Wiesz co ja sobie nawet zebrałam, bo ja miałam taką wewnętrzną potrzebę. W ogóle pozbierania, opisania jakoś tego procesu bycia w żałobie i wychodzenia z niej. Więc ja wybrałam takiego bezpłatnego ebooka i tam zebrałam te wszystkie najważniejsze dla mnie cytaty z tego rozdziału o śmierci. I jestem przygotowanym tutaj gościem podcastu.

[00:10:56] - Andrzej

Znakomicie!

[00:10:56] - Klaudia

Mam odpalony [tablet]. Jest kilka takich ważnych natomiast jeden z nich to cytat z Piotra Stankiewicza ze „Sztuki życia według stolików” ze strony 278, także pilni słuchacze mogą wetować i znaleźć. Gdzie Piotr cytuje słowa Seneki: „Nie śmierci się boimy, ale myśli o śmierci.” I to ze mną rzeczywiście bardzo rezonowało, dlatego że ja mam jakieś takie miałam bardzo dziwne i trudne do namacania przeczucia, nawet przed śmiercią Michała. Miałam taką jakąś obawę. Strach mi towarzyszył naprawdę często w sensie codzienności miałam taką myśl, że ja Michała stracę. W sensie, że Michał umrze, a nie że się rozstaniemy, tylko że on naprawdę umrze i ja tą myśl miałam naprawdę głęboko zakorzenioną i z chwilą, kiedy Michał umarł, to też nie chcę żeby to zabrzmiało, bo to łatwo źle usłyszeć. Nie chodzi mi o to, że bo to było straszne i to nie jest prawda. Nie chodzi mi o to, że śmierć, która rzeczywiście przyszła w realiach była o wiele mniej straszna niż ja sobie wyobrażałam i że to tak naprawdę był pikuś. Bo absolutnie nie był to najtrudniejsza próba moja życiowa. Natomiast rzeczywiście bardzo zrozumiałem wtedy zasadność tego powiedzenia. Nie wiem czy typowo polskiego. Ja sobie je przeinaczam tak na swoje, czyli nie taki diabeł straszny jak go sami malujemy. Bo ja się katowałam tą myślą miesiącami latami. Natomiast paradoksalnie przez to że ja ją miałam na wierzchu to nie było coś czego ja wybieram i co dostrzegam często, że jak rozmawiam z ludźmi o śmierci, to my się boimy się śmierci, ale też bardzo ją chowamy pod dywan i nie dopuszczamy w ogóle tej myśli. A ja tą myśl miałam bardzo na wierzchu, co do śmierci Michała. Myśl o śmierci własnej również mam na wierzchu. Jakby jestem z tą śmiercią swoją przyszłą pogodzona i tak myślę, że gdybym miała szukać obszarów w którym chyba jestem najbardziej stoicka, to chyba właśnie w tym kontekście śmierci i zgody na to że ona się po prostu wydarzy

[00:13:28] - Andrzej

Prędzej czy później. Jest to nieuniknione.

[00:13:30] - Klaudia

Prędzej czy później. Każdemu. To jest jedyna sprawiedliwa rzecz, która się wydarzy.

[00:13:37] - Andrzej

Jak cytowałaś Senekę, to myślałem, że innego cytatu użyjesz. Ciekaw jestem czy też wpadł w oko wtedy. To nie jest dosłowny cytat, bo ja akurat nie mam otwartej książki na odpowiedniej stronie, ale mniej więcej to idzie w ten sposób: że nie gniewaj się na życie, że ci odebrało brata, tylko doceń to, jak długo tego brata miałeś / miałaś. Ile lat mogłaś się cieszyć jego obecnością. I myślę, że myślenie w takich kategoriach o czymkolwiek w życiu, że wszystko w życiu nie mamy, tylko jest to wypożyczone i w każdej chwili ktoś może się upomnieć o zwrot. Świadomość tego sprawia, że dużo łatwiej doceniać to, co się ma.

[00:14:14] - Klaudia

Tak, zdecydowanie. Plus jeszcze też w „Sztuce życia według stoików” jest ten wątek długości życia versus jego jakości. Ja choć jest to wiadomo polski zwyczaj, jak są urodziny, to się śpiewa Sto lat. To mnie to sto lat nie przekonuje. Ja głęboko wierzę w to, że można żyć i 100 lat, ale przez sto lat żyć nieszczęśliwie, nie wartościowo w znaczeniu takim, że mając te sto lat, już zamykając oczy myślimy, że do bani było to moje życie. Ale mogę żyć mogę żyć o wiele krócej. Znowu wracając do mojego osobistego doświadczenia, często słowami przy śmierci młodego człowieka. To są właśnie słowa: taki młody! Całe życie przed nim. Ale nigdy bym nie powiedziała o Michale, że on żył nie wartościowo. Być może on żył krótko, bo tyle było mu dane, ale na pewno był szczęśliwym człowiekiem, bo był bardzo świadomym człowiekiem, który zarządzał też swoimi myślami. I bardzo się rozwijał. Więc no nie ilość życia, ale jakość.

[00:15:31] - Andrzej

W pełni się z Tobą zgodzę. Jak rozmawiam czasem ze znajomymi i oni mówią, że właśnie najważniejsze, żeby życie było długie, to ja ich pytam, czy chcieliby być sekwoją? Czy zamienili by się na życie z sekwoją, mając gwarancję, że będą mogli być drzewem przez 500 lat. I jakoś nie byliby skłonni do dokonania takiej zamiany. Dociera wtedy do nich, że sama długość życia może nie jest tym co jest w życiu najważniejsze.

[00:15:56] - Klaudia

Nie, absolutnie.

[00:15:59] - Andrzej

Postaram się przejść jednak do trochę innego tematu. Zdaję sobie sprawę, że ten jest bardzo ważny, zwłaszcza dla ciebie. Natomiast chciałbym trochę pod innymi kątami o stoicyzmie porozmawiać. Gdzieś już dotknęliśmy tego tematu stereotypów, wyobrażeń. Na samym początku, jak mówiłaś o artystce. Gdy miałem okazję oglądać w akcji, prowadzącą warsztaty czy Twoje wystąpienie na TEDzie, to sprawiałaś wrażenie takiej osoby bardzo ekspresywnej i spontanicznej. Na swojej stronie też się opisujesz jako ktoś kto zaraża innych swoim dzikim entuzjazmem i pasją. I jak te cechy łączą się z twoim stoicyzmem? Bo na pierwszy rzut oka czy ucha wydaje się, że one się jakoś wykluczają.

[00:16:45] - Klaudia

Wiesz co, to jest bardzo ciekawy temat do dyskusji, bo ja z kolei nigdy bym nie pomyślała, że można tak pomyśleć. Co ma piernik do wiatraka? To tak jakbym usłyszała, że masz niebieskie oczy i kręcone włosy to oznacza, że bardziej jesteś Hiszpanką niż Polką. Albo że ty bardziej byś powinna bardziej powinnaś pójść w kierunku buddyzmu a nie katolicyzmu. Moja energia, którą ja emanuję, tempo mówienia i ekspresyjność to jest coś co się jest jedno. I to na poziomie energetycznym. A to jak ja zarządzam tym, co się dzieje w mojej głowie i to jak ja jestem w stanie zarządzać tym, co myślę i myśleć o myśleniu swoim to jest drugie. Nie wiem z czego to wynika, jak Ty z kolei o tym myślisz? Może to wynika z tego znowuż kolejnego nieszczęsnego stereotypu stoika, że stoik to taki pustelnik, taki apatyczny może nawet wręcz flegmatyczny. Nic go nie rusza. Zobojętniały na świat. A ja tu nagle taka kolorowa, uśmiechnięta heheszkująca. Z czym do ludzi. Ale jak wiemy ten stereotyp o stoikach jest stereotypem. Jest nieprawdą. To nie ma nic do rzeczy

[00:18:28] - Andrzej

Bardzo się cieszę, że o tym mówisz, bo moją misją po części podczas tego podcastu jest to, żeby pokazać inną twarz stoicyzmu. Taką z jednej strony bardziej prawdziwą, zgodną z faktami. Z drugiej strony taką pogodną, uśmiechniętą i energiczną. Stoicy to są właśnie ludzie czynu, którzy mają dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia i do zrobienia. Jesteś tego świetnym przykładem i super, że o tym rozmawiamy właśnie po to, żeby pokazać ludziom że to nie jest tak że trzeba mieć pewien profil psychologiczny, odpowiedni temperament, taki właśnie flegmatyczny. Tylko tacy ludzie mogą być stoikach. Stoicyzm jest absolutnie dla wszystkich. Również wesołków czy nawet choleryków.  Myślę, że taki choleryk może nawet więcej skorzystać na tym, że przejdzie trening stoicki, mimo że trochę więcej będzie musiał swoich naturalnych tendencji poskromić. Ale może nawet bardziej to będzie korzystne niż dla kogoś kto już w dużej mierze gdzieś po stoicku żył, tylko nawet o tym nie wiedział. Bo nie przeczytał jeszcze tej książki Piotra Stankiewicza czy dowolnej innej, która pokazuje, o co w stoicyzmie chodzi.

[00:19:32] - Klaudia

Tak mi przyszła do głowy jeszcze jedną myśl, że właśnie mi jak przeczytałam całego Piotra [śmiech]. Jak przeczytałam „Sztukę życia według słoików”, a umówmy się to nie jest krótka lektura. To mi się stoicyzm jawił, zapewne przez pryzmat siebie to czytałam, i czytałam to w takim okresie, w jakim czytałam swojego życia. Ale mi stoicyzm jawi się jako taka trochę detektywistyczna chęć rozbijania jakichś narosłych wyobrażeń. O ja to muszę właśnie coraz więcej pieniędzy zarabiać albo muszę to muszę tamto. Oni przychodzą i po prostu jednym zdaniem albo jednym pytaniem nagle rozbijają tą bańkę. Bardzo sprytnie bardzo detektywistyczne i tak tak właśnie trochę rebeliancko myślą. Na tamte czasy byli rzeczywiście wprowadzili zupełnie świeże myślenie, ale to jest nadal świeże myślenie, które może nam bardzo bardzo przysłużyć w życiu. Także nie, czemu myśleć o stoicyzmie jako o jakiejś jednej tylko skrajni. Tam się zmieszczą wszyscy. I to nie chodzi o energię tylko chodzi o sposób myślenia. Więc jak masz mózg i umiesz myśleć to zapraszamy.

[00:20:57] - Andrzej

Całkiem dobra grupa docelowa, którą zaproponowałaś. Nie za wąska nie za szeroka w sam raz [śmiech]. Piotra Stankiewicza cytowaliśmy już kilka razy. To ja z kolei inną książkę jego polecę naszym słuchaczom. Po angielsku się ukazała, wydaje mi się, że na razie wyłącznie: „Does happiness write blank pages?”. To jest taka książka, w której Piotr stawia między innymi tezę, że twórczość artystyczną dosyć trudno jest ze stoicyzm połączyć. I on tutaj bazuje nie na stereotypach, o których mówiliśmy pytanie wcześniej, tylko na swoim doświadczeniu. Posługuje się takim mniej więcej argumentem, że jeśli przeżywasz w pełni wszystkie emocje również te negatywne, i to cię napędza jako artystę, no to trudno jest to trochę połączyć z tym, że po stoicku dystansuje się wobec negatywnych emocji. Staramy się patrzeć bardziej obiektywnie. Rozbijać te bańki, o których mówiłaś. Bawić się w detektywa tak bardzo racjonalne, jak Sherlock Holmes. To jest raczej esencja racjonalności, a nie bycia artystą, który wszystko przeżywa, a później przenosi swoje emocje na papier, w słowa czy jeszcze w inną formę sztuki. No to jak to jest u ciebie? Jak ci się udaje łączyć Twoją twórczość artystyczną ze stoicyzmem?

[00:22:17] - Klaudia

Jak patrzę na ostatnie miesiące mojego życia - covidowe miesiące mojego życia to rzeczywiście miałam taką obserwację, że byłam chyba trochę bardziej w tym przeżywaniu emocji. Odczuwałam różne emocje i one się w ogóle gromadziły. To były zresztą negatywne emocje. Miałam dużo w sobie frustracji i gniewu, jakiegoś rozżalenia - z różnych przyczyn. Nakulkowała mi się taka kula śniegu. I ona tak spadała i tak coraz więcej tego było.  Zresztą chciałam ci bardzo serdecznie Andrzej podziękować. Chciałam powiedzieć, że ty tak jak i stoicy do mnie przyszli książką Stankiewicza lat temu 3. To ty przybyłeś do mnie w równie zacnym momencie, bo rzeczywiście ja byłam jeszcze kilka tygodni temu w takim momencie, że myślałam, że te emocje mnie rozbiją od środka i pęknę. I sobie przypomniałam, że przecież ja mogę tym zarządzać. Mogę te myśli rozbić na mniejsze kawałki. Usłyszeć je i też zrozumiałam, że zdecydowana większość tych emocji, to były emocje nakręcone moimi własnymi myślami. Ja się nakręcałam. Sama sobie w tym mózgu gadałam jedno i drugie. Więc te myśli się nakręcały, wywoływały emocje - i tak w kółko. A to zupełnie droga donikąd, w takim znaczeniu, że można je w nieskończoność przeżywać i dobrze jest przeżywać emocje. Jako niedoszły psycholog również wiem, że jest wielka waga we wszelkich emocjach i one są wszystkie równie ważne, ale myślę sobie, że łatwo jest wpaść w takie właśnie bezsensowne kręcenie się w kółko. Szczególnie jeżeli towarzyszy nam jakiś gniew czy frustracja czy inne tego typu emocje, które mogą wynikać z naszej własnej wkrętki. Warto się zatrzymać, posłuchać co tam się dzieje w tej głowie. Czy to jest prawda, czy to jest moja interpretacja rzeczywistości? Co mi daje ta interpretacja? A może jednak jestem w stanie ją zmienić tak i albo zmienić nie tylko swoją myśl, ale też jakieś konkretne zachowanie. No i rzeczywiście jak się tak zatrzymałam jakiś czas temu, to przypomniałem sobie tych wspaniałych stoików, którzy już raz do mnie przyszli.

[00:24:57] - Andrzej

Raz już pomogli.

[00:25:00] - Klaudia

Dokładnie! Skoro raz pomogli, to znaczy, że działa! I to na takim teście. To znaczy, że to co teraz mam, jakiś tam swój dylemat czy jakąś tam frustrację to ja sobie to ogarnę. I naprawdę odetchnęłam z ulgą. Zresztą usłyszałam w swoim kierunku słowa: Wow! Widzę, że jest zmiana. Jest inaczej. Jest przyjemniej. Bo przestałam się nakręcać. Strasznie długi wywód zrobiłam z tego, ale zmierzam do tego, że jestem fanką i słuchania tego jakie myśli nam towarzyszą w trakcie szczególnie tych takich silnych emocji, w czasie frustracji, złości, gniewu, żalu itd. Słuchajmy co tam nam się kołacze.  I wtedy możemy się zatrzymać i to rozbić na mniejsze kawałeczki po prostu popatrzeć na to logicznie. Tak sobie trochę przesuwam te suwaczki. Jestem w stanie zatrzymać się patrzeć bardziej racjonalnie. Ale też jest tak że jak się coś nazbiera, to pozwalam też sobie np. wybuchnąć złością, bo też wiem, że miałam przez wiele lat taką tendencję do trzymania tej złości w sobie, a to jest bardzo, bardzo złe. Więc teraz tą strategię trochę mam zmienioną.

[00:26:22] - Andrzej

Ja bym się nie bał tego terminu zarządzanie emocjami, bo stoicyzm dla mnie w dużej mierze też na tym polega, żeby umiejętnie wykorzystać potencjał emocji. Zarówno tych pozytywnych emocji, żeby po prostu bardziej się nimi cieszyć i częściej je przeżywać. Ale również tych negatywnych, bo negatywne emocje mogą być takim sygnałem dla nas. Jasną informacją, że coś tutaj nie do końca gra. Na przykład czuję uczucie zazdrości i jak się zatrzymam i chwilę pomyślę, to mogę odkryć, że mi na tym bardzo zależy, skoro jestem o taką rzecz zazdrosny. A czy to tak naprawdę jest gdzieś tam w czołówce moich wartości? No w sumie nie jest. Jak zacznę o tym myśleć, że ta zazdrość jest bezpodstawna, bo akurat nie zależy mi na najnowszej furze, którą ktoś wrzucił na Facebooka przez moment pomyślałem: Kurczę! Też bym chciał taką mieć. Wrócę gdzieś do swoich myśli, to dużo łatwiej mi stwierdzić: Dobra, ja to już przepracowałem. Wolę tego Ferrari nie pragnąć niż je mieć, bo potem każda ryska jest dramatem i masę innych komplikacji do tego dochodzi dodatkowo. Myślę, że tutaj kluczem jest to żeby umieć sobie z tymi negatywnymi emocjami poradzić. Z jednej strony je traktować właśnie jako taki sygnał - lampka kontrolna, która gdzieś w aucie zapala. Coś się dzieje, warto sprawdzić, co tam się stało, żeby móc to jak najszybciej naprawić, zanim będą jakieś nieodwracalne szkody z tego powodu.

[00:27:42] - Andrzej

Pogrzebmy jeszcze przy tych sytuacjach, w których stoicyzm może być użyteczny, bo myślę, że naszych słuchaczy też może interesować. Ja zacznę od swojego przykładu a później też poproszę o twój. Mnie stoicyzm np. pomógł zbudować taką wewnętrzną odporność, dzięki której łatwiej mi sobie poradzić z różnymi życiowymi komunikatami. Na przykład weźmy taki aktualny temat, przynajmniej w 2020 roku, o tak jak wspomniałeś, może za dziesięć lat ktoś będzie słuchał tego nagrania i nawet nie będzie wiedział co to jest COVID-19. Ale tak teraz to jest dosyć istotny temat na całym świecie. Przez pandemię koronawirusa moje zarobki jako trenera biznesu całkiem wysokie spadły przez pierwsze miesiące praktycznie do zera. Jak do tego dołożymy jeszcze kredyt mieszkaniowy, jeden drugi czynsz za mieszkanie i parę jeszcze innych zobowiązań finansowych. No to zbyt wesoła sytuacja to nie była. Łatwo stwierdzić: O Boże! Jak ja sobie poradzę i wejść w takie właśnie negatywne emocje i nic więcej nie robić tylko w kółko przeżywać i mielić. Dzięki stoickiemu treningowi udało mi się tę energię ukierunkować zupełnie inaczej. Zacząłem myśleć: No dobra nie mogę prowadzić szkoleń. A co ta sytuacja mi może dawać? Jaka jest potencjalna korzyść? Nagle się okazało, że mam mnóstwo czasu, którego wcześniej nie miałem. Mogłem go spędzić na poprawę swojego zdrowia, na regularne ćwiczenia nawet w domu. Dzieci miały mnie okazję poznać pierwszy raz od kilku lat. Byłem z nimi przez pół roku dzień w dzień. To się praktycznie nie zdarzało. Naprawdę to był moment, kiedy moje dzieci mnie pierwszy raz w swoim życiu poznały i pobyły ze mną przez dłuższy czas. No i ten podcast też jest efektem tego. Myślę, że gdyby nie COVID to nigdy bym się na niego nie zdecydował. To jest stoicyzm w praktyce. Przychodzi komplikacja życiowa i my potrzebujemy sobie jakoś z tym poradzić. Jeśli mamy do tego narzędzia no to ten moment, kiedy najpierw się boimy i nie mamy pojęcia, jak sobie poradzić do momentu przejścia do działania jest znacznie krótszy niż w przypadku innych osób, które o stoicyzmie nigdy nie słyszały. A jak to jest u ciebie? W których sytuacjach wydaje się stoicyzm szczególnie przydatny?

[00:29:54] - Klaudia

Jak przyszła Korona, to jak w każdej sytuacji zacząłem dostrzegać dużo plusów. W stoicyzmie znana jest technika dwóch uchwytów. Okazuje się, że ja rzeczywiście robię to od lat. Wierzę głęboko, że naprawdę w każdej nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji jest masa plusów i jakby ktoś bardzo chciał też jest w stanie wymienić piękne dobre wspaniałe chwile, które mi się przytrafiły po śmierci Michała i ja w pandemii podobnie jak ty, działam. Ukończyłem wreszcie swoją stronę, z której jestem szalenie dumna. Otworzyłam tam sklep. Cały czas wypuszczam nowe produkty. Po malutku tworzę kolejne. Niedługo rusza też e-learning u mnie na stronie i podejrzewam, że gdybym nie była jakby odgórnie zmuszona do szukania też innych działań niż szkolenia, które prowadzę, to mogłam tak czekać jeszcze ileś lat. Gdzieś tam odkładać to. To zawsze było w planach, ale nigdy się tak nie paliło. Bo były zlecenia i trzeba było robić bieżące zlecenia a nie tam dbać o swoje produkty. Natomiast jest jeszcze jedna rzecz, w której stoicyzm bardzo mi pomaga. Gdyby mieć zdolność nagrania swoich myśli to byłoby przezabawne. Szczególnie bawi mnie to sytuacji, w której słyszę, że ktoś dziamga, narzeka albo pieni się: Aa! Wiesz, że tam ta i taka to zrobiła to i tamto? A ten! No i słyszę te ekscytacji, połączone być może właśnie z jakąś złością albo zazdrością. I tak sobie słucham tego i rozumiem z jednej strony to, co słyszę. Z drugiej strony w głowie brzmi mi nie zawsze niecenzuralne takie pytanie, które centralnie przedstawię, czyli: po co się tym ekscytować? Co dobrego to wniesie? Co mnie obchodzi, że ktoś zrobił coś. Albo że nie zrobił. Albo że on zrobił, a ja nie zrobiłam. No i w takich sytuacjach znowu powrót do podstaw stoickich. Czy ja mam wpływ na to co ktoś ma robi i planuje? No nie! Mam wpływ na to, co ja mogę robić planować. No to mogę się zainspirować tym kimś. Masą rzeczy mogę się zainspirować, ale ostatecznie ja decyduję o tym, co robię i jak żyję. Stoicyzm jest szczególnie przydatny właśnie wtedy, kiedy ktoś próbuje mnie nakręcić na przykład na jakąś czynność czy podjudza mnie do przejęcia się czymś, o czym ja wiem z góry, że absolutnie nie mam przestrzeni w życiu na to żeby się tym zajmować. Mam na to naprawdę wywalczone po prostu mówiąc tak już bardziej po mojemu, a mniej być może po stoicku.

[00:33:20] - Andrzej

Ta stoicka reakcja na to, jak ktoś cię próbuje wciągnąć w narzekanie, często działa jak płachta na byka. Jak Ty nie chcesz narzekać. To jest dla mnie piękne. Jak ludzie jeszcze bardziej zaczynają się denerwować w momencie, kiedy tobie nie udzielają cię emocje tej osoby. Jak starasz się zarazić tę osobę swoim spokojem, ale niestety jak ktoś jest bardzo wzburzony to ten spokój tylko go jeszcze bardziej rozsierdzi.

[00:33:49] - Klaudia

A ja oczywiście nie robię tego po to żeby go tam rozsierdzić, tylko po prostu dbam o swój komfort. Nie chce dać się wciągnąć w takie historie.

[00:33:58] - Andrzej

Ja używam takiej metafory, że jeśli ktoś jest właśnie w tych emocjach i już tak mocno zbiega z górki jest mocno rozpędzony - to nie jest właśnie ten moment na to, żeby z nim dyskutować. Ja wtedy się uśmiecham głową. Jak on już biegnie na ten płaski teren i trochę mu się ten oddech wyreguluje i zacznie myśleć bardziej racjonalnie a nie tylko odczuwa silne emocje, to wtedy może być moment na to, żeby podpowiedzieć właśnie jakąś stoicką technikę, która może mu pomóc w przyszłości lepiej sobie z tą sytuacją poradzić.

[00:34:32] - Klaudia

Dobra myśl.

[00:34:34] - Andrzej

Jednym z wyzwań współczesnego świata, które myślę że Koronka tylko nam nasiliła, są różnego rodzaju pokusy. Jak np. na home-offisie jest pokusa Netflixa. I tam są te wszystkie nowe seriale. I one są na raz wrzucane. Nie jeden odcinek co tydzień tylko masz na przykład 12 odcinków naraz albo odkryjesz nowy serial, który ma pięć sezonów po 12 odcinków. Więc masz 60 odcinków naraz do obejrzenia. Jestem bardzo ciekaw, jak ty sobie radzisz z różnego rodzaju pokusami? Jak pielęgnujesz taką bardzo stoicką cnotę umiaru i samokontroli? Masz jakiś swój patent na to?

[00:35:22] - Klaudia

Wychowywałam się w domu, gdzie raczej rzeczy nie było niż były. Więc można by myśleć, że chciałabym dążyć do posiadania rzeczy. Na przykład mieć szybki samochód, fantastyczne mieszkanie czy operacje plastyczne. Tymczasem tego nie mam. Ja też szybko zaczęłam pracować więc wiedziałam, że na rzeczy trzeba zapracować. I też to jest ważne pytanie, żeby sobie zadać, czy np. moja praca czy mój czas, bo praca jest moim czasem, który oferuje jakiemuś zajęciu, czy ten mój czas który ja wymieniam na pieniądze. Czy on jest wart, żeby go wymienić właśnie na kolejne ciuchy czy coś, co będzie komuś imponowało i będę miała kolejne coś tam? Mi się bardzo podobają słowa Bartka, czyli mojego faceta, który również jak pewnie duża część ludzi pracował z domu. Nadal pracuje mocno z domu i stwierdził: Kurczę! Nagle się okazuje w COVIDzie, że po jaką cholerę te 20 garniturów, te 40 koszul, tych skarpetek tyle? Jak człowiek obleci w tydzień w dwóch dresach. No dobra majtki zmieni, ale po co nam tyle tych rzeczy! Ja sama nie jestem aniołem, bo były jakieś momenty, że się np. wciągałam. Był etap, w którym ja kupowałem strasznie dużo szminek. Nakupowałem tego 20 sztuk. Do tej pory je mam. Weź to zużyj! I dotarłam do momentu, kiedy stwierdziłam: ja tego nie potrzebuję. Ja nie potrzebuję nawet połowy tego. I teraz jestem szczególnie uważna, bo bardzo jestem zatroskana o losy naszej planety. Pomimo mojego wielkiego optymizmu i wiary w to, że ludzie są dobrzy i świat jest piękny. To obserwuję z lekkim przerażeniem i smutkiem to, co się dzieje i tak sobie czytam czasami różne prognozy, książki, które nie pokazują miłego obrazu. Pokazują bardzo brutalny obraz no i właśnie wracając do głównego pytania to się zastanawiam: czy to jest mi potrzebne? To jest pierwsze pytanie, które można by sobie zadać. Czy naprawdę moje życie nie może bez tego istnieć? A po drugie - i to jest to drugie sprawdzenie: co to planeta? I podam bardzo prosty przykład. Mamy lampki choinkowe owinięte wokół balustrady w domu. I one tak się pięknie świecą całym rokiem, nie tylko w święta. Bardzo nastrojowy klimat nam wprowadzają. Są dwa zestawy podłączone, jeden pod drugi. Ten pierwszy wziął się i zepsuł. No ja wiem, że mogę kupić nowe lampki, które kosztują 12 zł na Allegro. No jasne, że mogę kupić tylko czy to jest potrzebne planecie? Kolejny kurde śmieć. Wiem, że jest mała rzecz, ale można to rozciągnąć. Pomyśleć dobra jak mam obecnie samochód X. Czy serio jest mi potrzebny Y, żeby był szybszy, lepszy, bardziej wypasiony? I to jest wszędzie. Więc ja generalnie naprawdę pomyślę 7 razy przed nowym zakupem. Zastanawiam się czy a może mam już coś. Może jest brzydsze, może jest starsze, ale działa! Mam na przykład suszarkę do włosów, która działa od mojej osiemnastki i ma już dziury w przewodach. Jedyny powód, dla którego rozważam jej wymianę, to jest to, że może mi się stać krzywda. Ale ona cały czas działa. Natomiast jako pomysłowy Dobromił, wiem że mogę ją sklecić taśmą izolacją, w tych miejscach, w których tam jest troszkę przetarta. Tak długo jak nic mi się nie stanie, mogę ją używać jeszcze kolejne 20 lat. Więc co do samokontroli - sprawdzam takie prawdziwe pytanie. Ale takie szczere do bólu: Czy ja naprawdę tego potrzebuję? Czy właśnie ulegam wpływom cholernego marketingu, potrzebie ciągłego posiadania więcej i więcej. Szybciej i lepiej. Inna rzecz, to a propos takiego nie wiem kupowania i ...

[00:39:55] - Andrzej

Materializmu!

[00:39:56] - Klaudia

Materializmu, tak! Nazywajmy rzeczy po imieniu. A druga rzecz, jest też zjawisko znane wszystkim: tak zwane chomikowanie. Czyli gromadzenie zeszytów z podstawówki albo segregatorów z czymś tam albo książek, których wiem, że nigdy nie przeczytam. Albo ubrań, o których wiem, że nigdy ich nie ubiorę. Ja nie mam już tego chomikowania u siebie, ale miałam je kiedyś. Natomiast mam takie poczucie, że raczej już jestem z tego właśnie wyleczona. Zadaje sobie takie trochę być może dla kogoś szokujące pytanie: czy jak ja umrę, to czy to nie będzie kolejny po prostu upierdliwy mały przedmiot dla moich spadkobierców do ogarnięcia. I oni będą zadawać pytanie: po pierwsze co to kurde jest? Czy to ma jakąś wartość sentymentalną? Może miało mało dla Klaudii. Ale Klaudia nie żyje. Więc ja też tak zapobiegawczo, jak mam coś schomikować, to się zastanawiam czy to komuś pomoże po mojej śmierci czy to będzie kolejna rzecz do wyrzucenia. No to wyrzućmy już teraz.

[00:41:25] - Andrzej

Skoro innym się to nie przyda, to pytanie czy tobie się przyda?

[00:41:28] - Klaudia

Komu to się może przydać?! Dokładnie tak! Więc ja dużo wiesz oddaję czy sprzedaję za bezcen. Jestem wielką fanką garażowych wyprzedaży. Używania rzeczy naprawdę tak długo, jak działają. Niech działają. A frustruje mnie bardzo, że niestety teraz dużo jest produkowanych rzeczy, które są na jeden sezon albo na rok. A za chwilę jest wypuszczany kolejne model. Ale ja wiernie, tak długo jak działa, jak mnie prąd nie kopnie, to będę suszyła włosy tą samą suszarką.

[00:42:00] - Andrzej

Myślę, że nigdy nie jest dość mówienia o tym, że można mieć trochę inne podejście, mniej materialistyczne, we współczesnym świecie. Że to nie jest tak że musimy mieć szafy pełne najlepszych ubrań, a później trzeba dokupić większe szafy, a później trzeba kupić większe mieszkanie, żeby te większe szafy się tam pomieściły. Trzeba zaciągnąć kredyt. A żeby zaciągnąć kredyt trzeba więcej zarabiać, więcej jeździć, więcej latać itd. To naprawdę może zupełnie inaczej wyglądać, jeśli tylko zdecydujemy, że coś innego jest dla nas ważne.  Chętnie rzucę kamyczki dwa od siebie do samokontroli. Z trochę innego ujęcia. Miałem swojego czasu dosyć duży problem z graniem, w różne gry. Czasem są niewinne gry planszowe, ale były też gry komputerowe, poker online, dużo różnych tego typu rzeczy. Wręcz mógłbym się pokusić o takie określenie, że byłem/jestem uzależniony od grania i muszę się pod tym kątem mocno pilnować. I dla mnie dwie rzeczy świetnie sprawdzają. Po pierwsze ocena tego, jak ja się czuję, po tym jak już skończę tą rzeczy robić. Czy to jest odcinek serialu czy to jest granie w gry.  Nie jak ja się czuję w trakcie, bo w trakcie to się czuję wspaniale. Czuję się w swoim żywiole. To jest to! Ale jak ja się czuję pół godziny potem, jak już te emocje opadną. Czy jestem zadowolony ze swojego życia? Dumny ze swoich wyborów? Czy wręcz odwrotnie. To naprawdę jest taki kubeł zimnej wody, którą wylewam. Staram się dobrze te emocje zapamiętać, żeby dwa razy się zastanowi, czy chcę kolejne np. 3 godziny ciągiem spędzić w ten sposób. A druga rzecz, która się dla mnie okazała rewelacyjną strategią to jest abstynencja. Czyli nie że ja sobie trochę pogram czy jeden odcinek serialu obejrzę czy zjem jedną kosteczkę przepysznej czekolady, a później siłą woli to ja na pewno się powstrzymam, żeby nie zjeść drugiego kawałka nie obejrzeć kolejnego serialu czy kolejnej partii w grze. Tylko w ogóle nie gram, w ogóle nie jem, w ogóle nie oglądam seriali. I nie przez całe życie tylko np. w tym tygodniu nie oglądam seriali. W tym miesiącu nie pije kawy. I jak ta decyzja już zapadnie, to ja się nie biję z myślami czy dzisiaj jest ten dzień, kiedy ja mogę sobie pograć czy nie. Bo ja już tą decyzję podjąłem i dzięki temu mogę tą swoją energię ukierunkować zupełnie gdzie inaczej. Ja cały czas nie marzę o tym, że a to może jednak pogram czy może jednak obejrzę sobie ten serial. Nie, nie, nie! Przecież muszę pracować! W ogóle się nie bije z myślami, bo mam takie poczucie, że ta decyzja już zapadła i mogę się bardziej produktywnymi rzeczami w swoim życiu zająć.

[00:44:35] - Klaudia

Bardzo fajna metoda.

[00:44:38] - Andrzej

To jak jesteśmy już przy tych metodach i praktykach, stoicyzm oferuje wiele różnych praktyk, wymienię tylko kilka. Prowadzenie dziennika, rachunek sumienia, czyli takie podsumowanie swojego dnia na koniec. Albo myślenie o dniu na początku - projektowanie dnia. To może być trening dobrowolnego dyskomfortu czy rozmyślania nad śmiercią, amor fati, czyli godzenie się z tym co nam życie przynosi i wiele wiele innych. To jest tylko wierzchołek góry lodowej. Czy ty masz może jakąś swoją ulubioną technikę z której często korzystasz?

[00:45:12] - Klaudia

Był taki czas, rzeczywiście mówię teraz w czasie przeszłym, bo zaprzestałam tego, ale prowadziłam dziennik. Taki właśnie w moim stylu, więc rysunkowy. Nazwałam go sobie Cudownik. Dzień po dniu rysowałam podsumowania każdego dnia. Podsumowania czy małe radości. To nie był ani rachunek sumienia ani dziennik emocji czy rozmyślania, ale bardziej wydarzeń i doceniania tego, co mi się przytrafia i dostrzegania w tym pozytywów. I to właśnie bardzo mi pomagało się tu i teraz nakierunkować. Ani na przeszłość, ani na przyszłość, bo tam nie było planowania. Nie było tam mielenia przeszłości i nawet czułam się dyskomfortowo, kiedy zdarzało mi się mieć zaległości. Dzisiaj jest 14 września i ja bym 14 września rysowała to, co się działo 8 września. To już nie jest ta idea, którą sobie założyłam. Takiego codziennego doceniania każdego dnia, ale to już jest babranie się w przyszłości. Co ciekawe ja też rzadko w ogóle wracam do tych cudowników, bo właśnie to by było wracanie do przeszłości. Jeżeli do niej zaglądam, to raczej ze względów zawodowych. Czasami korzystam z nich jako takiej pożywki, żeby pokazać, jak coś tam narysować.

[00:46:44] - Klaudia

Sporo też rozmyślam o śmierci. Nie wypieram świadomości swojej śmiertelności. Ona jest ze mną. I paradoksalnie choć wiem, że nie-stoikom i komuś kto, boi się śmierci i ją właśnie wypiera, to się nie mieści w głowie, że ja codziennie myślę o śmierci. Że mam taki dosłownie taki rozbłysk neuronów w mózgu, który mówi: Hej! To może być mój ostatni dzień życia. Pamiętaj o tym! I to mi przypomina i pozwala na przykład, tak jak Ty mówiłeś, jak ja się czuję tam po oglądaniu serialu czy graniu to ten jak ten rozbłysk dzieje, ja też mam możliwość się zatrzymać pomyśleć: Ej! Czy gdyby to był ostatni dzień mojego życia, serio chciałabym zajmować się jakąś kompletnie niepotrzebną czynnością? No pewnie nie. Jestem w stanie to zweryfikować. To osadzenie w teraźniejszości i świadomość własnej śmiertelności pozwala mi odczuwać wdzięczność.

[00:47:55] - Klaudia

Ja jestem przygotowanym uczniem, chciałem powiedzieć stoickim, i tutaj mam cytat. Ze 130 strony Piotra Stankiewicza „Sztuka życia według słoików”: „Innymi słowy, kto dzisiaj martwi się jutrem, temu i dzisiaj, i jutro wypadną na minusie.” Więc ja się nie zamartwiam za bardzo na przyszłość, bo lubię cieszyć się teraźniejszością. O tych dwóch uchwytach już wspomniałam, że zawsze patrzę na każdą sytuację z dwóch stron. Że to może być coś dla mnie pozytywnego albo negatywnego. W każdym nawet kryzysie jestem w stanie znaleźć coś co mnie wzbogaci i coś za co mogłaby być wdzięczna. A ja też co mam takie patrzenie - to jest też może paradoks, bo z innej strony jestem tu i teraz jestem w sobie. Staram się być w każdej chwili, która trwa. Ale jednocześnie potrafię się tak oddalić od tej naszej planety. Spojrzeć z jakiejś innej na te ziemie i popatrzeć. To moje życie. Wiadomo, że dla mnie jest najważniejsze i jedyne słuszne i w ogóle. Jest moim życiem, jedynym jakie mam. Ale z drugiej strony ono w świetle życia tej planety i kosmosu nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Więc też żebym się tak nie spinała za bardzo, bo to czy ja właśnie będę miała dobrze ułożone włosy danego dnia albo czy zrobię wszystko z listy zadań danego dnia - to naprawdę nie ma żadnego znaczenia.

[00:49:35] - Andrzej

To nawet ma swoją nazwę, to co opisujesz.  Też jest z stoicką techniką. Perspektywa kosmiczna. Po angielsku to się nazywa view from above. Wznosimy się ponad krajobraz, coraz wyżej i wyżej, aż jesteśmy w kosmosie. Patrzymy na to wszystko takie malutkie, nic nie znaczące. Czym tu się przejmować?

[00:49:57] - Klaudia

Mróweczki! Dokładnie! I ostatnia rzecz, przyszła mi do głowy, że i tutaj też mam cytat. Jestem najlepszym Twoim gościem?

[00:50:06] - Andrzej

Najwięcej cytatów używasz, to na pewno.

[00:50:15] - Klaudia

To będzie długi cytat. Jak na to trafiłam, to zakreskowałam i zapisałam sobie, że to jest cytat, do którego powinnam wracać. Jak dostanę zapytanie o ilustracje, bo nienawidzę wykonywać ilustracji. Ja to podzlecam mojemu zespołowi. Ja sama nie wykonuję. Albo o coś czego nie lubię. Teraz wyjeżdżam z cytatem: „Przed przystąpieniem do działania, przed podjęciem decyzji o zaangażowaniu się w coś musimy się zastanowić, w jakim stopniu jest to zgodne z naszymi umiejętnościami, uzdolnienia i hierarchią wartości. O tyle, o ile mamy wybór, powinniśmy starać się unikać działania, które byłoby im wbrew i pod prąd. Powinniśmy angażować swój czas i energię w to, w czym czujemy się dobrze i pewnie. Pamiętajmy, że każdy jest odrębną i niepowtarzalną jednostką, która ma swoje preferencje i paletę umiejętności. Decydując się na jakieś działanie, wpasowując się w obowiązki, jakie nakłada na nas świat i życie w społeczeństwie, musimy pamiętać o swojej unikalności i o tyle, o ile mamy wybór, dostosować zamiary do swoich umiejętności upodobań i pragnień.”

[00:51:29] - Klaudia

Staram się weryfikować decyzje i to co do mnie przychodzi. To co świat mi podsyła, pod tytułem zadanie, jakaś zagadka, jakieś wyzwanie ktoś coś ode mnie chce albo cokolwiek innego no to sprawdzam czy to leży w palecie moich możliwości. Czy ja to umiem albo czy chcę się nauczyć? Czy to jest właśnie zgodne z moimi wartościami i tak dalej.

[00:51:54] - Andrzej

Bo może jest ktoś, komu to dużo większą frajdę sprawi, żeby to zrobić.

[00:51:59] - Klaudia

Totalnie! Oczywiście, że tak. Co więcej nawet na mojej stronie nie ma napisane, że ja wykonuję ilustracje na zlecenie. A dostaję zapytania. No i fajnie, bo mogę je przekierować do mojego zespołu. Ale już nie wiem co mam zrobić, by dać światu znać, że ja nie robię ilustracji.

[00:52:17] - Andrzej

Czerwonymi dużymi literami na stronie napisać!

[00:52:21] - Klaudia

Dokładnie!  Ale nie ma co narzekać. Generalnie mam zespół, który to robi. Sprawdzam czy ja mam na to przestrzeń i ja też nawet mam taki plakat ze sobą. Właśnie na niego patrzę. Gdzie sobie założyłam, że ja chciałabym się zajmować już w mojej firmie, która liczy kilkanaście osób i co one robią, to ja często nawet nie wiem, co się tam w firmie dzieje. Natomiast jak ja już mam się czymś zająć, to mi zależy na tym żeby ja miała w tym czynnik funu. Żebym ja się po prostu dobrze bawiła. W pewnym sensie tym zleceniem tym zadaniem. A ja sobie nawet i z jakiegoś niezbyt przyjemnego zadania potrafię trochę dodać małą wartość dla mnie, żebym ja się np. czegoś nauczyła. Żeby to było totalnie inne zlecenie niż dotychczas.

[00:53:18] - Andrzej

Przejdźmy do podsumowania. Mam dla ciebie dwa ostatnie pytania. Jaki jest twój przepis na udane życie? Jakbyś w kilku zdaniach miała komuś podpowiedzieć.

[00:53:28] - Klaudia

To każdy sobie tam wiesz musi w swoim sumieniu rozważyć. Ale jeżeli ja mam swoje życie, to ja nawet pół żartem pół serio zrobiłam na swej stronie, taką zaślepkę błędu 404. I tam jak ktoś jest gdzieś zabłądzi kiedyś na mojej stronie, a można to zrobić po prostu w ten sposób, że wchodząc na moją stronę po slashu wpisać jakiekolwiek hasło, które wiemy, że raczej nie ma takiej strony. I wtedy można zobaczyć rysunek: jak żyć, jak Ryślicielka. Mamy tak: robić dobro. Staram się robić dużo dobra. Uprawiam ogródek swój własny, mam swoje własne warzywa. Po drugie żyję po swojemu, czyli bardzo trudno jest mnie już teraz, jak jestem 34 letnim stoikiem, trudno jest mnie włożyć i zmusić do czegoś czego ja nie chcę zrobić. Albo co nie jest wbrew mnie. Ja bardzo cenię wolność i życie po swojemu, więc ja apeluję żeby każdy żył po swojemu i jak komuś stoicyzm nie pasuje to niech żyje po swojemu a nie po stoickiemu. Lubię się dużo śmiać. Dużo i głośno. Też jest zasadą, którą tutaj głoszę: dbać o ziemię, na której żyjemy. Bo to jest nasz jedyny dom. Ciało jest mniejszym takim naszym domem i jest takim domem właściwym. Dbajmy o fizycznie o swoje ciała. A dalej to jeszcze o dom, w którym te nasze domy z ciał chodzą, bo innej planety nie będziemy. Bądźmy przyjaźni wobec siebie, czyli tolerujmy się, kochajmy się, pozwalajmy ludziom na to, żeby żyli tak, jak chcą. Oczywiście o ile nie krzywdzą nikogo i nie robią zła po prostu. Rozmawiać ze sobą. Ja lubię rozmawiać z ludźmi i rozmawiać o wszystkim, łącznie z tematami tabu czy z tematami trudnymi. No i teraz właśnie mam dylemat bo nie wiem czy zostawić ludźmi ludzi, żeby spróbowali zabłądzić na stronie czy jednak powiedzieć, co tam jest jako ostatnie. Bo to jest takie pół żartem pół serio, ale bardzo ważny element życia. Jak myślisz Andrzej? Zostawić z niedopowiedzeniem?

[00:55:59] - Andrzej

 No pewnie!

[00:56:07] - Klaudia

Dobra! Żeby zobaczyć ostatnie, trzeba zabłądzić na stronie.

[00:56:09] - Andrzej

Ostatnie moje pytanie jest takie, że jeśli ktoś z naszych słuchaczy będzie chciał się z tobą skontaktować, to jak najlepiej to zrobić?

[00:56:17] - Klaudia

Najlepiej żeby wszedł do mnie na stronę czyli na www.klaudiaTolman.pl. Tam są wszystkie namiary. Stamtąd już można pobiec i na jakiegoś Facebooka czy innego Linkedina.

[00:56:35] - Andrzej

I poznać ostatnią, najważniejszą zasadę, której nie wymieniłaś.

[00:56:42] - Klaudia

Tak, ale musicie zabłądzić na stronie, czyli po slashu wpisać...

[00:56:46] - Andrzej

Marek Aureliusz na przykład.

[00:56:49] - Klaudia

Dokładnie tak! Cokolwiek co macie podejrzenie, że raczej nie ma takiej zakładki. To wtedy wyskoczy Wam kod błędu i moja uśmiechnięta paszcza, która ma na celu rozchmurzyć i dać iskrę dobra. Puścić ją w świat.

[00:57:04] - Andrzej

Super, Klaudia. Bardzo dziękuję za rozmowę. To jest dla mnie zawsze wielka przyjemność, jak poznaję lepiej swoich braci i siostry w stoicyzmie. Nieśmy go w świat dalej, bo jak wspominaliśmy o tym, że jeśli więcej ludzi zacznie myśleć po stoicku, to po pierwsze będzie im lepiej w ich własnym życiu, ale nasza planeta też będzie lepiej funkcjonowała, jak ludzie będą w stanie bardziej racjonalnie myśleć i lepiej sobie radzić z emocjami, które czują.

[00:57:38] - Klaudia

Andrzej szalenie dziękuję ci za zaproszenie. To nie jest wiesz nic takiego na wyrost. I tutaj się nie łaszę do Ciebie, nie gadam głupot, tylko mówię ci prawdę. Zaproszenie mnie do podcastu dało mi drugą falę stoicyzmu w moim życiu i bardzo Ci za to dziękuję, bo potrzebowałam jej. Na nowo, odświeżyć sobie, odkopać i czuję się teraz wyprostowana. Jest mi lepiej, jest mi łatwiej.

Głównym tematem odcinka są przestarzałości naszego mózgu. 

Co to takiego? To różne prymitywne struktury, które sprawiają, że zachowujemy się trochę jak zwierzęta, a trochę jak dzieci. Instynktownie, emocjonalnie i nieracjonalnie. I choć kiedyś taki sposób funkcjonowania zapewniał nam, że nie skończyliśmy w paszczy lwa lub tygrysa, to w XXI wieku bardziej on nam przeszkadza niż służy.

Najpierw opowiem Ci zdumiewającą historię ewolucji człowieka, technologii i społeczeństwa. Zrozumiesz dzięki niej, czemu te przestarzałości wciąż zagradzają nasz umysł.

Następnie porozmawiamy o 2 z nich: potrzebie natychmiastowej gratyfikacji oraz negatywnych emocjach. Dowiesz się nie tylko tego, jak one działają, ale również jak lepiej, po stoicku, z każdą z nich sobie radzić.

W kąciku książkowym zajmiemy się Błyskiem! Malcolma Gladwella.  Dowiesz się czym jest i jak działa „natychmiastowe poznanie”, dzięki któremu możesz w ciągu kilku sekund dokonać trafnej oceny sytuacji.

W kąciku książkowym naukowym porozmawiamy o efekcie potwierdzenia, który sprawia, że trudno jest Ci dowiedzieć się czegoś nowego.

Na przykładzie uprzedzeń do starszych babć przekonasz się jak on działa oraz dowiesz się, jak można mu się przeciwstawić.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #35 - O przestarzałościach naszego mózgu

Jak działa ewolucja? Jakie prymitywne struktury siedzą w naszym umyśle i czasem przejmują nad nami kontrolę? Jak zamiast być ich niewolnikiem, myśleć i działać racjonalnie i mądrze? O tym właśnie porozmawiamy w tym odcinku podcastu.

Nazywam się Andrzej Bernardyn. Jestem trenerem biznesu z nurtu evidence based, ekspertem od rozwijania nawyków i praktykującym stoikiem. A to mój podcast Od laika do stoika, w którym pokazuję, jak możesz żyć inaczej. Jak zamiast wypruwać sobie żyły w pogoni za sukcesem, cieszyć się życiem tu i teraz, korzystając z mądrości stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.

Dzisiaj porozmawiamy o przestarzałościach naszego mózgu. Co to takiego? To różne prymitywne struktury, które sprawiają, że zachowujemy się trochę jak zwierzęta, a trochę jak dzieci. Instynktownie, emocjonalnie i nieracjonalnie. I choć kiedyś taki sposób funkcjonowania zapewniał nam, że nie skończyliśmy w paszczy lwa lub tygrysa, to w XXI wieku bardziej on nam przeszkadza niż służy.

Najpierw opowiem Ci zdumiewającą historię ewolucji człowieka, technologii i społeczeństwa. Zrozumiesz dzięki niej, czemu te przestarzałości wciąż zagradzają nasz umysł.

Następnie porozmawiamy o dwóch z nich: potrzebie natychmiastowej gratyfikacji oraz negatywnych emocjach. Dowiesz się nie tylko tego, jak one działają, ale również jak lepiej, po stoicku, z każdą z nich sobie radzić.

W kąciku książkowym wyłowię dla Ciebie kilka merytorycznych perełek z książki Malcolma

Gladwella „Błysk!”, a w kąciku naukowych opowiem o efekcie potwierdzenia.

Rozkład jazdy podany – no to ruszamy!

Ewolucyjny wstępniak

Porozmawiajmy o tym, co chce zjeść każdy zombiak – o naszym mózgu.

Ta 1,5 kilogramowa sztuka mięsa potrafi dokonać prawdziwych cudów. Zachęcić nas do zejścia z drzew i podbicia całej planety. Wynalezienia koła, języka, pisma, internetu i memów z kotami. Nasze mózgi nie przypominają jednak pokoju w Luwrze z najcenniejszymi eksponatami. Bliżej im do strychu albo graciarni, w której obok najnowszego modelu iphona, leży też dyskietka komputerowa, miecz z brązu i kondom z rybiego pęcherza. Kiedyś były ważnymi wynalazkami, jednak we współczesnym świecie są niemal bezużyteczne.

Po co nam te wszystkie rupiecie? Czemu ewolucja ich w międzyczasie nie wysprzątała? To temat warty rozkminienia.

Zacznijmy od tego, jak działa ewolucja. Nie jest to inteligentna siła, która niczym władca marionetek, świadomie podejmuje decyzje, co i w jaki sposób pozmieniać.

Zmiany dokonują się przypadkiem, na drodze całkowicie losowych mutacji w naszym kodzie genetycznym. Osobniki, które przyfarciły i dostały korzystną mutacje, miały większą szansę na przekazanie swoich genów dalej.

Istnieją dwa rodzaje doborów, czyli selekcji: naturalna i płciowa. Być może selekcja naturalna kojarzy Ci się z prawem silniejszego, albo z tym, że silniejszy wygrywa. Wcale niekoniecznie tak było. Wygrywały, czyli przekazywały swoje geny dalej, te organizmy, które były najlepiej przystosowane do środowiska, w którym żyły. Czasem była to kwestia siły, czasem szybkości albo odporności. A innym razem tego, jak dobrze ktoś potrafił ukryć się przed drapieżnikami lub rozpoznać, które rośliny są jadalne.

Dobór płciowy działa w ten sposób, że te osobniki, które są bardziej sexy, mają większą szansę przekazać swoje geny. Jak jesteś niski, masz czyraki na skórze czy śmierdzący oddech, mało kto się tobą zainteresuje, a przez to masz małe szanse na dzieci. Jeśli Twoje cechy pokazują płodność, zdrowie i umiejętność zdobycia zasobów, masz znacznie większe szanse na potomstwo.

Przetrwanie i rozmnażanie to niestety wszystko, co doceniała ewolucja. Nie zależało jej na naszym szczęściu, samorealizacji czy na tym byśmy w zdrowiu dożyli późnej starości. Nie chodzi też o to, że ewolucja celowo kazała nam się starzeć i umierać. Po prostu utrzymanie żywego osobnika do np. 120 lat wymagałoby strasznie dużo zachodu. Lepiej tę energię ukierunkować na to, by dany osobnik był płodny i naprodukował jak najwięcej swoich kopii, gdy jest jeszcze w kwiecie wieku. A potem ewolucji jego los jest już obojętny.

Ewolucja działa też bardzo powoli. Australopitek, pierwszy chodzący wyłącznie na dwóch nogach przodek człowieka, żył już 4 miliony lat temu. Pierwsi Homo, czyli ludzie, wyewoluowali zapewne z któregoś z gatunków australopiteków ponad 2,5 mln lat temu. Około 190 tysięcy lat temu, czyli stosunkowo niedawno z ewolucyjnego punktu widzenia, powstał gatunek homo sapiens, do którego należysz Ty, ja a nawet osoby wygrywające nagrodę Darwina. Jak słyszysz, dokonanie znaczących zmian w organizmie ludzkim wymagało milionów albo co najmniej setek tysięcy lat.

Teraz porównajmy tempo rozwoju technologii. Ludzkość wynalazła pismo ok. 6 tysięcy lat temu. Szkło – 5 tysięcy lat temu. Moje ukochane piwo – 4 tysiące lat temu. Alfabet – 3 tysiące lat temu. Papier – 2 tysiące lat temu. A potem w naszej erze postęp nabrał nagle rozpędu i ciągle przyspiesza.

Urodziłem się w 1986 roku, należę więc do pokolenia Czarnobyla. Pamiętam czasy bez telefonów komórkowych i bez internetu. Dopiero gdy miałem 10 lat pojawiły się w Polsce modemy, przez które w akompaniamencie trzasków, szumów i bipów można się było połączyć z internetem. Strony www ładowały się wtedy kilka minut, a zamiast w WoWa czy LoLa grało się w gry tekstowe bez żadnej grafiki zwane MUDami.

24 lata później mamy dostęp do superszybkiego internetu i to niemal z dowolnego miejsca w Polsce. A jak Elon Musk wystrzeli już wszystkie swoje satelity i uruchomi projekt Starlink – dostęp do internetu będziemy mieli z dowolnego miejsca na Ziemi.

Rewolucyjne zmiany w technologii nie zajmują jak w przypadku ewolucji milionów czy setek tysięcy lat. Kiedyś wymagały kilku wieków, potem kilku dekad, a obecnie kilku lat a czasem nawet kilku miesięcy.

Podobnie ze stosunkami społecznymi – ich zmiany gwałtownie przyspieszyły.

Niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych zostało zniesione zaledwie 170 lat temu. Kobiety uzyskały prawa wyborcze w Polsce i Niemczech dopiero 102 lata temu. Jeszcze 60 lat temu w Stanach Zjednoczonych obowiązywała segregacja rasowa, w myśl której czarni i biali nie mogli zawierać międzyrasowych małżeństw, korzystać z tych samych toalet, autobusów i restauracji.

Ewolucyjne zmiany w naszych ciałach i mózgach nie mają najmniejszych szans, by nadążyć za tak gwałtownym postępem technologicznym i społecznym. W efekcie mamy w sobie wiele przystosowań, które co prawda były przydatne 150 000 lat temu na terenie afrykańskiej sawanny, ale w XXI wieku w zachodniej cywilizacji – są potwornie ciężką kulą u nogi.

O nich właśnie pomówimy w tym odcinku. O przestarzałościach naszego mózgu. Warto mieć świadomość ich istnienia, rozumieć kiedy się aktywują i jak na nas wpływają.

Skoro nie możemy ich po prostu wyciągnąć z naszego ciała i umysłu, potrzebujemy się nauczyć z nimi żyć. A najlepiej umiejętnie je wykorzystać.

NATYCHMIASTOWA GRATYFIKACJA

„Głównym powodem porażki i nieszczęścia jest wymienianie tego, czego pragniesz najbardziej na to, czego pragniesz teraz” – Zig Ziglar.

Jednym z naszych ewolucyjnych obciążeń jest przecenianie znaczenia przyjemności, którą możemy poczuć tu i teraz oraz niedocenianie korzyści lub strat, które odczujemy w przyszłości.

To dlatego jemy słodycze, mimo że jak spuentowała to moja koleżanka – kilka sekund przyjemności w ustach, a wieczność w boczkach.

To dlatego kupujemy telewizory, komputery i smartfony na kredyt, płacąc za nie o wiele więcej, niż gdybyśmy po prostu najpierw odłożyli pieniądze na ich zakup.

To dlatego zdradzamy swoich partnerów, bo odczucie seksualnej rozkoszy w tym momencie wydaje się tak ważne, że możliwość zrujnowania swojej rodziny i kariery nie robi na nas wrażenia.

Potrzeba natychmiastowej gratyfikacji siedzi w nas głęboko. Sam często jej doświadczam. Jestem w trakcie remontu mieszkania. Jedną z prac, którą wykonuje jest malowanie ścian i sufitów. Jakże przyjemne jest móc natychmiast zobaczyć efekt swojej pracy. Zwłaszcza dla kogoś, kto wykonuje na co dzień prace intelektualną i czasem nigdy nie widzi jej efektów.

Np. gdy przygotowuję ofertę szkolenia dla firmy, w odpowiedzi na zapytanie ofertowe. Zadaję pytania pracownikom firmy, tworzę dopasowaną ofertę szkolenia i ładne grafiki. Wysyłam ofertę mailem, a potem cisza. Dzwonię, a po drugiej stronie nikt nie odbiera. W takich sytuacjach gratyfikacja jest nie tyle odroczona, co całkowicie jej brakuje. Zamiast nagrody za dobrze wykonaną pracę – przygotowanie merytorycznej i estetycznej oferty, o którą klient sam prosił, dostaje totalną olewkę.

Dlaczego warto ćwiczyć powstrzymywanie się przed natychmiastową gratyfikacją? Badania na ten temat przeprowadził w latach 60 ubiegłego wieku profesor Walter Mischel z Uniwersytetu Stanfordzkiego. Badanie to przeszło do historii jako marshmallow test, czyli test pianki.

W eksperymencie wzięły udział dzieci w wieku od 3 do 5 lat. Kazano im dokonać niezwykle trudnego wyboru: zjedz 1 piankę teraz albo zaczekaj 15 minut, a dostaniesz 2 pianki. Badacze byli jeszcze na tyle perfidni, że zostawiamy dziecko sam na sam z pianką, wychodząc z pokoju. Z pewnością domyślasz się, na jakie psychiczne katusze zostały wystawione dzieci. Aż 70% z nich nie dała rady oprzeć się pokusie i zjadała jedną piankę, zanim eksperymentator wrócił z dodatkową.

To jednak nie był koniec badania. Kilkanaście lat później eksperymentatorzy wysłali kwestionariusze do rodziców i nauczycieli tych samych dzieci. Miały one sprawdzić, jak piankożercy radzą sobie w szkole i ogólnie w życiu. Co się okazało? Te nieliczne dzieci, które potrafiły oprzeć się słodkiej pokusie miały mniejsze problemy z zachowaniem, koncentracją uwagi, lepiej radziły sobie ze stresem i utrzymywaniem przyjaźni, a także uzyskiwały wyższe wyniki w teście SAT na zakończenie szkoły średniej.

W wielu innych badaniach naukowcy potwierdzali, że umiejętność odraczania gratyfikacji to jeden z najważniejszych czynników decydujących o tym, czy ktoś odniesie w życiu sukces – zdobędzie dobrą prace, będzie w stanie zbudować długotrwały wartościowy związek itd.

Skoro więc wiemy, jak ważne jest nieuleganie potrzebie natychmiastowej gratyfikacji, jak możemy ćwiczyć własną samokontrolę w tym zakresie?

Jednym ze sposobów jest trening oszczędzania pieniędzy. Rodzice mogą dawać dzieciom kieszonkowe, umawiając się z nimi jednocześnie, że jeśli odłożą odpowiednią kwotę, to dostaną wymarzoną zabawkę. Dzieci uczą się w ten sposób rezygnować z małej przyjemności teraz, np. batonika z czekoladą, na rzecz dużej nagrody w przyszłości.

My jako dorośli też możemy skorzystać z tej strategii. Wyznaczamy sobie atrakcyjny cel – np. wycieczka na Zanzibar. Z każdej wypłaty przelewamy od razu na konto oszczędnościowe 500 zł. A gdy uzbiera się potrzebna suma, lecimy do Tanzanii!

Inny sposób na uczenie się odraczania gratyfikacji to trening dobrowolnego dyskomfortu, o którym opowiadałem w 31. odcinku podcastu – o Odporności. Zachęcam Cię do wysłuchania lub przypomnienia sobie tego odcinka. W skrócie chodzi o to, by z własnej woli pozbawić się na jakiś czas – dzień, tydzień albo miesiąc – drobnej przyjemności: np. picia kawy, alkoholu czy jedzenia słodyczy. Po tym jak uda Ci się wytrwać w tym postanowieniu, otrzymujesz nagrodę. Dla jednych satysfakcja z tego, że podołali wyzwaniu w zupełności wystarcza. Inni wynagradzają swoje wyrzeczenia wypasioną wersją tego, z czego czasowo zrezygnowali. Nie jadłeś przez miesiąc słodyczy? Idziesz pożreć puchar lodów albo banana split! Nie piłeś kawy przez miesiąc? Kupujesz ziarna drogiej mieszanki, na którą zawsze miałeś ochotę.

Aby nauczyć się odraczać gratyfikację, potrzebujesz widzieć bardzo wyraźnie większy cel, który uzyskasz, jeśli tylko zrezygnujesz z chwilowej przyjemności. Dopiero gdy porównasz ze sobą większą nagrodę jutro z mniejszą nagrodą dziś, jest szansa, że nie ulegniesz pokusie natychmiastowej gratyfikacji.

Mischel, W., & Ayduk, O. (2004). “Willpower in a cognitive-affective processing system: The dynamics of delay of gratification”. In R. F. Baumeister & K. D. Vohs (Eds.), Handbook of self-regulation: Research, Theory, and Applications (pp. 99-129). New York: Guilford.

EMOCJE

Nasi przodkowie zostawimy nam dużo więcej balastu niż tylko potrzeba, by od razu dostać to, czego pragniemy. Innym obciążeniem, które utrudnia nam szczęśliwe życie, są negatywne emocje.

O każdej z nich planuję nagrać osobny odcinek podcastu. Dzisiaj skupimy się bardziej na ogólnych zasadach. Jaką funkcje pełniły emocje, gdy rozwinęły się 200 tysięcy lat temu? Pomagały nam w przetrwaniu. Strach przed wężem czy pająkiem sprawiał, że na sam jego widok braliśmy nogi za pas, nie dociekając czy to zwierzę nie jest przypadkiem niejadowite. Uogólniony lęk sprawiał, że cały czas żyliśmy w napięciu, gotowi do walki lub ucieczki, gdyby zza krzaczorów wyłonił się dziki futrzak. Gniew dawał nam siłę do walki o swoje z innymi członkami plemienia lub wrogą grupą. Wstyd sprawiał, że nasi towarzysze widzieli, że pomimo, że zrobiliśmy coś złego, to to zrozumieliśmy, wyrażamy czynny żal i mamy mocne postanowienie poprawy. Gdyśmy po dokonaniu podłości chodzili z dumnie podniesioną głową, ktoś z nich przylałby nam maczugą w czerep, bo dla takiego typa nie ma nadziei i nie warto dla niego narażać całego plemienia.

Jak widzisz każda emocja, również ta nieprzyjemna, miała swój sens. Służyła ludzkości. Pozwalała błyskawicznie podjąć decyzję i zachować się we właściwy sposób. Myśliciele, osoby spokojnie rozważające fakty ginęły w świecie, w którym albo szybko podejmiesz decyzje albo nie żyjesz.

Problem polega na tym, że żyjemy obecnie w drastycznie innych czasach. W Polsce i niemal całym zachodnim świecie fizyczne zagrożenie ze strony drapieżników praktycznie nie istnieje. Obecność prawa i policji sprawia, że inni ludzie mogą nas co najwyżej zranić złośliwym komentarzem. Do rękoczynów dochodzi bardzo rzadko, dlatego wychodząc na ulice mało kto obawia się pobicia. No chyba że mieszkasz na sałcie w Chicago albo innej interesującej dzielnicy opanowanej przez gangsterów.

Gdy nas coś zestresuje, włącza się ten sam pierwotny mechanizm. Oddech nam przyspiesza, byśmy złapali dodatkową porcję tlenu. Serce zaczyna bić szybciej, rozprowadzając krew z tlenem po całym ciele, dostarczając nam energii. Jednak gdy zagrożeniem jest możliwość skompromitowania się na egzaminie ustnym na studiach, ani walka na pięści ani ucieczka nie jest reakcją, która nam pozwoli poradzić sobie z tym wyzwaniem.

Gniew sprawia, że błyskawicznie nabieramy pewności, że to my mamy racje, a inni się mylą i w dodatku celowo nas skrzywdzili. W obliczu fizycznej konfrontacji z napastnikiem to przekonanie ma olbrzymi sens i pozwala nam lepiej poradzić sobie w tej sytuacji.

Jeśli jednak poczujemy gniew na swojego małżonka, szefa czy kluczowego klienta i zaczniemy go atakować – fizycznie czy emocjonalnie, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. Możemy zniszczyć wartościową relację, której zbudowanie zajęło nam miesiące lub lata właśnie przez to, że w gniewie w ogóle nie zastanawiamy się, czy przypadkiem problem nie leży po naszej stronie i to my powinniśmy przeprosić.

Przejmowanie się tym, co ludzie o mnie pomyślą może mieć sens, jeśli mieszkam na wsi i jestem skazany na to, by żyć razem z tymi ludźmi do końca swoich dni. W tej sytuacji zrobienie z siebie wioskowego głupka może mieć konsekwencje na całe życie, dlatego warto dwa razy się zastanowić, czy możemy sobie pozwolić, by zachować się w niestandardowy sposób. Jednak obawianie się reakcji ludzi, których widzimy pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w życiu, jest już tego sensu pozbawione.

Mam nadzieję, że te przykłady jasno Ci pokazują, że w pewnych okolicznościach negatywne emocje mądrze sterują naszym zachowaniem, służą nam. Jednak w XXI wieku, coraz częściej będą sprowadzały nas na manowce. Pod ich wpływem będziemy zachowywać się w sposób, który da odwrotny skutek od tego upragnionego. Dlatego tak ważne jest, by nauczyć się zarządzać swoimi emocjami.

Zacznijmy od stoickiego pojęcia przyzwolenia. Dla stoika emocje nie dzieją się same. To nie ktoś Cię zdenerwował – to Ty pozwoliłeś na to, by czyjeś słowa lub zachowanie wzbudziły w Tobie gniew. To nie rozwój wypadków Cię zasmucił, ale Ty pozwoliłeś sobie na to, by tak zinterpretować fakty, że poczułeś smutek. Bez Twojej zgody dana emocja nie może się rozwinąć. Celowo powiedziałem, nie może się rozwinąć zamiast nie może się pojawić. To subtelne, aczkolwiek ważne rozróżnienie.

Na to, czy dana emocja się w nas pojawi często nie mamy wpływu. Coś się dzieje i w naszym umyśle pojawiają się automatyczne myśli, np. „o Boże! Co ja teraz zrobię?!”. A z kolei te automatyczne myśli, wywołują automatyczne emocje – np. lęku. Jednak tuż po tym jak nastąpi ta sekwencja bodziec-reakcja, następuje kluczowy moment. W ciągu pierwszych kilku-kilkunastu sekund udzielamy lub nie przyzwolenia na to, by dana emocja nami owładnęła. Jeśli tak się stanie, wtedy jest już pozamiatane. Tracimy możliwość racjonalnego myślenia i przechodzimy w prymitywny, emocjonalny sposób oceny rzeczywistości, pozbawiony odcieni szarości. Albo coś jest dobre albo złe. Albo wspaniałe, albo beznadziejne. Albo coś jest bezpieczne albo zagraża mojemu życiu – nie ma nic pomiędzy. Nie ma też myślenia w kategorii potencjalnych skutków ubocznych, długotrwałych celów – jest tylko tu i teraz.

Stoicy mają na ten stan specjalną metaforę – zbiegania z górki. Wyobraź sobie, że stoisz na szczycie góry ze stromym zboczem. Ktoś lub coś popchnęło Cię i zaczynasz zbiegać. W pierwszych kilku sekundach masz jeszcze szansę, żeby się zatrzymać. Jeśli ją przegapisz, nabierzesz dużej prędkości i stracisz możliwość zatrzymania się. Bo jeśli nagle staniesz w miejscu, upadniesz i zaczniesz bezwładnie spadać z góry, obijając się o twarde skały. Nie masz więc wyjścia – musisz biec dalej, aż do momentu, gdy teren się wypłaszczy i będziesz w stanie się bezpiecznie zatrzymać.

Mimo że metafora ta powstała ponad 2 000 lat temu, jest zaskakująco zgodna z tym, jak działają emocje, wedle współczesnych psychologicznych badań. Na jej podstawie możemy zaproponować 2 podstawowe strategie radzenia sobie z negatywnymi emocjami.

Pierwsza to dyscyplina przyzwolenia. Stoik uczy się wykorzystywać to krótkie okienko pomiędzy pojawieniem się emocji a momentem, kiedy ona nami owładnie. Tak jak po upuszczeniu jedzenia na podłogę mamy kilka sekund, by je podnieść, zanim bakterie na nie wpełzną – podobnie dzieje się w przypadku emocji. Mamy kilka sekund na zastosowanie odpowiedniej ramy interpretacyjnej, na dostrzeżenie błędu w myśleniu, który spowodował emocjonalną reakcję.

Aby łatwiej było to zrozumieć, podam przykład ze swojego życia. Pracuję jako trener biznesu. Prowadzę szkolenia. Czasem zdarza się sytuacja, w której jeden z uczestników wypowiada na forum jakąś krytyczną uwagę, np. dotyczącą techniki, której użycie rekomenduję. Moją pierwszą reakcją może być poczucie zagrożenia lub gniew, jeśli wydaje mi się, że krytyka wynika ze złośliwości, a nie chęci merytorycznej dyskusji. Mógłbym ulec emocjom i albo zacząć się bronić albo atakować uczestnika, który ośmielił się ze mną nie zgodzić. Lepiej jednak będzie dla mnie szybko zmienić ramę interpretacyjną. Przyjąć, że ten człowiek chce się czegoś ode mnie nauczyć, a jego uwaga jest ukrytą prośbą o lepsze wytłumaczenie przeze mnie korzyści z prezentowanej techniki albo tego, jak ją w praktyce zastosować. Dzięki takiej interpretacji dużo łatwiej jest mi zachować zimną krew i nie wykazywać emocjonalnej, nadmiernie defensywnej albo agresywnej postawy.

Inny przykład. Klient spóźnia się na umówiony trening 1 na 1. Moją naturalną reakcją mógłby być gniew lub oburzenie. „Jak on śmie się spóźniać! To jawny wyraz lekceważenia!” Jednak takie nakręcanie się w negatywnych emocjach do niczego dobrego nie doprowadzi. Sam siebie w ten sposób unieszczęśliwię. Dużo lepiej będzie użyć innej ramy interpretacyjnej. Klient płaci mi za 1,5 godzinne spotkanie. Jesteśmy umówieni, że bez względu na to czy przyjdzie punktualnie czy się spóźni, spotkanie skończy się o tym samym czasie. Czyli jeśli klient przyjdzie 30 minut po czasie, to de facto ja zyskuję 30 minut dla siebie, na poczytanie książki czy posłuchanie podcastu, za które klient i tak mi płaci. Zamiast się tym spóźnieniem denerwować i odbierać je jako osobistą zniewagę, mogę się z niego cieszyć. Easy money! Tego typu interpretacja pozwala mi cieszyć się z sytuacji, która mogłaby mnie zestresować.

Druga strategia radzenia sobie z negatywnymi emocjami to przeczekanie. Emocje mają to do siebie, że nie trwają zbyt długo. Górka, z której zbiegasz, w pewnym momencie się kończy. A na płaskim terenie możesz się zatrzymać bez żadnego ryzyka. Jeśli przegapisz krótkie okienko, by inaczej zinterpretować daną sytuacje i pozwolisz na to, by emocje Tobą owładnęły – graj na czas. Powiedz, że potrzebujesz chwilę przerwy albo musisz wykonać pilny telefon. Oddal się od osoby, która była dla Ciebie źródłem negatywnych emocji. Postaraj się przez moment zająć czymś innym. Skieruj swoją uwagę na zewnętrz i obserwuj to, co widzisz. Zwróć uwagę na szczegóły przedmiotów, ich kolory. Wsłuchaj się w otaczające Cię dźwięki. Skoncentruj się na kontrolowaniu sposobu w jaki idziesz. Zrób co możesz, by przez kilka minut nie myśleć o sytuacji, która wyprowadziła Cię z równowagi.

Najważniejsze jest to by zminimalizować straty, które wygenerujesz będąc w gorącym stanie emocjonalnym. A nie masz się co łudzić, że to będą straty, a nie zyski. Słyszałeś, żeby ktoś kiedyś o kimś powiedział: „On to podejmuje najlepsze decyzje, gdy jest zestresowany” albo „Jej komunikacja staje się tym lepsza, im bardziej jest wkurzona”. Raczej nie. Raczej jest dokładnie odwrotnie. Gdy prymitywne ośrodki naszego mózgu przejmują nad nami kontrolę, bezpowrotnie palimy mosty, zaprzepaszczamy szanse albo zadajemy ból ludziom, których kochamy.

Wyobraź sobie, że przychodzisz po radę do przyjaciela. Tak się złożyło, że opiekuje się w tym czasie swoim 4 letnim synem. Opowiadasz ze szczegółami o swoim problemie i pytasz przyjaciela, co w tej sytuacji robić? A on zamiast udzielić Ci odpowiedzi, najmocniej Cię przeprasza i mówi, że musi na chwile wyjść, ale zaraz wróci. Zostajesz sam na sam z 4-latkiem, który zaczyna Ci tłumaczyć, jak powinieneś się zachować. Bierzesz sobie jego rady do serca i nie czekasz nawet na powrót przyjaciela? Czy może jednak uśmiechasz się z pobłażaniem i wolisz porozmawiać z dorosłym?

Podobnie jest w przypadku działania pod wpływem emocji. Racjonalna część Ciebie opuszcza lokal i jesteś skazany na działanie pod dyktando obrażalskiego, rozkapryszonego wewnętrznego dziecka. Albo możesz też zaczekać na powrót dorosłego, do czego Cię gorąco zachęcam.

Zrealizowaliśmy już główny temat odcinka, pora przejść do kącików tematycznych.

KĄCIK KSIĄŻKOWY

W kąciku książkowym, trochę dla przeciwwagi pochwały rozumu, zaprezentuję Ci wnioski z Błysku! Malcolma Gladwella. To książka o intuicji i przeczuciu. O tym, że czasem coś wiemy, mimo że nie potrafimy wytłumaczyć skąd.

Czasem potrafimy wnioskować szybko i oszczędnie. Rzucić okiem na daną sytuacje i już wiemy, co robić, mimo że nie rozważyliśmy wszystkich alternatyw. Obszar naszego mózgu, w którym zachodzi to błyskawiczne wnioskowanie nazywa się nieświadomością adaptacyjną.

Cytuję: „Nieświadomość adaptacyjna doskonale, w skuteczny i wyrafinowany sposób, wywiązuje się z zadania oceny sytuacji, ostrzegania nas przed niebezpieczeństwem, wyznaczania nam celów i inicjowania działań.”

Psycholog Nalini Ambady pokazywała studentom kilkusekundowe nagrania z wykładem profesora – w dodatku bez dźwięku. Poprosiła ich o ocenę skuteczności pracy nauczycieli, których wcześniej nie widzieli na oczy. Porównała później te oceny z opiniami wyrażonymi wyrażonymi przez studentów, którzy mieli z tym profesorem cały semestr zajęć. Co się okazało? Oceny te były zadziwiająco zbieżne.

Tę niezwykłą zdolność natychmiastowego poznania mamy wszyscy. Cytuję: „Umiejętność zdobywania wiedzy w ciągu 2 sekund nie jest nadzwyczajnym darem przeznaczonym dla garstki szczęśliwców. Jest cechą, którą każdy z nas może pielęgnować na własne potrzeby.

Gladwell przekonuje, że dokonanie trafnej i szybciej oceny jest też możliwe w wielu innych obszarach. Nawet jeśli sądzimy, że jest zupełnie inaczej. Cytuję: „Wydaje nam się, że trafna prognoza w tak ważnej sprawie jak przyszłość małżeństwa – a w zasadzie każda prognoza – wymaga mnóstwa danych zgromadzonych w możliwie zróżnicowanych kontekstach.”

John Gottman wraz ze swoim zespołem udowodnił, że po 3-minutowej obserwacji tego, jak para ze sobą rozmawia, można z olbrzymią trafnością przewidzieć, które z nich zdecydują się na rozwód. Zbadano w ten sposób ponad 3 000 małżeństw i większość przewidywać naukowców okazała się zgodna z późniejszą rzeczywistością.

Ten niezwykły dar natychmiastowego poznania ma jednak swoje ograniczenia. Działa dobrze w tych obszarach, w których ktoś jest specjalistą. Pracownik muzeum błyskawicznie odkryje, że dane dzieło jest falsyfikatem, ale już człowiek mniej obeznany ze sztuką w ogóle nie zwróci na to uwagi.

W Błysku znajdziesz sporo ciekawych wskazówek, jak z tej umiejętności korzystać na co dzień.

KĄCIK NAUKOWY

W kąciku naukowym chcę bardzo omówić confirmation bias, czyli efekt potwierdzenia. To jeden z najbardziej podstępnych błędów poznawczych, który sprawia, że trudna nam się wyrwać ze swojej bańki informacyjnej. Zwłaszcza w czasach internetu i fejsbuka.

Zacznijmy jednak od definicji. Efekt potwierdzenia to tendencja do preferowania informacji, które potwierdzają nasze wcześniejsze oczekiwania. Innymi słowy, gdy nowa informacja potwierdza to, w co już wierzymy – z łatwością ją dostrzegamy i zapamiętujemy. Jeśli jednak nowa źródło jest sprzeczne z naszymi przekonaniami – najpierw je bagatelizujemy, a potem o nim zapominamy.

Przykład: Załóżmy, że jestem uprzedzony do starszych babć. To jak biegną na wyścigi do wolnych miejsc w tramwajach trochę mnie bawi, a trochę brzydzi. A już zwłaszcza sapanie na szyję młodszej osoby, żeby zwróciła na nią uwagę. Jeśli zobaczę w tym tygodniu kolejny przykład takiego zachowania, zacznę na nie utyskiwać, może się nawet pożalę na fejsie czy Instagramie. Jeśli jednak zobaczyłbym uroczą staruszkę, która zwalnia miejsce w tramwaju mamie z dzieckiem – mimo, że jest to niecodzienne zachowanie, szybko wyparłbym je ze swojej pamięci, bo nie pasuje mi to mojego przekonania, że babcie to ZUO.

Termin „efekt potwierdzenia” wprowadził do nauki angielski psycholog Peter Wason w latach 60 ubiegłego wieku. Po nim setki innych badaczy potwierdzało jego istnienie w swoich eksperymentach.

Efekt potwierdzenia, jak i wiele innych błędów poznawczych to kolejne przykłady wadliwego działania naszego umysłu. Jak z nim walczyć? Najłatwiej słuchając argumentów tej drugiej strony. Jeśli jesteś za PO, porozmawiaj z ludźmi którzy popierają PiS – z jakich powodów to robią. Jeśli oglądasz program telewizyjny lub czytasz gazetę reprezentującą jedną ideologię, warto sprawdzić, co na te same tematy mają do powiedzenia media o przeciwstawnych poglądach. W ten sposób zaczynasz postrzegać rzeczywistość w sposób bardziej obiektywny, co czego zawsze zachęcają stoicy.

Na dzisiaj to już wszystko. Dziękuję Ci za wysłuchanie tego odcinka. W następnym zajmiemy się młodością. Do usłyszenia, żegna się Andrzej Bernardyn.

Podcast Od laika do stoika

Głównym tematem odcinka jest filozofia życia. 

Prof. Irvine opowiada o tym, że każdy z nas potrzebuje spójnej, przemyślanej życiowej filozofii. Dzięki niej możemy świadomie zaprojektować swoje życie w taki sposób, by było dla nas źródłem radości i szczęścia. 

Rozmawiamy m.in. o tym:

- jak cieszyć się pozytywnymi emocjami oraz jak lepiej zarządzać tymi, które nas unieszczęśliwiają.  

- jak nie martwić się przyszłością i nie rozpamiętywać przeszłości, tylko żyć „tu i teraz”

- jak doceniać to, co już mamy w swoim życiu, dzięki negatywnej wizualizacji i medytacji „ostatnich razy”.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #34

Andrzej: This time we have a very special podcast. Today I will be talking with William B. Irvine, professor of philosophy, author of 7 books, including A guild to a good life and The Stoic Challenge. Would-be Zen Buddhist who finally decided to become a Stoic. Inventor of the Stoic Gods. Is everything correct, Bill? Would you like to add anything to your description?

Bill: That is pretty close to correct. I didn’t invent Stoic gods. I just gave them a modern spin. Have to correct you on that point. And they become my good friends ever since.

Andrzej: Ok. Do they have some special names?

Bill: I haven’t got around to naming them yet, but I do have conversations with them. It is a one-sided conversation. They haven’t answered back yet. Usually refer to them in the plural. When I am presented with particular challenge, I respond by shaking the fist in the air. I am going to show you who is in charge here.

Andrzej: Bill, I feel very excited to have the opportunity to talk to my favorite Stoic author on my podcast. Does it reflect poorly on my stoicism, that I feel excitement instead of calmly accepting what the fate brought me?

Bill: I would say not. And there that concept of the Stoics, who they were and what they did. It is this idea of this very passive individuals, who work hard on developing the ability to just stand there and grimly take whatever life threw at them. So that is the popular conception but that is mistaken. And if you look at the actual Stoics themselves you will find that they were oppose to negative emotions. So thought that if you have a life full of negative emotions, such as anger, hatred, envy, anxiety, that you are doing something wrong. That you are following the wrong psychological trajectory.

But they had nothing against positive emotions. Positive emotional including delight, a sense of ahh, even joy. But when we are talking about things, about emotions, there is a difference between saying something is positive emotion and saying something feels good. The positive emotions do feel good, but there are thing other than positive emotions that also feel good, but are very dangerous, certain drugs for instance. That is why people get addicted. Stoics said that positive emotions they feel good, they are positive. But there are other things that feels good, but we should avoid them.

Andrzej: I want to explore this topic about positive emotions. Because, to my knowledge, the Stoics valued reason and objectivity. They tried to see the world as it is. Positive emotions, although very pleasant, can disturb this objectivity. In a state of euphoria, I can make very unwise decisions - take a loan, quit a good job, dreaming of starting my own business, even though I don’t know anything about it. Is it really the case that every positive emotion is good for Stoics?

Bill: Feeling of euphoria is a dangerous thing. Stoic wouldn’t include it among the list of positive emotions. This would be a good feeling, but they will exclude it from positive emotions. Another way to put it that: The Stoic we tend to think about them as a philosophers on the ancient world, but back then the word philosopher meant something different that it is today. The philosophers were interested in deep questions about morality and the meaning of life, but they were also interested in science, in nature, they were interested in theology. They were curious people of the ancient world.

One of the things they were interested in, the Stoics in particular, they were interested in human psychology. I like to think about them as psychological philosophers. They had one foot in philosophy and one foot in psychology. One of the things that they discovered is that although we humans have a capacity for being rational, we also harbor with in us the forces of irrationality. Including our reptile brain, that reacts instinctively and reflexively. It goes on around it. If you have a moment of anger, a flash of anger, that is the source and it is not a rational response, but it is programed into us by our evolutionary past. We also have mammalian brain, which provides us with many emotions that we experience.

And these emotions are anything but rational. If you ever fall in love you know what a dangerous thing that is, but that is just a part of human experience.  And I think that Stoic insight was that as a human we have to learn to life with these instincts, emotions, reflexive behaviors. They are going to keep happening. What we have to do is to find the way to limit the negative impact they have on our life. And maybe even, this is the brilliant part of it, find a way to trick them into serving our rational needs. If you told me, that you have this flash of insight that suddenly you have to quick your reliable job to start business in something you don’t know about. Then as a Stoic I would say: You know what? You need to give it so more thought, because you could be having this emotion for any number of semi-rational reasons. And you could be undermining your longterm interests.

We have all sort of things going on psychologically. One of them is that what feels good now is much more important to us, than sacrificing now for something to will feel good in the future. Even though it is us, that will experience both of these sensations. Image sexual relations for instance. I am a man. I am a father too, but I have never given birth to a child. But I have been told by a good authority, that it is pretty close to the most pain human being can experience. What it is perceived though by 9 months by some of the greatest pleasures a human being can experience in a form if a sexual pleasure. Suppose you reverse this equation. Suppose you said to someone: Hey! Guess what? Have this baby now and experience this incredible pain and in 9 months from now you will have an orgasm. Nobody will go for that! That is just crazy. I am not going to do that.

But turn around the timing. We have not only survived that, but we have taken over the planet. We human beings, who have that programing. Another psychological phenomenon is hedonic adaptation. What you do is finding yourself minute to minute wanting something. And even convincing yourself that if you only had it – that is it! You will be happy forever. You would live happily ever after, as they say in fairy tales. But the problem is after short period of time you start taking it for granted. And that it is no longer a source of pleasure. And that you have once again that felling like if only I have something else that would complete me. Psychologists refer to it as a hedonic treadmill. We just can’t gain any mileage. The Stoics along with the thinkers from many other cultures realized this and the Stoics said that if we are sensible people, rational people, one of the things we want to do is get off the hedonic treadmill. And one way to do that is to learn how appreciate we things we already got. Short the way of putting it: What we already have. You know if we do that, we are going to be satisfied. We are going to say: the stuff I already have is what I want. And you are going to be a satisfied individual. And if you can’t do that, then you are doomed to a lifetime of dissatisfaction. When the satisfaction is within your grasp.

Andrzej: Thank you for this insight. I would like to talk also about negative emotions, because they are strongly connected to our satisfaction of life. While I was studying psychology, my teachers told me not to label emotions. According to them, we shouldn’t talk about positive and negative emotions, because all emotions serve us. If particular emotion would only have a negative impact on our lives it would probably disappear during the process of evolution. Even anger, which Seneca believes is the worst / most dangerous of all emotions, can be put to good use. My friend, when she is angry, goes to the wardrobe and gets rid of the clothes she doesn’t need. In a cold emotional state, he cannot do it. When she's pissed off, she can finally do what she needs. Jealousy can also motivate us to work hard. Are you sure that we, as Stoics, should get rid of all negative emotions in our lives? Or we can use then in some way?

Bill: First of all, we can’t get rid of them. The problem is, there are a part of our brain. The cortex, which is the rational part of our brain is wrapped around the mammalian part of the brain. Which is wrapped around the reptilian part of the brain. I am oversimplifying. We can’t get rid of them without brain surgery that will probably kill us. And here is another thing to realize, when you said that our emotions have served us. Yes, they did. But the problem is we are now in a radical different environment than we were in when these emotions first developed. They developed on the Savannah of Africa 200 000 years ago. Our human ancestors got emotions, which allow them to survive and reproduce. Those are the two key things. If you don’t survive, your species dies out. If you don’t reproduce, your species dies out. We acquired emotions that would increase the chance that we would do those 2 things.

But now we are in a radically different environment than they were in the past. For them it was a question, will there will be food to eat today. And what steps you need to take to gather the food you need to eat. But now it is just the opposite problem. The problem is the obesity epidemy. There is too much to eat. And it is the wrong kind of food. And it’s everywhere. Emotions that served us well in that environment are counterproductive in this environment. Physically we are quite safe, compared to our ancestors. The chances of a lion eating you is close to 0. But for them it was a concern. We are in this different environment and emotions that served them (our ancestors) for us can be counterproductive. Can make us miserable, when we don’t need to be miserable. And like I say, we can’t get rid out of the emotions, but we can learn how to better live with them. And the Stoic insight is we can manipulate our emotions in a way, that will help us get what we want in life. That was the brilliant insight that they had. 

Andrzej: What is the difference between worrying about the future and applying the premeditatio malorum technique, or as you call it, negative visualization?

Bill: We are programed to think about the past and the future. They say that our goal is to live in the present, to enjoy what you have got. To smell the flowers, to see the blue sky. But we are programed not to do that. We are programed to think about what will happen next. Because our ancestors on the savannah of Africa, who sad and smell the flowers probably got eaten by the lion. So that didn’t pay. Thinking about the past did pay, because you could learn lessons from the past, what will help you to better shape the future. So we have learned to think about the past, unfortunately that can quickly devolve into dwelling about past events. Thinking about something somebody said 10 years ago that made us angry. And letting it make us angry again. And we also think about the future. And sometimes it is absolutely appropriate. The Stoic said that we should plan for the future. But in a lot a cases it goes beyond that. Instead of simply planning for the future people experience anxiety about the future. They worry what is going to come instead of doing what they can. To shape what is going to happen and say: I have done, what I can. And I will take the consequences that come.

Negative visualization is a Stoic technique that resamples the anxiety, except that there is an important difference.  The negative visualization is a very simple and easy to use psychological technique. I told you what we think about the Stoics as a philosophers, but they were psychologists as well. And they were a very practical psychologists. They weren’t just dwelling in a field of theory, they said: we can come up will some strategies that ordinary person can quickly learn to use. Can put into work in his or her life. With them, they can change their life dramatically. To practice negative visualization what you do, is take one aspect of your life that is important to you. It can be your job, your health, your relationship. You name it. Something that is important to you. And then, for a few seconds, you concentrate, you visualize the absence of that thing in your life. You image that something has happened, that ended the relationship. Or you have gotten a phone call from your doctor, informing you that you have some terrible disease.

And here is the key thing. And then you let go of that thought. And you return to your daily life. You don’t dwell on that thought, because that would be a recipe for miserable existence. What you do, is to have a flickering thought something you take for granted. Vanishing from your life. The interesting thing is that you will discover afterwards for a while you want be taking this thing for granted. And if you image for instance that something has happened to a good friend of yours, and you see that friend, you are going to take great delight in fact that he still exists, that he is still a part of your life. Otherwise relationships are easy to take for granted until they end.  And that is unfortunate. It is a technique easy to use, quite I found and I heard from lots of people about it. Quite effective in life on many people. Sounds like anxiety, but it is not. Because you are consciously having a flickering thought about losing something. And then you are letting the thought go. And in anxiety you will just have a repeating thought about losing something. And you will be quite miserable as a result.

Andrzej: So we are in control of this process of negative visualization and we can stop it, when we what. And with worrying – we can worry all the this and we have no control over it. Is that correct?

Bill: You actually can have greater control over worrying. Part of worrying is a failure for you to accept the facts as they are. As a Stoic, one of the things you realize and you think about not necessarily daily, but almost daily, that there will be a last time for everything you do in life. There will be the last breath you take.  There will be the last meal you eat. There will be the last time you ride a bicycle. You go thru the list and in some cases it already has been the last time you do something in life. When was the last time you dial a rotary telephone? That is, because you are going to die. You are going to die someday. Sorry to be the one that breaks the news for you. You can think that this is just the most negative thought you can have. And that it is a recipe for depression. But Stoics say no! Just the opposite! Because if you are starting to take your life for granted, what you are going to do is waste the days of your life that are available to you. They are going to pass by, and you are going to be on autopilot. But if you think to yourself: this meal could be the last meal I eat – and there will be one of those – you won’t be on autopilot. You will stop and you will savor the fact that you could have this meal. The fact that the food is there. You will be living life in much intense way that if you simply deny death as a possibility. Same thing is true of relationships. Every relationship in your life will come to an end. Sorry to bring the news once again. But that is just because you are not immortal. And the people you know aren’t immortal either.

You have 2 approaches. The standard approach is people are starting to take relationships for granted. When they are with another person, they don’t particularly pay attention. They are half-engaged in whatever conversations take place. But you can also, when you have relationship, when you realize, that this relationship, while is a part of my life, I need to embrace it with conversations. Listen to what the other person is saying. In lot of conversations there is just two people, waiting to the other person to stop talking, so they can tell them what the truth is. Conversation can by much deeper than that. You can ask significant and meaningful questions. You are trying to understand the person better. You are trying to appreciate the other person. It is paradoxical I know, but the idea that relationships don’t last forever can be either regarded as a really negative thought or it can be something that vitalizes relationships that you have. That gets you off the autopilot. Gets you fully engaged in those relationships.

Andrzej: In your book you talk a lot about hedonic adaptation. It could be the worst enemy for our happiness. What tools the Stoics give us to fight with this hedonic adaptation. We talked already about negative visualization and thinking about ‘last times’ – it could be the last time I will do something. Are there any more tools?

Bill: Those are the 2 primary tools. There are other tools that are kind of connected with that. One of the things we can do, if we want to appreciate our life in broad terms, not specific things in our life, but the fact that we are alive, we can go on the way, that will cause a degree of discomfort. We can go on what I call a Stoic adventure, where we are consciously going out of our way, so that things we take for granted will be deprived of those things. For instance, if you live a very comfortable existence, if you got an apartment, you will start to take it all for granted. You will assume that it has to be that way. Going on a camping trip to some place semi-wild and you will have an adventure. In a sense, that you will experience all sort of setbacks, that you wouldn’t if you just stayed home in your apartment. Some people hear that and say: Why should I do that? Why would you experience discomfort, when you can live a life of complete comfort? Two answers. The first answer is that you cannot experience a life of complete comfort. No one has it in their power. Things can happen. And if all you ever experience if comfort, then whatever discomfort you experience is going to magnified. The other advantage is that you start to being good with dealing with setbacks.

Those setbacks are one of the primary causes of human misery, of unhappiness, everything going along really well. And then you're set back in. The striking thing about it is when life sets you back, most times it isn't the setback itself that hurts you. It's your response to the setback, because most people respond to the setback with negative emotions. They feel angry, they feel upset, they feel a sense of regret. And that's what does the damage.

I've written about this in my book, The Stoic Challenge, and I compare it to if a water pipe bursts in your house, what causes the damage? And, you know, the obvious answer is, well, the pipes broken, you're going to have to get the pipe fixed. And then if you think about it a little bit harder, you realize, well, it isn't the broken pipe that's pretty easy to fix. It's all the water going all the way and things that you don't want to get wet, and if it happens on the second floor of your house, then then, you know, you're going to have ceiling collapses from the water. You're going to have all sorts of it's going to be such a mess to clean up. And the same is true of life setbacks.

The setback itself is probably a minor thing. If you saw the setback happen to somebody else, you'd say it's just a little thing. But when a setback happens to you, well, it's not the setback. But if you get angry, if you let the setback make you angry, then it's going to ruin your day. And in the future, you might have anger, flashbacks. That's what hurts you in the Stoic insight was you've just got to develop a strategy for preventing life's setbacks from causing you to experience negative emotions.

And one way you can do that is by treating them as what I describe as Stoic challenges. So you turn it into a kind of game and that is when you experience a setback, then you imagine not that life is unfair and you didn't deserve this, but you imagine that you're being tested by these imaginary Stoic gods who are who have caused this setback as a test to you.

And then you might think, oh, well, then they're evil, they're in league with the devil that they would do such a thing. Now they're like a good coach, you know, a coach on a sporting team. If you've ever been in sports, you'll know that the good coach isn't the one who tells you just how wonderful you are and go over there in the shade and rest. The good coach is the one who finds within you things you didn't even know existed, strength and courage that you didn't know existed.

And you're going to have to pay a price, a physical price to find those things. But when you do, it's some of the most valuable discoveries you can make. These imaginary Stoic gods, they're like a coach trying to toughen you for the activity known as life as a as a human being. The tests that they administer, they're self-graded. The coach isn't going to come and say, OK, here's how you did on that son.

The coach instead it is self-graded. And the grade depends on two things. First of all, whether you successfully found a workaround for the setback and that's going to require you to use your reasoning ability. Pipe breaks. What do you do next? Well, you know, first you're going to stop the water from leaking and then you're going to call a plumber and you're going to go through a list. So that's the first component of the grade.

The second component of the grade is did you keep your cool after the setback? That is, did you stay calm? Did you maybe even make a joke out of it rather than allowing yourself to get angry and upset? And that's actually the more important of the two components, because if you succeed in doing that, you've prevented most of the negative emotions that you would otherwise experience. Find a workaround and keep your cool while you do it. And you have successfully you got a good grade on that on that Stoic test. And you can kind of feel pride and let the Stoic guides know, hey, I won this one. You're going to have to do better than that if you want to if you want to really challenge me.

And when they do challenge you. And again, this is one of these paradoxical things. They aren't doing it to punish you. They're doing it because they want you to thrive as a human being. And, you know, if you approach the world in that way, and that is you, instead of avoiding things that are difficult to do, if you find things that are difficult to do just because they're difficult for you to do, what you realize is that you're gaining what I call the two C's: competence and confidence. You'll get good at finding workarounds to life's setbacks. And that's the competence component and you will develop your confidence.

And that is when you experience a setback. You'll know in the past you've been able to deal with the setbacks you experienced. And this new setback. Yeah, you know, Stoic adventure climbing Mount Everest would be a Stoic adventure. I don't advise it for anyone. Don't do this. But it would be a major example of a Stoic adventure, because if you climb to Mt. Everest, you know, and then later in life, there's some setback or some challenge or some difficult thing to do. And somebody walks up to you and says, OK. How about this, do you think you could do that? You know, in the back of your mind that you climbed Mount Everest? So, yeah, you could probably do whatever the thing is if you wanted to. Now, Stoic would say you don't go around boasting about having climbed Mount Everest, but if you have, you've got that in your back pocket. You know, just as a psychological thing of, yeah, you know, I'm pretty good at dealing with setbacks. I have a pretty good track record so I can go forward in life confident.

Andrzej: Being cool is for sure very helpful in dealing with setbacks. But what about situations in which being emotional, being passionate is needed, for example, in artistic creation, being on the stage, performing in front of the audience or in their bedroom, being a tender lover? Can we put our stoicism „on hold” in these situations?

Bill: I have been on a stage, but that was back in high school very, very long ago. And the interesting thing is on a stage, I guess, you know, people might be playing a role where they're really sad or really happy.

And I guess they could let it for the time carry over into their own life, you know, and you could be playing death scenes and some play and walk around depressed. But I think most good actors don't. It's a curious thing. What are they doing? They're becoming emotional, but not in the deep sense of the word. They're acting. I recently had because let's see, because of the pandemic, I had made travel plans and recently cancelled those travel plans and knew that from the contract that I was entitled to 50%, a refund of the deposit I had put down.

And, you know, I knew that's fair because I was cancelling. But the company said that, OK, they would give me the refund, but that there was a long line of people getting refunds and that it might take a while.

And they said it could even take up to 90 days, you know. And I said, well, yeah, you know, these are unusual times. We got to the 90th day and I called the person who was responsible for the refunds and I said, well, it's 90 days. And I said, and I'm worried about the solvency of travel company. I want my money back. I want my half of my down payment back, and I want it now.

And he said, well, let me tell you, it's a really complicated situation. And you're there on the list. And our competitors are now taking one 120 days to give people their money back. And then no, my wife was in the other room listening to this and I let him know. And in no uncertain circumstances that I better get my money quickly or I would go online and tell people that this was a company that didn't, you know, honor their contracts and so on and so on. And then he said he would look into it for me.

And then my wife walked into the room and said, you got mad at that guy? And I said, no, I didn't. And she said, well, I could I could hear the things you were saying. And I said, yeah, I was acting. It's an interesting thing that the Stoics would offer this advice to that. If you're angry about something actually angry, you're making a mistake.

But they would add quickly, and this was Seneca who said this There are times in life when the sensible thing to do is to act as if you're angry, but it's just acting. And that's because there are people who don't understand. You can't reason with them, but they do respond to anger. And you give them what they respond to.

But, you know, I assured her that I wasn't at all angry, that I was fine, that even when I was, you know, making these angry kinds of pronouncements, that it was acting and acting, that unfortunately, under these circumstances with this particular person, that's what was required to get a down payment back that was owed me. I mean, that's an interesting thing. And there would be people who would say, well, it's psychologically unhealthy to act your emotions when you could be actually feeling them. Stoics would say, well, what's really dangerous is the negative emotions and they can affect your health, your life span and so on.

At the same time, the Stoics, as I've said, had nothing against positive emotions. Feelings of delight, feelings of love, even, right, that that's good and that those you allow yourself, you embrace them. You're not just acting, you're not just pretending the feeling of delight that you're experiencing. The Stoics have this asymmetric relationship with positive and negative emotions, negative emotions, try to avoid them, but sometimes pretend like you're experiencing them, positive emotions when you experience them. You're a very lucky human being. Embrace them. And while you embrace them, keep in mind that they aren't always going to be there for you.

So double embrace them because you know you're not going to live forever and you might not find yourself in the relationships and circumstances that you're presently in.

Andrzej: I very like this concept of faking anger, let's say, and I think I'm using it with my children. If I want to say something that this is important and they really need to do it now, come closer to me because they are too close to some trucks, for example, and it's dangerous. I'm using a stronger, louder voice and I don't feel any anger in my heart, but I want to give them the signal. This is serious. Let's treat this request seriously. I think there are plenty of options that we can use this fake anger. And my neighbor, if he heard my voice, he may think that I'm really angry at my children, but I don't have in my heart any negative emotion at all.

Bill: No, in fact, it's an act of love on your part. But, you know, they're just kids and, um, and that it's the way to get the message across. Now, unfortunately, we live in a world where some adults have never left their childhood. They're still respond to anger but won't respond to reason. And then and this is Seneca's line. You know, you put on a little show, you speak a language that they understand and but you're a fool if you let yourself be angry as a result of what happened.

Because if that happened, then that would mean you allowed a foolish person to ruin your day by making you angry. And the blame is on you if you let that happen.

Andrzej: We mentioned children. I would like to ask you a question. If we believe as parents that stoicism is helpful for our life, should we encourage our children, our family, our friends to become Stoics?

Bill: You know, that's a tough question, because I never, uh. Well, in my books, I preach stoicism. I suppose I do. But that's a voluntary thing, you know, and people can either take an interest or not. I have many friends who, if you ask them, is Bill Irvine is a Stoic? They would say, what are you even talking about? Because it's not something I go around talking to people about.

Sometimes I do give people stoic advice, but without a big lecture, you know, like if somebody is has feels that they've been insulted, you know, and they describe the situation, they'll say, well, you know, shrug it off. The person who insulted you is an idiot. And why are you letting an idiot wreck your day? Just it's like a barking dog sort of shrug it off, you know, and sometimes that's effective. I don't know if it always is another kind of aspect.

Another question that that that's raised by teaching people to be Stoics. When I wrote my first book, A Guide to the Good Life, I guess I had the feeling that it was for old people. It was a philosophy where you needed to experience a lot of life and the disappointments life holds before you would be in a position to enjoy, to truly appreciate stoicism. I have since received lots of mail from people who were a college age and even younger, who have talked about the beneficial role that Stoicism has played in their life.

Now, you know, when it comes to teaching children. I had two kids myself. I think the best way to teach is by setting an example and because they will, you know, for a while there, you're a God, the person who knows everything and can do anything. And they're going to they're going to be watching you and they're going to be learning from you. And you've got a chance when life presents you with a setback back to shrug it off.

And if they see you when you're setback, if they see you playing the role of victim, they're going to learn how to play the role of victim. I'm not a child psychologist, but that would be the closest I could get, giving advice on that particular question. You wait for teachable moments and then you teach with your behavior would be what I would say.

Andrzej: How did your family feel about your decision to become a. Has it changed your relationship with them?

Bill: I think I was naturally I'm what I call a congenital stoic, I think I've kind of been practicing stoicism at some level for all my life, but my discovery of stoicism, all that did is it kind of formalized. I had a vocabulary to go with it and describe what I was doing. And of course, by reading the Stoics, who are quite accessible. People like Marcus Aurelius, people like Seneca, they're quite accessible to modern readers. A lot of times people think of it's a philosopher, it's going to be deep and mysterious and they won't be able to understand it. But you can pick up the Roman Stoics and you can understand what they're saying. As an adult, I mean, I learned a lot from reading that Stoics, and it has changed my approach to life.

It has changed my relationships. I think I deal with anger a lot better than I used to. I think my ego is still there, but not quite the big ego that it used to be. I think I experience less envy than I used to. You know, I was for a long time, I thought I was the only person on the planet to experience feelings of envy, and I was shocked to find out that I was not alone.

I've also started watching myself live, you know, so simultaneously I'm living and I'm the spectator of my own life and watching how I respond to my circumstances and how I respond to setbacks. And I also try to watch my own motives when I see something or do something, you know, later on I'll think, OK, here's what I said during that conversation. What motivated me to say what I did, was it something good or was it a subtle put down?

Was it the result of some kind of envy? I've gotten more self-analytical.

And, you know, some people would say, well, you shouldn't be you should just be a natural. Accept that if you do that, the problem is that that means you're putting these lower portions of your brain and control your reptilian brain and your mammalian brain. They're going to they're going to be the ones calling the shots. And that's one way to live. But a lot of people who take that route end up with miserable existences because remember, those portions of the brain evolved so you could thrive on the savannas of Africa two hundred thousand years ago. We don't live in those times and in those circumstances anymore.

Andrzej: You listed a lot of benefits to be a Stoic, but is there a cost of being a Stoic? Do we lose something by becoming a Stoic?

Let's see. I'm a salesman for Stoics, so I'm going to say no, of course not. But here's the thing. it shouldn't be whether there's a cost, it should be to compare the costs of various approaches to life. Stoicism is an example of what I call philosophy for a living or a philosophy of life are a lot of people don't have one. And there's a huge cost that comes with that. That means they keep trying the same things over and over and keep failing because the strategies for living they're using don't work. Why do they use them then? Because everybody else is using them. Surely that wouldn't be the case unless they worked. But in fact, in most cases, the other people who are using the strategy assume that somebody else has thought this through when in fact nobody has. Most people the default is to seek fame and fortune. Fame means what means social status. Fortune means what means more money than the people around you. And the reason people want money is for the social status it'll bring. It all kind of boils down to social status.

So that's one of the things is that if you aren't as Stoic, it's going to have a cost you could miss live the one life you have to live. You could spend it pursuing things that aren't worth attaining and you've only got one life. And isn't it a shame that you wasted it because you didn't invest the thought necessary to acquire a philosophy of life?

Second thing on that is if you look around at rival philosophies of life. There was a time before I I stumbled across stoicism that I thought I wanted to be a Zen Buddhist. Zen Buddhism, and this is not a putdown of Zen Buddhism, but it's just kind of a lot higher entry fee than Stoicism does if you want to become a serious practitioner of Zen Buddhist, you're going to have to spend months, years, decades practicing, meditating, thinking, solving koans, there's a whole bunch of stuff you're going to have to do and there is no guarantee of success at the end of that. And, of course, the Zen Buddhist would say, well, what do you mean by success? But we aren't going to get into that conversation.

My claim is that Stoicism has a very low cost of entry. There's about a half dozen basic stoic strategies. These are psychological strategies. And we've already talked about two of them. We've talked about negative visualization and we've talked about the last time meditation . Last time meditation is where when you're doing something, you pause to consider that this might be the last time that you do it. So those are so easy to describe and so easy to give a test drive to. You can test them out and you can see the difference that they make in your life.

My standard line is on a three day weekend. And let me make sure your audience understands this. So in America, sometimes, you know, with a holiday, we get a weekend and then we get Monday off as well. And that's called a 3-day weekend. And my standard sales pitch for stoicism is that over a 3-day weekend, you can learn everything you need to know about stoicism to find out whether it's going to make a difference in your life or not.

And that is you can read a book like, you know, like My „A Guide to the Good Life” or „The Stoic challenge”, more specialized version. You can try out. You can figure out what the psychological strategies are. You can try them out in your own life, and you will then know whether, wow, this really works or you might turn it.

You might say, you know what doesn't work for me? There are people who just seem to like anxiety. I don't know. So they aren't they aren't natural born stoic. I would take them some work. In other words, it's got a very low cost of entry and not going through the process of adopting stoicism or some rival philosophy of life is going to come at a huge cost. And, you know, in the worst terms, you might miss live the one life you have to live. You might spend that life doing pointless things because you mistakenly think they will get you the ultimate happiness when in fact, they don't.

Andrzej: One of the challenge that we face today is technology, because on the one hand, it has plenty of benefits. We can talk to each other because of this amazing technology. But on the other hand, we have some smartphone addictions, for example. I know that 2000 years ago, Roman Stokes didn't have laptops and smartphones, but maybe you have some devices for us, how to use technology wisely?

Bill: Yeah, I thought a lot about technology. So in America and I'm guessing this is true around the world, it's a major change, a sea change in, um, kind of the social realm. So online, you know, people can boast about their many friends and followers, except that, you know, a friend is what the way I define a friend is somebody who if your car breaks, breaks down, um, you know, 20 miles out of town, you called a friend and the friend is there to help you get back to town. That's a friend.

Andrzej: Not necessarily a Facebook friend

Bill: You know, they would say, well, send pictures of the broken down car, share those pictures.

Um, so, um, and the other amazing thing. Well, it's not amazing. I guess once you realize it is that, um, it's easy to call somebody names when they aren't standing in front of you. And so, you know, a lot of times are online. You just have these vicious attacks of people that the person doing the attacking knows they'll never stand face to face back. Before we had the Internet, you knew if you did that to your neighbor, that neighbor would still be living next to you. It was a bad thing to do. We've gotten this kind of level of hostility that in my lifetime didn't exist. Another thing about the Internet is it's confirmation bias machine. Whatever it is you want to believe, you can find somebody online who will congratulate you for believing that. And so this whole notion of what are what's the truth, what are the facts? Has vanished into the background. Nuance in conversation has disappeared.

So, you know, on Twitter, you have a limited number of words you can use to express an idea. And so you use those words or those characters to express the idea. And it comes out as a slogan. But most of the things in life that are worth thinking about will not be resolved with a slogan. It's going to be a nuanced. Well, you know, it depends. It's complex. A lot of people don't want to hear that.

And then the last thought I've been having about that is I now refer to my cell phone as my dopamine's slot machine. Dopamine is this drug that your brain releases that makes you feel good. It's one of the feel good drugs in your brain.  Slot machine, of course, you know, you pull the handle and maybe win some coins. And so if you're if you carry around a cell phone, it'll make little sounds and you'll look and you'll see that somebody liked what you did. And so the average person I read the statistic looks at their cell phone 160 times a day just checking for these little positive reinforcement mechanisms.

And it's become a very strange thing. You'll be out on the street, you can be out in the street and a beautiful city like Paris and you see people walking around looking down at their cell phones instead of soaking in the environment. So the Internet has we're in the middle of a really interesting social experiment. And the experiment is what effect will the Internet have on we humans and our happiness? I suspect it's going to be an experiment that has unfortunate outcomes. But here we go. We're in the middle of it.

Andrzej: I believe that maybe Stokes can help us with self-discipline and we have even apps for doing it. Maybe it's a little bit weird to use technology against your technology addiction, but there is an application called Quality Time that counts how many unblocks of screens you made. And you can make yourself a challenge. Not one hundred and sixty, but one hundred and go down to fifty. And maybe this self-control will help us to have benefits of technology but enjoy life and don't stick to the phone all the time.

Bill: Yeah, no, that's a good point. And there are apps that will prompt you will nudge you through the day about what you're doing and what you could be doing. And those can be quite effective. A Stoic psychological insight: The problem with self-control is it takes energy on your part and, um, the things that are the portions of your brain that are trying to get you to do something that you probably shouldn't do. That's the reptilian portion in the mammalian portion. They can't be reasoned with for the simple reason that they're incapable of reasoning and they don't get tired. They're up all night. Right. And they will wake you at 1:00 in the morning and tell you here's something you should be angry about.

So one of the Stoic insights was, um, it's one thing to control the urges brought on by these deeper forces within you. But they also thought it's really neat if you can figure out a way to harness those forces and use them for the good. And so in this whole notion of responding to, uh, one of life's setbacks, that's what the Stoics have done. They said, well, OK, so you can get upset about this, but you can also play this game, put it into a different frame and imagine that these the Stoic gods or are testing you. And imagine that you win the game by coming up with a successful workaround. Good for you. And by staying cool and calm as you do so. And that's great for your mental health and your wellbeing.

Andrzej: I have some questions from my listeners. Magda, want to know, is happiness a competence that can be learned like cooking and if so, how can we learn to be happy?

Bill: I'm not even sure what happiness is. And one of the books I've written called On Desire talks about happiness and happiness is an elusive thing. I think there are certain lifestyles you can live that are going to be more. Inducive to you experiencing this happiness, whatever it is, and there are other lifestyles you can you can engage in that are going to make it less likely. So it's very interesting and tricky thing, this notion of happiness.

How do you be happy? One thing is you don't dwell on the past. You don't live in the future. You learn how to appreciate the current moment. Another way to get closer to happiness is learn how to want the things you've already got, because we have this this thing called hedonic adaptation, where whatever it is you've got, you're going to start taking for granted. And then you're going to say, well, OK, I need something better than that, and you're going to be unhappy till you get it.

And when you get it, you're going to be happy for a few days and then you're going to be right back where you started.

And there are psychological techniques. There's a podcast called The Happiness Lab and a Yale psychologist, a psychology professor named Laurie Santos does this class and it's just about happiness and about the mistakes we make regarding happiness in things we can do to increase our happiness. It's called the Happiness Lab. I was on that podcast last March and I'm scheduled to be on again in the future talking about stoicism. But I've listened to many, many of her podcasts and gained a lot of useful advice on what to do if we want to maximize our chances of experiencing happiness.

Andrzej: I will put a link to this podcast and maybe my listeners can enjoy it, too. Sharlene asks, What do you do to find or keep happy during the time of covid-19?

Bill: Well, I'm a writer. I'm a teacher and a writer. And so back in March, they said that we were no longer going to teach in classrooms. I had to learn the new technology to teach online. But other than that, my time is spent, uh, writing and doing research. So the interesting thing was most of my life is spent in my office at home working. And for me, the pandemic in the lockdown that followed, it simply meant all my neighbors were doing what I was doing. For me, it wasn't a huge a huge transition. And at the same time, you know, I realized that for a lot of people, it wasn't simply staying home. It was the loss of a job, you know, and in some cases, there were the health issues in some of course, some people died as a result.

But as a Stoic, you know, I can find the silver lining in this because those of us who make it through to the other side, this has simply taught us not to take things in life for granted, and it shows the extent to which we did. So you now you know, now they're trying to get sports going again. And so they have people playing matches in empty stadiums. Right. Uh, theater has gone away. Symphony has gone away. We took those things for granted. And this is just the kick in the pants that we needed in order. If we do get them back, to savor them, to embrace them, to take them as something very valuable in our life.

In a way, a good thing can come out of this. But the Stoics would quickly kind of remind us that. Yeah, and then hedonic adaptation was set in once again. And within a few months, we'll be right back where we were taking it all for granted.

Andrzej: Or we have a second wave of covid-19,

Bill: yep, our third wave, I think we're already on the second I'm losing count here. But yeah, you know, that's the scary thing. This is summer. In winter we're all enclosed indoors. So we live in interesting times.

Andrzej: Tomek asks, what would you do if you realize that you have free last hours of your life?

Bill: I would find my wife and hang out with her, call my kids, hang out with them. It would be nice to go into your final moments. Happy individual and realizing that in the process of death, there's one Stoic that I describe who was sentenced to die. Julius Canice, I think was the one. And as he was being led off to his execution, somebody came up and said, well, you're a Stoic, so what are you thinking about now?

And he said, Oh, well, I'm going to pay very careful attention to the moment when my soul leaves my body to see what that feels like, because I've always wondered what that feels like. And now I get to see what that feels like. You know, talk about the ability to find silver linings on dark clouds. But what else could he do? You know, what else could he do so to die bravely? And, you know, this whole notion about treating life's setbacks as Stoic training, one of the ways you can take that is you're in training for the ultimate test and that is your own death, which is going to come someday. Sometimes people die in their sleep. You know, they didn't know it, didn't see it coming. Other times, it's a long, unpleasant kind of experience. But it will come. And this idea that by learning how to grapple with life setbacks, you can you can end your life with a courageous and even inquisitive state of mind. You can instead of being the victim, you can be trying to cheer up the people around you. And I think that would be the ideal way to go.

Andrzej: Great answer. I have just to ask questions. Have the Stoic gods prepared any interesting challenge for you lately?

Bill: Well, minor challenges. You know, the whole epidemic is a challenge, although for me less of a challenge than normally is.So lately I've been I have self-inflicted challenges.

I'm a rower and we no longer race on the water. We have these machines, these rowing machines called ERGs. And I, uh, I've entered an ERGes competition and it's amazing we do these four minute races. And over the course of the four minutes, you go from feeling absolutely fine to feeling like you have some dread disease.

And, you know, somebody can rationally say, why would I do such a thing? Well, it's training. You know, it's training and you're in there. And then you finish the first minute, you know, and you think only three to go. You finish the first three minutes, only one minute to go. And then you're counting down and you just keep saying to yourself, I need to take one more stroke, one more stroke. That's a skill that translates to life in general. And that's a skill you want to possess because you can get very, very far in life if you have the ability to take one more step, one more stroke, you know, just do you keep going until you can't go anymore.

Andrzej: I'm using this technique of voluntary discomfort described in your book. So, for example, in this month, I don't drink coffee at all. The previous month, I didn't drink alcohol for a whole month. And it really changes my perspective. It's really helped me enjoy much more food, beverage. The next month, the first time when I can drink coffee is just a gigantic pleasure for me. And I took it for granted. This one month of being abstinent in this, it helped me really enjoyed this part of my life.

Bill: I've had back in January, I had a doctor say for medical reasons, he said, no more alcohol. Now, I wasn't a big drinker, but I was a person who enjoyed a glass of wine. And the interesting thing was when that happened, you know, for me, I was just well, that's the Stoic challenge. Let's see what I do with that. It has transformed my sleep life. I realize now that, you know, if you drink, drink something else to go back to sleep. And it's this vicious circle that feeds on itself, but now I find I'm sleeping much better and I'm just having the most vivid dream life, you know, just wild stuff, interesting stuff. And I'm thinking, you know, my brain makes all that up while I'm asleep. And, of course, it's the lower part of my brain. So I get to peek into the sorts of things that it thinks about. So for me, the racing is voluntary discomfort. I know how I'm going to feel four minutes later and then I do it anyway. And, uh, it builds character, you know, prepares you for the serious kinds of challenges that life can present.

Andrzej: I have just one last question for you. Do you have any connections with Poland? Maybe you have eaten pierogi or bigos?

Bill: No, I have no Polish connections. I you know, we were well, we reached a stage of life where we've been doing a whole bunch of traveling but have had to stop traveling because I'm over 65, as is my wife. And so, you know, we are in a risk group and I certainly don't want to get in an airplane. But Poland would be on the list. And then there's China and we were scheduled to go to Japan this this May. And there's a great big world out there to be discovered. But, yeah, Poland. Nope, no connection. In a perfect world. I will someday make one, though.

Andrzej: Thank you very much for your time. A lot of insights for me and my listeners. It was a pleasure for me.

Bill: Oh, it's a pleasure for me as well. Thank you for inviting me.

Polskie tłumaczenie transkrypcji odcinka OLDS #34

Andrzej: Tym razem mamy wyjątkowy podcast. Porozmawiam z Williamem B. Irvine’m, profesorem filozofii, autorem 7 książek, w tym: „A Guide to a Good Life” i „Wyzwanie Stoika”. Niedoszłym buddystą Zen, który w końcu postanowił zostać Stoikiem. Wynalazcą stoickich bogów. Bill czy wszystko się zgadza? Chciałbyś coś dodać do swojego opisu?

Bill: Nie wymyśliłem stoickich bogów. Nadałem im tylko nowoczesną postać. I od tamtej pory są moimi dobrymi przyjaciółmi.

Andrzej: A czy mają oni jakieś specjalne imiona?

Bill: Jeszcze nie nadałem im imion, choć z nimi rozmawiam. To jednostronna. rozmowa - jeszcze mi nie odpowiedzieli. Zazwyczaj odnoszę się do nich w liczbie mnogiej. Zwłaszcza w sytuacji, w której mam do czynienia z konkretnym wyzwaniem. Wtedy odpowiadam podnosząc pięść w kierunku nieba: Pokażę wam, kto tu rządzi!

Andrzej: Czuję się bardzo podekscytowany możliwością porozmawiania z moim ulubionym stoickim pisarzem w moim podkaście. Czy to źle świadczy o moim stoicyzmie, że czuję podniecenie zamiast spokojnie zaakceptować to, co przyniósł mi los?

Bill: Myślę, że nie. Istnieje pewien stereotyp dotyczący Stoików. Tego, że byli bardzo bierni, ciężko pracowali nad rozwinięciem zdolności do pasywnego przyjmowania tego, co życie im przyniosło. I choć jest to popularna koncepcja, jest ona równocześnie błędna. Jeśli prześledzisz, jak żyli Stoicy, przekonasz się, że byli oni przeciwni negatywnym emocjom. Uważali, że jeśli twoje życie jest pełne negatywnych emocji, takich jak złość, nienawiść, zazdrość, niepokój, że robisz coś w niewłaściwy sposób. Podążyłeś niewłaściwą ścieżką psychologiczną. Ale nie mieli nic przeciwko pozytywnym emocjom, w tym zachwytowi, a nawet radości. Kiedy mówimy o emocjach warto dodać, że jest różnica między powiedzeniem, że coś jest pozytywną emocją a powiedzeniem że, coś jest przyjemne.

Pozytywne emocje są przyjemne, ale są rzeczy inne rzeczy niż pozytywne emocje, które sprawiają, że czujemy się dobrze, ale są bardzo niebezpieczne. Na przykład niektóre narkotyki. Dlatego ludzie się uzależniają. Właśnie tych rzeczy, które sprawiają, że czujemy się dobrze, mimo że nie są pozytywnymi emocjami, powinniśmy unikać.

Andrzej: Chciałbym poeksplorować jeszcze temat pozytywnych emocji. Według mojej wiedzy Stoicy bardzo cenili rozum i obiektywizm. Starali się widzieć świat, takim, jaki jest. Pozytywne emocje, choć bardzo przyjemne, mogą zakłócić ten obiektywizm. Na przykład, w stanie euforii, mogę podjąć bardzo nierozsądne decyzje. Wziąć pożyczkę, zrezygnować z dobrze płatnej pracy, bo marzę o założeniu własnej firmy, mimo że nic nie wiem o prowadzeniu własnego biznesu. Czy to pewno każda pozytywna emocja jest dobra dla Stoików?

Bill: Uczucie euforii jest niebezpieczna, dlatego Stoicy nie włączyliby jej do swojej listy pozytywnych emocji. To byłoby coś, co sprawia, że czujemy się dobrze, ale nie pozytywna emocja.

Często myślimy o Stoikach jako o filozofach świata starożytnego. Ale wtedy słowo filozofia oznaczało coś innego niż dziś. Filozofowie interesowali się ważnymi pytaniami o moralność i sens życia. Ale interesowali się też nauką. Interesowali się przyrodą. Interesowali się teologią. Byli najbardziej ciekawi świata wśród starożytnych ludzi. I jedną z rzeczy, które ich interesowały, w szczególności Stoików, była psychologia. Stoicy odkryli, że chociaż my, jako ludzie, mamy zdolność do bycia racjonalnymi, to jednak ukrywamy w sobie również siły irracjonalności. Nasz gadzi mózg reaguje instynktownie na to, co się wokół nas dzieje.

Gniew nie jest racjonalną reakcją. W pewnym sensie został zaprogramowany w nas przez naszą ewolucyjną przeszłość. Mamy też ssaczy mózg, który dostarcza nam wielu emocji. Więc kiedykolwiek się zakochałeś, wiesz jakie to niebezpieczne. Ale to część ludzkiego doświadczenia. Stoicy zauważyli, że musimy nauczyć się żyć z tymi instynktami, emocjami, nieracjonalnymi zachowaniami. Jednocześnie musimy znaleźć sposób, aby ograniczyć ich negatywny wpływ na nasze życie. Może nawet, i to jest genialna część stoickiej myśli, znaleźć sposób, aby tak nimi pokierować, by służyły naszym racjonalnym potrzebom. Więc jeśli powiedziałbyś mi, że nagle dostałeś olśnienia, że musisz rzucić swoją dobrze płatną pracę i rozpocząć biznes w temacie, o którym nic nie wiesz, to jako stoik, powiedziałbym: Wiesz co, musisz to jeszcze na spokojnie przemyśleć. Ponieważ możesz mieć te objawienie z wielu na nie do końca racjonalnych powodów i możesz przez to zaszkodzić swoim długoterminowym interesom.

W tej sytuacji mamy do czynienia z różnymi efektami psychologicznymi. Jednym z nich odraczanie gratyfikacji. To, co przyjemne teraz, jest dla nas dużo ważniejsze, niż nawet większa przyjemność w przyszłości. Weźmy jako przykład relacje seksualne. Jestem mężczyzną, jestem też ojcem, ale nigdy nie urodziłem dziecka. Jednak specjalistka w tym temacie powiedziała mi, że jest to niezwykle bolesne doświadczenie. Poprzedza je zaś 9 miesięcy wcześniej jednak z największych przyjemności, jaką człowiek może doświadczyć – orgazm. A teraz załóżmy, że odwrócimy kolejność. Załóżmy, że powiedziałeś komuś: Hej, najpierw przeżyj bolesny poród, a za 9 miesięcy będziesz mogła doświadczyć bardzo przyjemnego orgazmu. Nikt by na to nie poszedł. To byłoby szaleństwo. Docenianie bardziej tego, co przyjemne teraz niż korzyści w przyszłości, nie przeszkodziło nam jednak nie tylko w przetrwaniu na Ziemi. Opanowaliśmy całą planetę.

Innym psychologicznym fenomenem jest hedonistyczna adaptacja. Mamy przekonanie, że jeśli tylko zdobędziemy ważny dla nas cel, będziemy szczęśliwi już na zawsze. „I żyli długo i szczęśliwie” jak mawiają w bajkach. Ale problem polega na tym, że gdy już dostaniesz to, co myślałeś, że da Ci wieczne poczucie szczęścia i zadowolenia, zaczynasz traktować to jako oczywistość. A to z kolei sprawia, że przestaje to dla Ciebie być źródłem przyjemności. I wtedy znów pojawia się to uczucie, że gdybym tylko miał coś innego, co by dało mi szczęście. I tak tkwimy na czymś, co psychologowie nazywają hedonistycznym kołowrotku. Nie możemy dokonać żadnego postępu w naszym szczęściu. Stoicy, wraz z myślicielami z wielu innych kultur, zdawali sobie z tego sprawę.

Stoicy powiedzieli, że jeśli jesteśmy racjonalni i chcemy osiągnąć szczęście, musi jak najszybciej zejść z tego hedonistycznego kołowrotka. Jednym ze sposobów, żeby to zrobić, jest nauczenie się doceniania tego, co już masz. Powiedzenie sobie, że już masz to, czego chcesz. Bo jeśli nie będziesz w stanie tego zrobić, będziesz skazany na wieczne niezadowolenie, gdy satysfakcja z życia jest w zasięgu twojej ręki.

Andrzej: Porozmawiajmy o negatywnych emocjach, ponieważ są one silnie związane z naszą satysfakcją z życia. Studiowałam psychologię i moi nauczyciele powiedzieli mi, że nie powinniśmy przyklejać etykiet emocjom. Według nich nie powinniśmy mówić o pozytywnych i negatywnych emocjach, ponieważ wszystkie emocje nam służą. Gdyby dana emocja miała tylko negatywny wpływ na nasze życie, prawdopodobnie zniknęłaby w procesie ewolucji. Tak więc nawet gniew, który Seneka uważa za najgorszą i najbardziej niebezpieczną ze wszystkich emocji, może być pożyteczny.

Moja przyjaciółka, kiedy jest zła, idzie do szafy i pozbywa się ubrań, których nie potrzebuje. W chłodnym stanie emocjonalnym nie jest w stanie tego zrobić. Dopiero gdy jest wkurzona, może w końcu zrobić to, co potrzebuje. Zazdrość może również zmotywować nas do cięższej pracy. Jesteś pewien, że my jako Stoicy powinniśmy pozbyć się wszystkich negatywnych emocji w naszym życiu? A może da się je w jakiś sposób wykorzystać?

Bill: Zacznijmy od tego, że nie da się pozbyć negatywnych emocji. One są w nas, w naszym mózgu. Kora nowa, która jest racjonalną częścią naszego mózgu, jest owinięta wokół mózgu ssaczego. Ten z kolei jest wokół mózgu gadziego. Bez operacji mózgu, która prawdopodobnie by nas zabiła, nie możemy oddzielić racjonalnej i emocjonalnej części naszego umysłu.

Główny problem polega na tym, że jesteśmy w radykalnie innym środowisku niż wtedy, gdy te emocje po raz pierwszy się rozwinęły, na sawannach Afryki 200 000 lat temu. Naszym przodkom te emocje pomogły przetrwać i rozmnażać się. To są dwie kluczowe kwestie. Jeśli nie przeżyjesz, twój gatunek wyginie. Jeśli nie będziesz się rozmnażać, również twój gatunek wymrze. Dlatego ludzie rozwinęli emocje, które zwiększały szansę na przetrwanie i rozmnażanie.  Ale teraz jesteśmy w zupełnie innym środowisku niż nasi przodkowie. Dla nich celem było znalezienie wystarczającej ilości jedzenia. Teraz mamy odwrotny problem – jedzenia jest w nadmiarze, co wywołuje epidemia otyłości.

Emocje, które dobrze nam służyły w tym środowisku naszych przodków, odnoszą efekt odwrotny od zamierzonego we współczesnym świecie. Teraz rzadko kiedy musimy się martwić o swoje fizyczne bezpieczeństwo. Dla naszych przodków był to realny problem, w każdej chwili mogli zostać np. pożarci przez lwa.

Tak więc emocje, które służyły im, nam mogą przeszkadzać. Mogą nas unieszczęśliwiać. I jak wspominałem, nie możemy pozbyć się tych emocji, ale możemy nauczyć się lepiej z nimi żyć. A Stoicy odkryli, że możemy je wykorzystać. Możemy manipulować naszymi emocjami w sposób, który pomoże nam uzyskać to, czego chcemy w życiu.

Andrzej: Jaka jest różnica między martwieniem się o przyszłość a stosowaniem techniki premeditatio malorum lub jak Ty ją nazywasz, negatywnej wizualizacji?

Bill: Warto mieć świadomość, że jesteśmy zaprogramowani do myślenia przede wszystkim o przeszłości i przyszłości. Mówi się, że jednym z celów powinno być życie w teraźniejszości. Cieszenie się chwilą, zapachem kwiatów, błękitem nieba. Ale my jesteśmy zaprogramowani, by tego nie robić, tylko myśleć o tym, co się stanie dalej. Bo nasi przodkowie na sawannach Afryki, którzy zajmowali się cieszeniem życiem i wąchaniem kwiatów, prawdopodobnie zostali zjedzeni przez lwa.

Myślenie o przeszłości również było korzystne, ponieważ można było wyciągnąć z niej wnioski, które pomogłyby lepiej radzić sobie w przyszłości. Nauczyliśmy się więc myśleć o przeszłości. Niestety, może się ono przerodzić w rozpamiętywanie minionych wydarzeń. Myślenie o czymś, co ktoś powiedział 10 lat temu, co nas rozzłościło. A wspomnienie tego wydarzenia sprawia, że znów czujemy złość.

Myślenie o przyszłości w niektórych sytuacjach jest jak najbardziej właściwe. Powinniśmy planować przyszłość i się na nią dobrze przygotować. Ale w wielu przypadkach nasze myślenie wykracza poza to. I zamiast po prostu planować przyszłość, ludzie odczuwają niepokój, myśląc o przyszłości. Martwią się tym, co się wydarzy, zamiast robić, co mogą, żeby ukształtować przyszłość zgodnie ze swoimi pragnieniami, a potem stwierdzić: "Zrobiłem, co mogłem. Resztą się już nie przejmuję".

Negatywna wizualizacja jest bardzo prostą i łatwą w użyciu techniką psychologiczną. Stoicy wymyślili ją, żeby zwykły człowiek mógł szybko nauczyć się ją stosować. By mógł dzięki niej zmienić swoje życie i mniej się martwić.

Jak działa negatywna wizualizacja? Na początku wybierasz jeden ważny dla Ciebie aspekt życia. Może to być twoja praca, zdrowie, związek. A potem przez kilka sekund, wyobrażasz sobie, że tej rzeczy w twoim życiu zabraknie. Że twój związek się kończy albo że dostajesz telefon od lekarza, który cię informuje, że zapadłeś na śmiertelną chorobę. I po chwili tej strasznej wizji, porzucasz ją i wracasz do swojego codziennego życia. Co ci to daje? Nagle przestaniesz brać za pewnik, każdą dobrą rzecz, która spotyka Cię w życiu. I jeśli wyobrażasz sobie na przykład, że coś się stało twojemu dobremu przyjacielowi, to po tym, jak znów go zobaczysz, będziesz się bardzo cieszyć z tego, że nim mu nie jest i że nadal może być częścią twojego życia. W przeciwnym razie, każdy związek będziesz traktował za oczywisty, do momentu, gdy się nie skończy.

Andrzej: Mamy kontrolę nad procesem negatywnej wizualizacji i możemy go zatrzymać, w dowolnym momencie. Z kolei nad zamartwianiem się nie mamy żadnej kontroli i możemy się martwić na okrągło. Zgadza się?

Bill: Możemy mieć większą kontrolę nad swoimi zmartwieniami. Częścią martwienia jest nieprzyjmowanie do wiadomości, jakie są fakty. Jako stoik zdajesz sobie, że będzie ostatni raz dla wszystkiego. Pewnego dnia weźmiesz ostatni oddech, zjesz ostatni posiłek. Ostatni raz pojeździsz na rowerze. W niektórych przypadkach ten ostatni raz już nastąpił. Kiedy ostatni raz posługiwałeś się telefonem stacjonarnym, do tego takim, w których zamiast wciskać liczby, wykręcałeś je na kółku? Pewnego dnia umrzesz. Przykro mi, że to mi przypadło Ci o tym powiedzieć. I możesz stwierdzić, że to najbardziej negatywna myśl z możliwych. Że to przepis na depresję.

Ale Stoicy uważali, że jest dokładnie odwrotnie. Jeśli zaczniesz traktować życie jako oczywistość, zmarnujesz te dni życia, które ci jeszcze pozostały. Upłyną błyskawicznie, jeśli będziesz żyć na autopilocie. Ale jeśli pomyślisz sobie, że ten posiłek może być ostatnim w Twoim życiu, przestaniesz traktować go za jak oczywistość. Zatrzymasz się i będziesz rozkoszować się faktem, że możesz go zjeść. Dużo intensywniej poczujesz jego smak – sprawi Ci więcej przyjemności.

Jeśli nie myślisz o końcu życia lub końcu związku, mniej będziesz się nim cieszyć. Ludzie często myślą o związkach w kategorii oczywistości. Zakładają, że mają z drugim człowiekiem nieograniczenie dużo wspólnego czasu. A przez to, mało się angażują w bycie razem czy rozmowę. Czekają tylko, aż druga osoba skończy mówić, by móc im powiedzieć, co sami uważają. A tymczasem rozmowa może być o wiele głębsza i bardziej interesująca dla obu stron, jeśli zadajesz ważne pytania i uważnie słuchasz odpowiedzi. Gdy próbujesz lepiej zrozumieć drugą osobę i ją docenić.

Mamy do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem. Mimo, że myślenie o tym, że związki nie są wieczne i pewnego dnia się skończą, jest początkowo nieprzyjemne, to prowadzi ono to ożywienia relacji z innymi ludźmi i większego zaangażowania się w nie.

Andrzej: W twojej książce dużo piszesz o hedonistycznej adaptacji. Przedstawiasz ją jako jednego z najgorszych wrogów naszego szczęścia. Jakie narzędzia dają nam Stoicy, by ją pokonać? Mówiliśmy już o negatywnej wizualizacji i myśleniu o „ostatnich razach”. Czy jest jeszcze jakaś broń, którą możemy użyć, w walce z hedonistyczną adaptacją?

Bill: To są 2 podstawowe narzędzia. Są też inne, które są z tym związane. Jedną z rzeczy, które możemy zrobić, jeśli chcemy docenić nasze życie, jest udanie się na stoicką przygodę.

Jeśli na co dzień żyjesz w komfortowym mieszkaniu, szybko nabierasz przekonania, że zawsze, w każdej życiowej sytuacji będzie Ci przyjemnie. Stoicką przygodą może być wybranie się pod namiot. Istnieje duże ryzyko, że w tych okolicznościach przeżyjesz niewygody, których nie doświadczyłbyś w swoim mieszkaniu.

Gdy opowiadam o tej technice różnym ludziom, często zadają mi pytanie: Dlaczego miałbym to robić? Dlaczego miałbyś odczuwać dyskomfort, skoro mogę żyć w całkowitej wygodzie? Mam dla nich 2 odpowiedzi. Po pierwsze: nie jest prawdą, że możesz żyć, nie doświadczając żadnych nieprzyjemności. Nikt nie jest w stanie tego zrobić. Po drugie: jeśli wszystko, czego kiedykolwiek doświadczyłeś to wygoda, to jakikolwiek dyskomfort, który doświadczysz, będzie dla ciebie źródłem wielkiego cierpienia. Przyzwyczajając się do trudności, podczas stoickich przygód, łatwiej Ci będzie radzić sobie z niepowodzeniami życiowymi, które nadejdą same.

Te niepowodzenia są jedną z głównych przyczyn ludzkiego nieszczęścia. A dokładniej nie same trudności, ale sposób w jaki na nie reagujemy. Opisałem to w mojej książce Wyzwanie Stoika. Wykorzystuję następującą analogię: Wyobraź sobie, że w Twoim domu pękła główna rura, doprowadzająca wodę do mieszkania. Czy pęknięta rura jest problemem? Nieszczególnie, trzeba ją będzie po prostu naprawić lub wymienić. To woda stanowi problem. Woda zalewająca całe mieszkanie. Jeśli jej szybko nie zatrzymasz, zaleje Ci podłogę, a może i sąsiada. I tak samo jest z życiowymi niepowodzeniami. Samo niepowodzenie to drobnostka. Gdyby ta sama komplikacja pojawiła się w życiu kogoś innego, powiedziałbyś, że to tylko błahostka. Ale kiedy coś niepomyślnego przytrafiło się tobie, zaczynasz się złościć. Z kolei ta złość, może zrujnować Ci dzień. Nie tylko ten obecny. Również przyszłe dni, gdy będziesz wspominać tę sytuacje i się nią denerwować.

Jednym ze sposobów, w jaki możesz zapobiec pojawieniu się negatywnych emocji, w obliczu życiowych komplikacji, jest traktowanie ich jako stoickich wyzwań. Zmieniasz je w rodzaj gry i kiedy doświadczasz niepowodzenia, wtedy nie wyobrażasz sobie, że życie jest niesprawiedliwe i nie zasłużyłeś na to, co cię spotkało. Zamiast tego wyobrażasz sobie, że jesteś testowany przez zmyśłonych stoickich bogów, którzy przygotowali dla ciebie próbę. Nie wystawiają cię na nią ze złośliwości. Są jak dobry trener drużyny sportowej. Jeśli kiedykolwiek uprawiałeś sport wyczynowo, wiesz, że dobry trener to nie ten, który mówi ci, jak wspaniały jesteś i żebyś sobie usiadł w cieniu i odpoczął. Dobry trener znajduje w tobie rzeczy, o których istnieniu sam nawet nie wiedziałeś. Siłę i odwagę, o które siebie nie podejrzewałeś. Będziesz musiał zapłacić za nie cenę, w formie fizycznego zmęczenia. Ale gra będzie warta świeczki. Stoiccy bogowie są jak trener próbujący cię zahartować zsyłając na ciebie komplikacje. Jednak ocenę w tym teście musisz wystawić sobie sam.

Ocena zależy od dwóch rzeczy. Po pierwsze, czy udało ci się znaleźć wyjście z trudnej sytuacji? To będzie wymagało od ciebie umiejętności rozwiązywania problemów. Wracając do przykładu z pękniętą rurą w mieszkaniu. Co musisz zrobić? Najpierw zakręcić zawór z wodą, a potem zadzwonić do hydraulika. To pierwszy element oceny. Drugim składnikiem jest to, czy zachowałeś spokój podczas tej sytuacji? Czy udało ci się z niej zażartować? A może pozwoliłeś, by zalała cię fala wściekłości?

Ten drugi element oceny jest znacznie ważniejszy niż pierwszy. Tak jak w przypadku analogii z mieszkaniem ważniejsze jest zakręcenie zaworu z wodą, by nie dokonywała zniszczeń w Twoim mieszkaniu, tak zakręcenie kurka z negatywnymi emocjami pozwoli Ci uniknąć szkód emocjonalnych. Jeśli ci się to uda, możesz z dumą powiedzieć stoickim bogom: „Ha! Tym razem wygrałem. Będziecie musieli się bardziej postarać następnym razem.”

Pamiętaj jednak, że stoiccy bogowie nie zsyłają na ciebie wyzwań, by żeby cię ukarać. Robią to, ponieważ chcą, abyś się rozwijał. Jeśli podejdziesz do świata w ten sposób, rozwiniesz zaradność i pewność siebie. Zaradność, czyli umiejętność radzenia sobie z życiowymi komplikacjami, rozwiązywania problemów. Pewność siebie, czyli przekonanie, że z każdą komplikacją sobie poradzisz.

Wejście na Mount Everest byłoby stoicką przygodą. Nie rekomenduję tego wszystkim, bo nie każdy ma warunki do takiego wyzwania. Wyobraź sobie jednak przez moment, że wspiąłeś się na szczyt świata. Jakiś czas po tym, stoiccy bogowie przygotowuję dla ciebie kolejną próbę. Czeka cię trudne zadanie do wykonania. Ktoś podchodzi do ciebie i mówi: Myślisz, że dasz radę to zrobić? A ty myślisz: „No pewnie, przecież wspiąłem się niedawno na Mount Everest. To zadanie to dla mnie pikuś!”. Zaczynasz czuć, że jesteś dobry w radzeniu sobie w niepewnych, stresujących warunkach.

Andrzej: Bycie spokojnym i zdystansowanym z pewnością jest bardzo pomocne w radzeniu sobie z niepowodzeniami. Ale co z sytuacjami, w których warto być emocjonalnym? W twórczości artystycznej, występując na scenie przed publicznością lub sypialni, jako czuły kochanek. Czy w tych sytuacjach możemy zawiesić nasz stoicyzm?

Bill: Na scenie występowałem bardzo, bardzo dawno temu – jeszcze w liceum. Pewnie jest tak, że niektórzy aktorzy naprawdę czują emocje swojej postaci. I po tym jak odgrywali sceny śmierci, czują przygnębienie jeszcze przez wiele dni. Jednak większość dobrych aktorów tak nie robi. Zamiast tego tylko udają, że czują pewne emocje. Stają się emocjonalni, ale nie w głębokim znaczeniu tego słowa. Odgrywają emocje. My też możemy postępować w podobny sposób.

Ostatnio, z powodu pandemii, musiałem odwołać zarezerwowane loty. Wiedziałem, że zgodnie z umową, mam prawo do otrzymania zwrotu 50% środków, które wpłaciłem. Zadzwoniłem w tej sprawie do firmy lotniczej. Pracownik linii powiedział mi, że jest teraz wyjątkowa sytuacja, dlatego może to potrwać nawet do 90 dni. Uzbroiłem się w cierpliwość i zaczekałem. Jednak, gdy wybił 90 dzień, zadzwoniłem kolejny razy do osoby odpowiedzialnej za zwroty i powiedziałem: Hej! Mija już 90 dni, chce odzyskać swoje pieniądze i chce dostać je teraz.

Pracownik linii lotniczych powiedział, że obecna sytuacja jest naprawdę skomplikowana sytuacja. Że jestem na liście wielu osób, które też czekają na zwrot i że konkurencyjne firmy wydłużyły już termin zwrotów do 120 dni. Nie przyjąłem jednak tych wymówek i powiedziałem zdecydowanie, że albo zgodnie z umową zwrócą mi moje pieniądze, ale opiszę w sieci, że są firmą, która nie wywiązuje się z danego słowa. Pracownik zmienił ton i obiecał, że zajmie się tym, by jak najszybciej przyznali mi zwrot.

Rozmowie przysłuchiwała się moja żona i po tym jak odłożyłem słuchawkę powiedziała: Ale się rozgniewałeś na tego człowieka! Ja jednak nie byłem zdenerwowany, mimo że z boku tak mogło to wyglądać. Odgrywałem jedynie złość. Taką właśnie radę dają nam stoicy. Seneka powiedział, że są takie chwile w życiu, kiedy rozsądnie jest rozgniewać się na pokaz, bez rzeczywistego odczuwania gniewu. Są ludzie, do których nie trafiają racjonalne argumenty. Ale jeśli okażesz zirytowanie i zaczniesz głośniej mówić, nagle okaże się, że jednak mogą Ci pomóc. Jeśli ktoś reaguje tylko na gniew, racjonalną decyzją jest to, by ten gniew pokazać. Ważne jest jednak, by tego gniewu faktycznie nie odczuwać, bo wtedy szybko stracisz kontrolę nad sytuacją i przestaniesz się zachowywać rozsądnie, co zmniejszy twoją szansę osiągnięcia aktualnego celu.

Są ludzie, którzy powiedzieliby, że nie jest to psychicznie zdrowe, aby pozorować emocje, zamiast je rzeczywiście czuć. Stoicy odpowiedzieliby, że to, co jest znacznie bardziej niebezpieczne, to negatywne emocje, które mogą destruktywnie wpłynąć na twoje zdrowie, relacje i życie. Jednocześnie przypomnę, że Stoicy nie mieli nic przeciwko pozytywnym emocjom. Uczucie zachwytu, radości, a nawet miłości, są ważną częścią naszego życia i powinniśmy je wzmacniać, zamiast je eliminować. Stoicy mają asymetryczne podejście do 2 typów emocji. Doradzają, by wystrzegać się negatywnych emocjami. Czasem co najwyżej udać, że ich doświadczasz. Z kolei pozytywne emocje powinniśmy pielęgnować i wzmacniać, za każdym razem, gdy je przeżywamy.

Andrzej: Bardzo podoba mi się koncepcja udawania gniewu.  Używam jej czasem w kontakcie ze swoimi dziećmi. Jeśli chcę podkreślić, że coś jest ważne i naprawdę dzieci muszą to zrobić natychmiast, używam silniejszego, głośniejszego głosu, np. w sytuacji, gdy są za blisko ulicy, po których jadą rozpędzone ciężarówki.

Gdyby mój sąsiad usłyszał, jak się zwracam do dzieci w tym momencie, pewnie by pomyślał, że nieźle się na nie wkurzyłem. Ja jestem nie odczuwam w sercu żadnych negatywnych emocji.

Bill: Tak naprawdę to wyraz miłości z twojej strony. Ale wiesz, to tylko dzieci. Czasem ostry ton to jedyny sposób, aby przekazać im wiadomość. Gorzej, że żyjemy teraz w świecie, w którym część dorosłych dalej zachowuje się w dziecinny sposób. Nadal nie reagują na argumenty i prośby, tylko na gniew. Dlatego w przypadku takich osób, zgodnie z radą Seneki, potrzebujemy się do nich dostosować. Mówić językiem, który zrozumieją. Ale nierozsądnie byłoby realnie odczuć gniew na te osoby i dać im zrujnować Ci dzień. Jeśli na to pozwolisz, wina leży po Twojej stronie.

Andrzej: Wspomnieliśmy o dzieciach. Czy jeśli jako rodzice uważamy, że stoicyzm jest pomocny w naszym życiu, powinniśmy zachęcać nasze dzieci, rodzinę i przyjaciół, aby stali się stoikami?

Bill: To trudne pytanie. W moich książkach popularyzuję stoicyzm. Jednak to, czy ktoś sięgnie po moją książkę jest dobrowolne. Mam wielu przyjaciół, którzy nawet nie wiedzą o tym, że jestem stoikiem. Bo nie jest to coś z czym się obnoszę.

Czasami daję ludziom stoickie rady. Nie poprzedzam tego jednak długim wykładem, wyjaśniającym, czym jest stoicyzm. Np. gdy ktoś poczuł się urażony uwagą innej osoby. Pytam wtedy: „Dlaczego pozwalasz idiocie zepsuć sobie dzień? Potraktuj to jako ujadanie psa.” Ta nowa perspektywa jest dla wielu moich znajomych pomocna.

Kiedy pisałem moją pierwszą książkę „A guide to a good life”, podejrzewałem, że jej adresatami są starsze osoby. Że stoicyzm to filozofia, którą można docenić, jeśli doświadczyło się w życiu wielu rozczarowań. Jednak od czasu wydania książki otrzymałem wiele listów od studentów, a nawet młodszych ludzi, którzy opowiadali o korzystnej roli, jaką stoicyzm odegrał w ich życiu.

Wróćmy jednak do nauczania dzieci. Sam mam ich dwójkę. Myślę, że najlepszym sposobem na nauczanie jest dawanie przykładu. Przez jakiś czas jesteś dla swoich dzieci Bogiem, który wie wszystko i może zrobić wszystko. Będą cię obserwować i uczyć się od ciebie. Masz więc szansę, by pokazać swoim dzieciom, jak sobie radzić z komplikacjami.

Jeśli po napotkaniu komplikacji będziesz obwiniał cały świat poza sobą, to nauczysz je, jak grać rolę ofiary. Jeśli jednak przyjmiesz tę sytuacje ze spokojem, a może nawet uśmiechem, nauczysz dzieci zupełnie innej, bardziej stoickiej postawy. Zamiast uczyć dzieci stoickich założeń, możesz je zaprezentować w praktyce swoim zachowaniem.

Andrzej: Jak twoja rodzina zareagowała na Twoją decyzją o zostaniu stoikiem. Czy to zmieniło Twoją relację z nimi?

Bill: Myślę, że od zawsze byłem naturalnym, wrodzonym stoikiem. Całe życie praktykowałem nieświadomie praktykowałem stoicyzm. Gdy zapoznałem się z pismami stoickimi, potrafiłem to wszystko lepiej nazwać. Lepiej opisać to, co robię.

Wbrew przypuszczeniom wielu ludzi, dzieła Marka Aureliusz i Seneki są napisane bardzo przystępnym językiem dla współczesnych czytelników. To, co w nich wyczytałem, zmieniło moje podejście do życia.

Myślę, że dużo lepiej radzę sobie teraz z gniewem. Podobnie z ego – wciąż się z nim zmagam, ale przysparza mi dużo mniej problemów. Przez długi czas wydawało mi się, że jestem jedyną osobą na Ziemi, która odczuwa zazdrość i byłem zszokowany, że inni ludzie też jej doświadczają.

Zacząłem też świadomie obserwować swoje życie. Staram się część swojej uwagi skierować na zewnątrz i patrzyć, jak reaguję na różne sytuacje i niepowodzenia. Staram się też docierać do motywów swojego zachowania. Zadaje sobie pytanie: „Dlaczego tak się zachowałem? Co mnie zmotywowało do powiedzenia lub zrobienia właśnie tego?”. Jestem teraz bardziej refleksyjny.

I wiesz, niektórzy ludzie powiedzieliby, że zamiast tego powinieneś być naturalny. Ale jeśli to zrobisz, to tak naprawdę oddasz kontrolę nas swoim zachowaniem bardziej prymitywnym częściom Twojego mózgu. To one będą podejmowały decyzje. To z kolei może prowadzić do nieszczęścia w życiu, bo żyjemy obecnie w zupełnie innym środowisku niż to na sawannach Afryki 200 000 lat temu. I te domyślne wybory mózgu gadziego i ssaczego mogą być zupełnie nietrafne.

Andrzej: Wymieniłeś wiele korzyści, które daje nam stoicyzm. A czy jest jakiś koszt związany z byciem stoikiem? Czy coś przez stoicyzm tracimy?

Bill: Jako osoba promująca stoicyzm, powiem: „Oczywiście, że nie!”. Ale tak naprawdę warto zadać sobie nieco inne pytanie. Warto porównać zyski i koszty różnych życiowych filozofii. Wielu ludzi nie posługuje się świadomie żadną filozofią. Jest ogromny koszt, który się z tym wiąże. Ludzie ciągle próbują tych samych rzeczy i ciągle zawodzą, ponieważ strategie, których używają, nie działają.

Dlaczego więc to robią? Ponieważ wszyscy inni też tak postępują. Są przekonani, że popularność danego podejścia gwarantuje jego skuteczność. Że ktoś to wszystko dobrze przemyślał. W rzeczywistości jednak tak nie jest. Dlatego większość ludzi szuka sławy i bogactwa, naiwnie myśląc, że to przyniesie im szczęście.

Sława daje wysoki status społeczny. Bycie bogatym z kolei, to posiadanie więcej pieniędzy niż ludzie wokół ciebie. A powodem, dla którego ludzie chcą więcej pieniędzy, jest wysoki status społeczny, który one przynoszą. Więc wszystko sprowadza się do statusu społecznego.

Jednym z kosztów niepraktykowania stoicyzmu jest to, że możesz zmarnować swoje życie, uganiając się za tym, co nie da ci szczęścia. A życie masz tylko jedno. Dlatego warto podejść do niego bardziej strategicznie i świadomie.

Gdy sam poszukiwałem dla siebie odpowiedniej życiowej filozofii, rozważałem zostanie buddystą zen. Aby jednak czerpać korzyści z tej filozofii będziesz musiał spędzić miesiące, lata, a może nawet dekady praktykując, medytując, rozmyślając. Jest cała masa rzeczy, które będziesz musiał zrobić i nie ma gwarancji sukcesu.

Z drugiej strony mamy stoicyzm, który ma bardzo niski koszt wejścia. Istnieje kilkanaście podstawowych strategii stoickich. Są to strategie psychologiczne. O dwóch z nich już rozmawialiśmy: o negatywnej wizualizacji i o „ostatnich razach”, czyli rozmyślaniu o tym, że być może robisz coś po raz ostatni. Możesz je łatwo przetestować i przekonać się, czy u siebie działają. To jak jazda próbna samochodem.

Najczęściej mówię o tym, że podstaw stoicyzmu da się nauczyć w 3 dni. W 3 dni możesz np. przeczytać jedną z moich książek „A Guide to a Good Life” albo „Wyzwanie stoika”, poznać stoickie techniki i zastosować jedną z nich w praktyce. Przekonasz się, czy to dla Ciebie działa. Gorąco polecam posiadanie życiowej filozofii. Bez niej możesz spędzić całe życie robiąc bezsensowne rzeczy, ponieważ mylnie zakładasz, że przyniosą ci one szczęście. A tak naprawdę są dla ciebie źródłem rozczarowań i cierpienia.

Andrzej: Jednym z wyzwań, z którym potrzebujemy się dziś zmierzyć, jest technologia. Z jednej strony ma ona wiele zalet. Możemy chociażby ze sobą rozmawiać dzięki tej niesamowitej technologii. Z drugiej strony coraz więcej osób jest uzależnionych od smartfonów. Wiem, że 2 000 lat temu rzymscy Stoicy nie mieli laptopów i smartfonów, ale może mają dla nas jakieś wskazówki, jak mądrze korzystać z technologii?

Bill: Często myślę o technologii. W Ameryce dokonała ona wielkich zmian w sposobie życia ludzi. Podejrzewam, że jest tak na całym świecie. Online możemy chwalić się wieloma rzeczami przed swoimi znajomymi i przyjaciółmi. Jeśli jednak popsuje się nam samochód 30 km od miasta, to mało kto zdecyduje się nam przyjechać z pomocą.

Andrzej: Na facebookowych „przyjaciół” raczej nie mamy co liczyć.

Bill: Dokładnie! Oni co najwyżej poprosili by o wysłanie zdjęć popsutego samochodu.

Technologia zmienia ludzkie relacje. Trudno jest kogoś obrażać, gdy ta osoba stoi przed Tobą i na Ciebie patrzy. W sieci jest to zdecydowanie łatwiejsze. Zanim powtał Internet, wiedziałeś, że jeśli obrazisz swojego sąsiada, to on nadal będzie mieszkał obok ciebie. Mamy dzisiaj do czynienia z takim rodzajem i rozmiarem wrogości, która w moich czasach nie istniała.

Internet stał się też maszyną do potwierdzania naszych poglądów. W cokolwiek nie wierzysz, możesz znaleźć online kogoś, kto przyklaśnie Twoim wierzeniom. Poszukiwanie prawdy i faktów wielu ludzi przestało interesować. Podobnie dostrzeganie niuansów.

Na Twitterze masz ograniczoną liczbę znaków, których możesz użyć do wyrażenia swojej myśli. Często wychodzą z tego slogany. Ale większość rzeczy w życiu, o których warto pomyśleć, nie zostanie rozwiązana za pomocą sloganu. Potrzebne jest do tego pogłębienie tematu, ważne są niuanse. Ale gdy mówisz ludziom, że to zależy, że to bardziej skomplikowane, mało kto chce tego słuchać.

Ostatnie moje przemyślenie związane z technologią, to porównanie smartfona do automatu do gry (jednorękiego bandyty), w których zamiast zdobywać monety, otrzymujesz dopaminę. Dopamina jest neuroprzekaźnikiem, który sprawia, że czujesz się dobrze. Twój telefon co jakiś czas będzie do Ciebie mrugał diodą lub wydawał dźwięki, informując, że coś się wydarzyło. Może ktoś właśnie polubił Twoje zdjęcie, które opublikowałeś? Zaglądasz na facebooka i dostajesz zastrzyk przyjemności w postaci dopaminy, jeśli tak właśnie się stało. Przez to przeciętna osoba odblokowuje swój telefon komórkowy 160 razy dziennie, sprawdzając, czy nie dostała małego pozytywnego wzmocnienia w postaci nowych lajków.

Jaki jest tego skutek? Możesz być w przepięknym mieście, np. w Paryżu, i widzisz ludzi, którzy chodzą patrząc w dół na swoje telefony komórkowe zamiast podziwiać wspaniałe widoki.

Internet to bardzo ciekawy eksperyment społeczny i nikt nie wie, jaki będzie miał wpływ na nasze życie i szczęście. Podejrzewam, że te skutki mogą być niefortunne. Ale eksperyment już trwa, jesteśmy jego częścią.

Andrzej: Myślę, że Stoicy zachęcali by nas do samodyscypliny. Mamy nawet aplikacje, które nam w tym pomagają. Może to trochę dziwne, że używamy technologii, by poradzić sobie ze swoim uzależnieniem od technologii właśnie, ale to działa. Jest np. aplikacja o nazwie Quality Time, która liczy, ile razy odblokowałeś ekran. I możesz podjąć się wyzwania, by następnym razem tych odblokowani nie było 160, tylko 100. A potem by zejść do 50. Może właśnie dzięki samokontroli uda się nam korzystać z technologii i jednocześnie cieszyć się życiem.

Bill: Słuszna uwaga. Są aplikacje, które będą Ci pomagały, byś zajmował się tym, czym powinieneś. Z samokontrolą jest jednak taki problem, że zużywa ona Twoją mentalną energię. Z drugiej strony mamy impulsy, które próbują Cię nakłonić do zrobienia różnych rzeczy. One nigdy się nie męczą. Działają przez całą dobę i nawet o 1:00 w nocy mogą Cię skusić do zrobienia czegoś niekorzystnego.

Z jednej strony możemy się nauczyć lepiej kontrolować te popędy, które w nas głęboko tkwią. Z drugiej warto się zastanowić, jak możemy je mądrzej wykorzystać, by lepiej nam służyły. W przypadku napotkania komplikacji życiowej, możemy użyć ramy interpretacyjnej i potraktować tę sytuacje jak próbę zesłaną przez stoickich bogów. I wtedy wykorzystany energię nie na gniew, lecz do twórczego rozwiązywania problemu.  I to jest wspaniałe podejście dla twojego zdrowia psychicznego i dobrego samopoczucia.

Andrzej: Mam kilka pytań od swoich słuchaczy. Magda chce wiedzieć, czy szczęście jest kompetencją, której można się nauczyć jak gotowania? A jeśli tak, to jak możemy nauczyć się być szczęśliwi?

Bill: Nie jestem nawet pewien co to jest szczęście. Jedna z książek, którą napisałem, zatytułowana On Desire (O pragnieniach) mówi, że szczęście jest czymś nieuchwytnym. Myślę jednak, że są pewne style życia, dzięki którym osiągnięcie stanu szczęścia jest bardziej prawdopodobne. Z kolei inne zmniejszą Twoje szanse na szczęście.

Jak możesz być szczęśliwy? Po pierwsze nie rozpamiętuj przeszłości. Nie żyj też w przyszłości. Ucz się doceniać obecną chwilę. Innym sposobem na zbliżenie się do szczęścia jest nauczenie się, by cieszyć się z tego, co już masz. Przezwyciężanie hedonistycznej adaptacji, która sprawia, że po krótkim czasie od zdobycia nowej rzeczy, na której przez moment bardzo Ci zależało, szybko przestajesz ją doceniać.

Są też techniki psychologiczne. Polecam podcast o nazwie The Happiness Lab. Prowadzi go profesor psychologii z Yale Laurie Santos. Byłem gościem w tym podkaście w marcu zeszłego roku. Ale sam też słuchałem wielu odcinków jej podcastów i zyskałem dużo użytecznych rad, dotyczących zwiększania poczucia szczęścia.

Andrzej: Świetnie. Podam link do podcastu Laurie w opisie tego odcinka, tak żeby moi słuchacze też mogli z niego skorzystać. Sharlene pyta, jak wykorzystujesz czas podczas pandemii koronawirusa?

Bill: Cóż, jestem nauczycielem i pisarzem. W marcu dowiedziałem się, że nie będziemy mogli uczyć stacjonarnie. Musiałem więc nauczyć się posługiwania nową technologią do nauczania online. Ale poza tym, głównie zajmuje się pisaniem i robieniem badań. Czyli tym, co robiłem przez większość mojego życia. Dla mnie nie była to ogromna zmiana. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi pandemia nie oznacza tylko pozostania w domu. Niektórzy ludzie stracili pracę, zachorowali, a niektórzy nawet umarli.

Ale jako stoik, staram się znaleźć znaleźć coś pozytywnego w każdej sytuacji. Sytuacja pandemii pokazała nam, ile dobrych rzeczy traktujemy jako oczywistość i że wcale nie zawsze będziemy mieli do nich dostęp. Mecze rozgrywają się na pustych stadionach. Teatry i filharmonie przestały działać. Teraz dopiero zaczynamy doceniać te rzeczy, do których mieliśmy dostęp cały czas. Tak więc w pewnym sensie, pandemia może mieć też pozytywne skutki. Obyśmy tylko za kilka miesięcy nie zapomnieli o tym, czego się nauczyliśmy.

Andrzej: Zawsze może nadejść druga fala COVID-19 i nam o tym przypomnieć.

 

Bill: Tak, albo trzecia fala. Bo chyba teraz jest druga, sam już straciłem rachubę. Żyjemy w ciekawych czasach.

Andrzej: Tomek pyta, co byś zrobił, gdybyś dowiedział się, że zostało Ci kilka godzin życia?

Bill: Odnajdywałem moją żonę i spotykałem się z nią, dzwoniłem do dzieci, spotykałem się z nimi. Miło byłoby przejść do ostatnich chwil. Szczęśliwy człowiek. I zdając sobie sprawę, że w procesie śmierci jest jeden stoik, którego opisuję, kto został skazany na śmierć. Julius Canice, myślę, że to był ten. A skoro prowadzono go na egzekucję, ktoś podszedł i powiedział, cóż, jesteś stoikiem, więc o czym teraz myślisz?

I powiedział: "Och, cóż, zamierzam bardzo uważnie obserwować moment, w którym moja dusza opuszcza moje ciało, aby zobaczyć, jakie to uczucie, ponieważ zawsze się zastanawiałam, jakie to uczucie. A teraz mogę zobaczyć, jakie to uczucie. Wiesz, porozmawiać o możliwości znalezienia srebrnych okładzin na ciemnych chmurach. Ale co jeszcze mógłby zrobić? Wiesz, co jeszcze mógłby zrobić, aby odważnie umrzeć? I, wiesz, to całe pojęcie o traktowaniu niepowodzeń życiowych jako stoicki trening, jednym ze sposobów, w jaki możesz to zrobić jest to, że jesteś w treningu do ostatecznej próby i to jest twoja własna śmierć, która przyjdzie kiedyś.

Czasami ludzie umierają we śnie. Wiesz, nie wiedzieli o tym, nie widzieli, że to nadchodzi. Innym razem, to długi, nieprzyjemny rodzaj doświadczenia. Ale to przyjdzie. I ta myśl, że ucząc się zmagać z życiowymi niepowodzeniami, możesz zakończyć swoje życie z odważnym, a nawet dociekliwym stanem umysłu. Możesz zamiast być ofiarą, próbować rozweselać ludzi wokół siebie. I myślę, że to byłby idealny sposób.

Andrzej: Przedostatnie pytanie: Czy stoiccy bogowie przygotowali dla Ciebie jakieś ciekawe wyzwanie w ostatnim czasie?

Bill: Tak, ale były to drobne wyzwania. Cała pandemia jest pewnego rodzaju wyzwaniem, choć akurat w moim codziennym życiu aż tak dużo nie zmieniła. Dlatego ostatnio sam sobie zafundowałem wyzwanie. Jestem wioślarzem. Teraz nie możemy ścigać się po wodzie. Mamy jednak maszyny wioślarskie zwane ERGami. Wziąłem udział w zawodach na ERGach. W ciągu 4 minut wyścigu, przechodzisz od początkowego doskonałego samopoczucia do stanu agonii.

Ktoś mógłby spytać: Dlaczego z własnej woli się na to decydujesz? Dla mnie to jest świetny trening. Po pierwszej minucie wyścigu myślisz sobie: Jeszcze tylko trzy! Potem tylko dwie, tylko jedna, a potem odliczasz i ciągle powtarzasz sobie, muszę wziąć jeszcze jedno pociągnięcie, jeszcze jedno pociągnięcie.

Ta umiejętność nie poddawania się w obliczu bólu czy dyskomfortu przekłada się na całe życie. Warto ją posiąść jak najszybciej, bo możesz zajść w życiu bardzo daleko, jeśli tylko jesteś gotowy wykonać jeszcze jedno powtórzenie, jeszcze jeden krok – mimo, że bardzo chcesz już skończyć.

Andrzej: Korzystam z techniki dobrowolnego dyskomfortu opisanej w twojej książce. W tym miesiącu, w ogóle nie piję kawy. W poprzednim, nie piłem alkoholu przez cały miesiąc. I to naprawdę zmieniło moją perspektywę. Pomogło mi bardziej docenić rzeczy, które wydawały mi się zwykłe, oczywiste. Jestem pewny, że w następnym miesiącu, pierwszy łyk kawy da mi ogromną przyjemność. Jeden miesiąc abstynencji bardzo pomógł mi cieszyć się na nowo, z czegoś, do czego zdążyłem przywyknąć.

Bill: W styczniu lekarz powiedział, że z powodów medycznych, nie mogę pić alkoholu. Nigdy nie piłem bardzo dużo, ale od czasu do czasu raczyłem się kieliszkiem wina. Potraktowałem to jako stoickie wyzwanie. Zmieniło ono mój świat snów. Teraz śpię o wiele lepiej i mam niesamowite, żywe sny.

Więc dla mnie wyścig wioślarski był treningiem dobrowolnego dyskomfortu. Mimo że wiedziałem, jak się będę czuł 4 minuty później i tak to zrobiłem. I to buduje charakter, przygotowuje cię do poważnych wyzwań, które życie może Ci przynieść.

Andrzej: Ostatnie pytanie. Masz jakieś związki z Polską? Może jadłeś kiedyś pierogi albo bigos?

Bill: Nie, nie mam niestety żadnych związków z Polską. Dużo podróżujemy po świecie. Musieliśmy jednak zawiesić nasze plany. Mamy z żoną ponad 65 lat. Jesteśmy w grupie ryzyka i póki co na pewno nie chcemy wsiadać do samolotu. Ale Polska jest na liście miejsc, które chcielibyśmy odwiedzić. Są na niej te Chiny, mieliśmy w tym maju tego roku jechać do Japonii. Wielki świat czeka, by go odkryć. Póki co nie udało mi się zwiedzić Polski, ale mam nadzieję, że kiedyś to zrobię.

Andrzej: Dziękuję Ci Bill za Twój czas i rozmowę. Przekazałeś bardzo dużo wartościowych spostrzeżeń mnie i moim słuchaczom. Rozmowa z Tobą była dla mnie prawdziwą przyjemnością.

Bill: Dla mnie również. Dziękuję za zaproszenie.

Podcast Od laika do stoika

Głównym tematem odcinka jest szczęście. 

Korzystając ze współczesnych badań psychologicznych i historii z życia wziętych, pokazuje dlaczego pieniądze i sława nie tylko szczęścia nie gwarantują, ale często je wręcz uniemożliwiają.

Podpowiadam, jak samemu siebie, po stoicku, uczynić szczęśliwym, dzięki zdobyciu odporności i radości z życia.

kąciku naukowym prezentuję wyniki najdłuższego w historii świata badania nad szczęściem The Harvard Study of adult development. Dzięki niemu dowiesz się, jaki jeden aspekt życia w największym stopniu przyczynia się do naszego poczucia szczęścia i utrzymania dobrego zdrowia do późnej starości.

kąciku książkowym wyławiam merytoryczne perełki z książki Williama B. Irvine'a A Guide to the Good Life: The Ancient Art of Stoic Joy . Opowiadam o tym, jak radzić sobie ze zniewagami. Jak zamawiam denerwować się krytyką, znosić ją ze spokojem i uśmiechem na ustach.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #33

Chcesz czuć szczęście niemal każdego dnia Twojego życia? Bez zażywania dragów, bez zapisywania się do sekciarskiej organizacji i bez względu na okoliczności? Jeśli tak, zapraszam do wysłuchania tego odcinka!

Nazywam się Andrzej Bernardyn. Jestem trenerem biznesu z nurtu evidence based, ekspertem od rozwijania nawyków i praktykującym stoikiem. A to mój podcast Od laika do stoika, w którym pokazuję, jak możesz żyć inaczej. Jak zamiast wypruwać sobie żyły w pogoni za sukcesem, cieszyć się życiem tu i teraz, korzystając z mądrości stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.

Dzisiaj porozmawiamy o szczęściu. Być może będzie to dla Ciebie zaskakujące lub nawet nie dasz wiary moim słowom, ale istnieje prosty przepis na szczęśliwe życie. Dzisiaj Ci go zdradzę.

Najpierw opowiem Ci o tym, jak to możliwe, że nikt wcześniej Ci go nie zdradził. Potem pokażę Ci za czym większość współczesnych ludzi się ugania i dlaczego nie znajdują w tym szczęścia. Na koniec zdradzę, na czym według stoików polega szczęście i jak je uzyskać.

W kąciku książkowym wyłowię dla Ciebie kilka merytorycznych perełek z książki Williama Irvine’a The Guild to a Good Life, a w kąciku naukowych opowiem o najdłuższym badaniu naukowym nad szczęściem.

Rozkład jazdy już podany, no to ruszamy!

Niewiedza to nieszczęście

Amerykanie mają powiedzenie Ignorance is bliss, czyli niewiedza to błogosławieństwo. Czasem pewnie tak jest. Uważam jednak, że w większości przypadków jest odwrotnie - niewiedza to nieszczęście.

Zacznijmy od dowodu anegdotycznego z mojego życia, a dokładniej grejpfruta.

Podejrzewam, że znasz jego smak. Jak go opiszesz?

Ja przez większość swojego życia użyłbym dwóch określeń: gorzki i obrzydliwy. Teraz jednak jest to mój trzeci ulubiony owoc, zaraz po bananie i wiśni. Czemu grejpfrut zawdzięcza taki spektakularny awans w rankingu? Okazało się, że przez 27 lat jadłem go w niewłaściwy sposób.

Być może się zastanawiasz, jak on mógł źle jeść grejpfruta? Zżerał go razem ze skórką czy co? Otóż nie! Moi rodzice przekrajani owoc na dwie połówki i posypywali go cukrem. A potem wcinali łyżeczką. Nie mając innych wzorców – robiłem tak samo. Cukier tylko chrzęścił w zębach, ale niewiele zmieniał smak gorzkiego paskudztwa. To był ten zły sposób.

Poznanie dobrego sposobu zawdzięczam swojej żonie. Marta pokazała mi, że grejpfrutowa gorycz tkwi w białej skórce w środku owocu. I jak się zdejmie tą osłonkę, to sam miąższ jest przepyszny.

Przez 27 lat swojego życia źle jadłem grejpfruty. Sam siebie unieszczęśliwiałem, nie wiedząc, że można lepiej.

Zdaniem stoików z naszym życiem jest bardzo podobnie. Nieumiejętnie z niego korzystamy. Większość cierpienia, które doświadczamy, sami na siebie sprowadzamy. I jeśli tylko nauczymy się lepiej zarządzać swoimi myślami, pragnieniami i emocjami, ściągniemy z życia tę gorzką osłonkę i będziemy bardziej cieszyć się jego smakowitą zawartością.

Fura, skóra i zgrabna figura

Większość współczesnych ludzi ugania się za dwoma rzeczami: bogactwem i sławą. Chcemy mieć szmalu jak lodu i równie dużo INSTAwielbicieli. Zdaniem stoików pragnąc bogactwa i sławy, przegrywamy w grze o własne szczęście już na starcie. Zanim się jeszcze rozpoczęła. I to bez względu czy uda Ci się zdobyć majątek czy uznanie otoczenia.

Zacznijmy od pieniędzy.

Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają. Niektórzy dodają do tego, że może i tak, ale lepiej płakać w ferrari niż w maluchu. To jak to jest z tym związkiem między zarobkami a szczęściem?

Naukowcy też się tym tematem zajęli. Oto, co ustalili. W 2010 roku Daniel Kahneman and Angus Deaton opublikowali artykuł o tytule: High income improves evaluation of life but not emotional well-being, czyli wysokie zarobki poprawiają ocenę życia, ale nie dobrostan emocjonalny. Na podstawie swoich badań odkryli, że najbiedniejsi ludzie w Stanach Zjednoczonych często są nieszczęśliwi. Jeśli dostaną więcej pieniędzy, ich poczucie szczęścia wzrośnie. Do pewnego momentu. Po przekroczeniu progu 75 tysięcy dolarów rocznie, czyli ok. 6 tysięcy dolarów miesięcznie, wyższe zarobki nie przekładają się już w żaden sposób na poczucie szczęścia.

Ma to sens. Jeśli ktoś jest biedny i ledwo wiąże koniec z końcem, często będzie doświadczać negatywnych emocji, które mocno utrudniają mu cieszenie się życiem. Jeśli ktoś się zastanawia za co kupi jedzenie dla dzieci albo jak spłaci kolejną ratę kredytu, by bank nie zabrał mu domu – dodatkowe pieniądze realnie rozwiążą jego problemy i zwiększą szczęście.

Jeśli jednak pieniędzy Ci nie brakuje, nie musisz ciągle się o nie martwić, to czy zarabiasz 6 tysięcy miesięcznie, 16 tysięcy czy 60 tysięcy, przestaje decydować o Twoim szczęściu.

Mam dla Ciebie jeszcze ciekawsze badanie, przeprowadzone w 1978 roku przez Philipa Brickmana i Ronnie Janoff-Bulman, Lottery Winners and Accident Victims: Is Happiness Relative? Zwycięzcy loterii i ofiary wypadków: Czy szczęście jest względne?

Badacze przebadali 27 zwycięzców lotto. Okazało się, że wygrana ogromnej fortuny nie wpłynęła w znaczący sposób na ich szczęście. Dlaczego? Kontrast pomiędzy uczuciem euforii, gdy dowiedzieli się o wygranej sprawił, że trudno było im się cieszyć ze zwykłych, codziennych przyjemności. Z kolei nowe przyjemności szybko przestały ich cieszyć, w wyniku hedonistycznej adaptacji (habituacji), czyli efektu przyzwyczajenia się – traktowania doświadczenia jako czegoś zwyczajnego. Po mniej więcej roku od wygranej, zwycięzcy loterii byli tak samo szczęśliwi, jak przed złożeniem losu w kolekturze.

Podobnie z drugą grupą badanych, którzy w wyniku wypadku zostali sparaliżowani i skończyli na wózku inwalidzkim. Po początkowym szoku i drastycznym obniżeniu poczucia szczęścia, przyzwyczaili się do nowej rzeczywistości i byli tak samo szczęśliwi, jak przed wypadkiem.

Jak widzisz, a dokładniej słyszysz, pieniądze szczęścia w żaden sposób nie gwarantują. A mogą mu też wprost szkodzić. Zaraz wyjaśnię w jaki sposób.

Dodam tylko na marginesie, że stoicy nie mieli nic przeciwko zarabianiu pieniędzy czy ich posiadaniu. Gromadzenie oszczędności, jest wręcz zalecane, jako jeden ze sposobów na zwiększenie swojej odporności względem zewnętrznych wydarzeń. Problem tkwi nie w pieniądzach, a w naszym przywiązaniu się do nich oraz sposobie w jaki je wydajemy.

Wielu ludzi chce dużo zarabiać, by móc sfinansować luksusowy styl życia. Super chatę, wypasioną furę, markowe ciuchy, żarcie z topowych restauracji. A przyzwyczajenie się do luksusu to już prosta droga do nieszczęścia. Stoicy nazywają wręcz życie w luksusie chorobą duszy i uważają ją za dużo gorszą niż choroba ciała.

Z pewnością kojarzysz zblazowanych bogaczy, którym nic się nie podoba. Robią awanturę o najmniejsze niedociągnięcie. Głośno komentują swoje niezadowolenie, robią wręcz z tego show. Siadają w sfoszonej pozie, krzycząc z manierą: Kelner! Co to ma znaczyć! Moja zupa nie jest wystarczająco ciepła. Proszę mi natychmiast przynieść nową!

Są wręcz dumni z tego, jak trudno ich zadowolić. Na spotkaniach z innymi bogaczami, prześcigają się w wyliczeniu tego, jak ostatnio zostali źle potraktowani lub jak niekompetentni byli ludzie, którzy ich obsługiwali.

Być może uzyskują w ten sposób dodatkowe punkty do wyrafinowania i mogą nadąć swoje ego jeszcze bardziej, jednak tracą coś dużo cenniejszego. Żadna z codziennych, zwykłych przyjemności nie sprawia im już frajdy. Albo coś jest najlepsze albo jest do niczego. A rzadko kiedy bywa najlepsze. Dlatego większość życia przeżywają frustrując się i narzekając, mimo że opływają w luksusach.

Problem ten dotyczy nie tylko najzamożniejszych. Razem z moją żoną Martą i moimi dwoma przyjaciółmi, Tomkiem i Mateuszem, chodzimy do escape roomów średnio raz w miesiącu. Na początku każdy pokój z zagadkami był dla nas ekscytujący. Nawet jeśli nie wyglądał pięknie i nie miał superzaawansowanej technologii. Któregoś razu wpadłem na fatalny pomysł, by wejść na stronę lockme.pl i wyszukać tych pokojów, które były najwyżej w rankingu. Poszliśmy potem do najlepszych pokojów, zdaniem podobnych do nas escaperoomerów. Te z najwyższej półki szybko się skończyły i byliśmy zmuszeni wrócić do tych ze średniej. Nawet jeśli pokój był bardzo w porządku, to niesmak pozostawał. Bo nie było tak fajnie jak W lochach króla Artura czy Obłędzie. Pokój, który początkowo by nas oczarował, stawał się przeciętny i nieco rozczarowujący, przez kontrast z tymi najwypaśniejszymi. Sami sobie zgotowaliśmy ten los, zażywając luksusu.

Problemów z luksusem jest znacznie więcej. Jednym z nich jest to, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a to z kolei prowadzi do wiecznego głodu, którego nie da się zaspokoić. Moim pierwszym autem był złoty punciak, którego kupiłem za 9 tysięcy złotych ze stypendium ministra. Z wyposażenia nie miał nic, poza wspomaganiem kierownicy i immobilizerem. Nawet szybki były na korbkę. Za to nic się w nim nie psuło, przez brak elektroniki i służył mi dzielnie. Do momentu, kiedy nie rozbiłem go w wyniku zderzenia czołowego z innym pojazdem, ale to historia na inny odcinek podcastu. Moim kolejnym autem był Renault Modus, kupiony za ok. 17 tys złotych, czyli dwa razy więcej niż punciak. Modus miał już znacznie więcej bajerów. Elektryczne szyby i lusterka, centralny zamek, klimę. No żyć, nie umierać! Renault było o kilka klas wyżej niż moja złota strzała. Przyszedł jednak czas, gdy moje zarobki z prowadzenia szkoleń były na stabilnym wysokim poziomie i mogłem sobie pozwolić, by wziąć samochód w wynajmie długoterminowym. Czyli takim leasingu, w którym co miesiąc się płaci pewną sumę. Różnica jest taka, że w leasingu trzeba spłacać do końca, aż się staje właścicielem auta, a w wynajmie biorę umowę na 2-3 lata, oddaje auto i nie muszę szukać na niego kupca. Po długiej rozkminie zdecydowałem się na toyotę C-HR, która miała, z mojej perspektywy, wszystko. Automat, aktywny tempomat, hybrydowy silnik, wspomaganie kontroli trakcji, dzięki któremu auto samo skręca na zakrętach. Boskie narzędzie pracy dla trenera, który rocznie robi ok. 50 tysięcy kilometrów po całej Polsce. Wartość tej wypasionej fury to ok 100 tysięcy złotych. Po tym, jak mi się skończy umowa wynajmu, będę potrzebował znaleźć nowe auto. Już zobaczyłem w pojazdach znajomych bajery, których w mojej toyocie brakuje. Lusterka się same nie składają, gdy wyłączę silnik. Jak podejdę z kluczykiem w kieszeni, to auto się nie otworzy samo, gdy pociągnę za klamkę. W bagażniku nie ma pstryczka-elektryczka, którym mógłbym go otwierać i zamykać. Nagle samochód, który był spełnieniem moich marzeń, stał się oczywistością, do tego mocno wybrakowaną.

Tak właśnie kusi nas luksus. Zaczyna się niewinnie, początkowo dokonujemy niewielkich zmian, razem ze wzrostem naszych zarobków. Ale jak już raz wejdziemy na drogę dążenia do luksusu, bardzo trudno z niej zawrócić. A jak życiowa sytuacja zmusi nas do tego, to cierpimy podwójnie. Po pierwsze dlatego, że nie mamy już tego, co potraktowaliśmy jako normę. Po drugie musimy korzystać z gorszej wersji, cały czas narzekając, że nie jest tak dobra, jak wersja premium.

Z byciem bogatym wiąże się cała masa innych problemów, zwłaszcza jeśli dorobisz się fortuny w krótkim czasie. Tracisz przyjaciół i znajomych, którzy lubili z Tobą spędzać czas, ze względu na to, jakim jesteś człowiekiem. Dostajesz w zamian lizusów lub roszczeniowców, którzy ustawiają się do ciebie w kolejce jak do bankomatu.

Pojawiają się problemy, których istnienia nawet nie podejrzewałeś. Decyzje do podjęcia, dotyczące tego, jak zainwestować swoje pieniądze. Ryzyko włamania, kradzieży czy nawet uprowadzenia dziecka dla okupu. Pieniądze być może rozwiązują niektóre problemy, ale dokładają wiele innych.

Aby zgromadzić pokaźny majątek, trzeba zazwyczaj na niego ciężko zapracować. I nie mówię tutaj o pracy 8 godzin od poniedziałku do piątku. Ale o tyraniu po 80-100 godzin tygodniowo. Podejmowaniu wielu ryzykownych, bolesnych decyzji. Zaniedbywaniu potrzeb swoich i swojej rodziny.

Jak elokwentnie powiedział Jose Mujica, były prezydent Urugwaju:

Kiedy coś kupujesz, nie płacisz za to pieniędzmi! Płacisz godzinami swojego życia, które poświęciłeś, by na to zarobić.”

Czy kupienie zegarka za 50 000 zł zamiast tego za 500 zł jest faktycznie warte miesiąca czy choćby tygodnia życia dobrze zarabiającej osoby? Czy nabycie wielkiego, 300 metrowego domu z basenem za 2 miliony zł aż tak poprawi jakość życia w stosunku do 80 metrowego mieszkania? Warto oddać za nie kilka najlepszych, najbardziej produktywnych lat?

Zarówno stoicy jak i współcześni naukowcy mówią stanowcze nie! Jak napisał Marek Aureliusz w swoich Rozmyślaniach, to nie ubóstwo nas nęka, tylko pragnienie bogactwa.

Jakie praktyczne wnioski, możemy wyciągnąć z tych rozważań nad bogactwem?

Po pierwsze zadbaj o to, by mieć za co godnie żyć. By nie trzeba było się zastanawiać, za co zapłacić rachunki czy kredyt.

Po drugie – mądrze zarządzaj swoimi pragnieniami. Nie popadnij w chorobę duszy, czyli życie w luksusie. Dużo lepiej niż mieć Ferrari, jest tego Ferrari w ogóle nie pragnąć. Bo po jeżdżeniu Ferrari bezpowrotnie stracisz możliwość czerpania przyjemności z jazdy mniej wypasionymi furami. Nie mówiąc już, że koszt ubezpieczenia i napraw też przysporzy Ci nie lada zmartwień. Każda ryska na Twoim cudownym wozie będzie źródłem stresu, a strach przed kradzieżą, będzie Ci stale towarzyszył.

Po trzecie – gromadź oszczędności. Warto mieć pieniądze i użyć ich, gdy stoiccy bogowie albo los ześle na Ciebie komplikacje i problemy. Możliwość skorzystania z prywatnej służby zdrowia, zamiast czekania roku na zabieg, może uratować Ci zdrowie, a nawet życie.

Po czwarte – z zarobkami jest jak z rozmiarem buta. Jeśli but jest zbyt mały, będzie Cię cisnął i unieszczęśliwiał. Nie znaczy to jednak, że im większy rozmiar buta, tym lepiej. Zbyt duże obuwie sprawi, że buty co chwile będą Ci zlatywać i będą generować zupełnie inny zestaw problemów. Każdy z nas ma właściwy dla siebie rozmiar buta i właściwą, umiarkowaną wysokość zarobków. Za dużo to też niedobrze. 

 

Rozpracowaliśmy już związek pieniędzy ze szczęściem. Przejdźmy teraz do drugiego obiektu pożądania wielu współczesnych ludzi – do sławy. Sławę rozumiem tutaj bardzo szeroko, jako uznanie i akceptacje w oczach innych ludzi. Nie chodzi więc tylko o bycie celebrytą, setki tysięcy followersów w mediach społecznościowych czy bycie autorem książki z tysiącami pięciogwiazdkowych recenzji. Tego nie każdy pragnie.

Natomiast potrzeba bycia ważnym i szanowanym, choćby w lokalnej społeczności czy gronie znajomych, to już coś dużo bardziej powszechnego.

Dlaczego dążenie do zdobycia i utrzymania sławy to kiepski przepis na szczęście? Jest ku temu wiele powodów.

Po pierwsze – bycie popularnym jest czymś w dużej mierze niezależnym od Ciebie i Twoich starań. Możesz inwestować mnóstwo czasu i energii w tworzenie wartościowych treści i ich promocje, ale jeśli nie będziesz mieć szczęścia, mało kto je zobaczy. Zostanie sławnym częściej jest wynikiem działania przypadku niż zasługi. Wielu ludzi, którzy zasługiwało na bycie sławnymi, nimi nie zostało. Przypomnij sobie chociażby malarzy, których dzieła są teraz sprzedawane za miliony dolarów, a za życia nikt nie chciał ich kupić. Z drugiej strony mamy ludzi, którzy są sławni, ale bynajmniej na uwagę nie zasługują. Różnej maści celebrytów, którzy są znani wyłącznie z tego, że są znani.

Staranie się o zostanie sławnym jest jak kupowanie biletu na loterii. Chętnych na wygraną jest bardzo wielu, zwycięża jeden na milion.

Po drugie – Tak jak „łaska pańska na pstrym koniu jeździ”, czyli przychylność zamożnych, wysoko postawionych osób jest bardzo niestabilna, podobnie jest z miłością wielbicieli. Jednego dnia mogliby nosić Cię na rękach i zrobić dla Ciebie wszystko. Za tydzień, nie z twojej winy, możesz popaść w ich niełaskę.

Budowanie swojego poczucia szczęścia na tak nietrwałym fundamencie, jest jak stawianie domku z kart na plaży. Wystarczy nieuważne dziecko albo lekki powiew wiatru znad morza, by runął efekt Twojej ciężkiej pracy. I nie jest to też kwestia tego CZY Twoja sława minie lub zamieni się w niesławę, ale KIEDY się to stanie.

Po trzecie – oddawanie władzy nad swoim samopoczuciem w ręce innych ludzi, to delikatnie mówiąc szalony pomysł. Jeśli jeszcze byłyby to spracowane ręce Twojej mamy, która mocno Cię kocha i chce dla Ciebie jak najlepiej – jest szansa, że to wypali.

W przypadku sławy dajesz władzę nad swoim szczęściem ludziom, których nie znasz i wcale nie wszyscy Ci dobrze życzą. Część z nich z wielką satysfakcją popatrzy na Twój upadek. I nawet jeśli ta złośliwa część Twojej publiczności jest niewielka, jej ukąszenie może wystarczyć, by zepsuć Ci dzień. Wystarczy przeczytać wywiady z youtuberami, którzy przestrzegają przed czytaniem komentarzy pod swoimi wideo. Bo nawet jeśli na 100, 99 jest przychylnych, a tylko 1 jest jadowitą krytyką – ten jeden zapamiętają najmocniej i będą o nim długo myśleć. Możesz też obejrzeć, np. na netflixie, film dokumentalny o Taylor Swift pt. Miss America, w którym pokazane jest jak przez krytykę ze strony fanów na wiele miesięcy przestała tworzyć i popadła w depresję.

Po czwarte - jeśli zależy nam na sławie, zamiast być sobą i żyć zgodnie ze swoimi wartościami, zachowujemy się tak, by przypodobać się innym. Tymi innymi może być anonimowe grono wielbicieli, ale równie dobrze jest to grupa naszych rówieśników, kumpli, a może nawet pojedyncze osoby – tata, mama czy teściowa. Jak długo będziesz uzależniać swoje szczęście od ich aprobaty, jesteś na przegranej pozycji. Stoik jest samowystarczalny, jeśli chodzi o swojego szczęście. Od nikogo ani niczego go nie uzależnia.

Zaraz przejdę do tego, jak to szczęście osiągnąć. Chciałem jednak wcześniej Cię trochę pocieszyć. Być może z zazdrością spoglądasz na ludzi, którym się „lepiej powodzi”, czyli zarabiają więcej od Ciebie, są bardziej popularni w środowisku, do którego Ty również należysz. Pamiętaj, że pieniądze i sława nie tylko szczęścia nie gwarantują, ale w wielu sytuacjach je wręcz uniemożliwiają. Zamiast gonić za nimi i rozczarować się po ich zdobyciu, lepiej jest skierować swoją energię w inne miejsce.

Stoicki przepis na szczęście

Uwaga, stoicka sentencja:

Do tego by żyć szczęśliwie nie potrzeba wielkiego zasobu środków. Każdy jest w stanie uczynić siebie szczęśliwym. Seneka

Czego zatem potrzebujemy, by móc samemu uczynić się szczęśliwym, zdaniem stoików? Tylko dwóch rzeczy. Odporności i radości.

Odporności, czyli nieprzejmowania się, gdy życie potoczy się inaczej niż sobie tego wymarzyliśmy. Radości, czyli autentycznego cieszenia z tego, co już mamy.

O tym jak zdobyć tę odporność opowiadałem w poprzednim, 32. odcinku podcastu. Zapraszam do wysłuchania lub przypomnienia go sobie. Dziś dodam kilka nowych elementów.

Zacznijmy od pragnień. Zdaniem stoików mamy pełną kontrolę nad tym, czego pragniemy. To czy uda nam się te pragnienia zaspokoić, to już zupełnie inna para kaloszy. Ale to my decydujemy, czy uznamy daną rzecz za ważną dla nas czy też nie.

Dla stoika dużo większą wartością jest nie pragnięcie ferrari czy innego lamborghini niż jego rzeczywiste posiadanie.

Pragnienie rzeczy niezależnych, takich jak pieniądze i sława, unieszczęśliwia nas na wiele sposobów. Co zatem powinniśmy zrobić? Dokonać przesunięcia przedmiotu starań. Uniezależnienia siebie i swojego szczęścia od dóbr zewnętrznych. Jak to określił Muzoniusz Rufus, jeden z 4 wielkich rzymskich stoików:

„Lepiej ponieść trud wychowania własnych żądz, niż trudzić się, by zdobyć cudzą żonę. Zamiast zabiegać o pieniądz, ćwiczyć się, by niewielu ich potrzebować. Zamiast czynić wysiłki w celu zdobycia sławy, usilnie starać się, by nie być jej żądnym.”

Właściwe zarządzanie pragnieniami to klucz to szczęścia. Jeśli będziesz pragnąć 100 rzeczy, bardzo trudno będzie Ci je wszystkie zdobyć. To z kolei sprawi, że będziesz czuć się nieszczęśliwie, bo tak wielu rzeczy Ci brakuje. Jeśli jednak będzie Ci zależało tylko na 10 rzeczach, znacznie łatwiej będzie Ci posiąść każdą z nich i mieć wszystko, czego potrzebujesz do szczęścia.

Stoicy dokonują też ciekawego podziału na pragnienia naturalne i nienaturalne. Naturalne pragnienie to takie, które da się zaspokoić. Jeśli jesteś głodny i zjesz posiłek – przestajesz czuć głód. Podobnie z pragnieniem – napijesz się wody albo zimnego piwka i problem z głowy. Nienaturalne pragnienia to z kolei takie, których zaspokoić się nie da. Żądza bogactwa nigdy się nie kończy. Podobnie ze sławą. Ciągle chce się więcej, bo apetyt na te rzeczy, rośnie w miarę jedzenie. Powinniśmy więc wystrzegać się jak ognia, nienaturalnych pragnień, bo są one jak czarna dziura, która wyssie całą radość z twojego życia.

Inna stoicka rekomendacja dotycząca odporności, to nie komplikowanie sobie życia na własne życzenie. Weźmy na przykład romans. Mając kochankę żyłbym w ciągłym stresie. Musiałbym inwestować masę czasu w zacieranie śladów mojego pozamałżeńskiego związku, a i tak drżałbym, że żona w końcu się dowie. Z drugiej strony obawiałbym się, że moja kochanka sama któregoś razu powie wszystko mojej żonie. Żadne cielesne uciechy z kochanką, nie zrekompensowałyby mi ciągłego życia w napięciu i obawie, że wszystko się wyda. Nie mówiąc już o poczuciu winy, z zafundowania głębokiej i trwałej krzywdy psychicznej swoim dzieciom.

Możemy uwikłać się nie tylko w romans, ale także w szemrane interesy. Robimy coś nielegalnego, licząc na szybkie wzbogacenie się. I gdy już się nachapaliśmy, chcemy się rakiem wycofać. Ale to nie takie proste. Masz biznesowy partner nie chce nas tak łatwo wypuścić i grozi, że jeśli go zostawimy, złoży anonimowy donos do prokuratury. Bo to my wykonywaliśmy czarną robotę, a on na papierze jest czysty.

Możemy zabrnąć w naszym w życiu w sytuacje bez wyjścia, jak w antycznej tragedii. Każdy wybór prowadzi do katastrofy. Jedyny sposób, by tak marnie nie skończyć, to w ogóle się w te sytuacje nie pakować.

Ostatnia rzecz, do której zachęcę dzisiaj w ramach budowania własnej odporności, to gromadzenie kapitału – finansowego i społecznego. Tak jak wspominałem, warto mieć oszczędności, bo za pieniądze można rozwiązać wiele problemów. Jeśli zamiast podnosić poziom swojego życia i fundować sobie luksusową chorobę duszy, gromadzisz kapitał na czarną godzinę, jest to zdecydowanie dobry pomysł. Nie tylko pieniądze przydają się w trudnych sytuacjach, również ludzie i znajomości mogą okazać się bezcenne. Dlatego warto dla każdego być życzliwym i wspierać go w ramach swoich możliwości. Nigdy nie wiesz, kiedy będzie Ci potrzebna pomoc danego człowieka. 

Wiemy już, jak zwiększyć swoją odporność na życiowe komplikacje. Przyjrzyjmy się teraz drugiemu składnikowi stoickiego szczęścia. Umiejętności cieszenia się z życia.

Jak to jest. Stawiamy sobie ważny dla nas cel, np. napisanie książki, wycieczka do Indii czy kupienie sobie nowego auta. Tak bardzo nam zależy na tym, żeby się to udało. Wkładamy dużo wysiłku i w wyniku ciężkiej pracy, w końcu spełniamy swoje marzenie. Czujemy euforię! Życie jest takie wspaniałe. Moglibyśmy wykrzyknąć: Trwaj chwilo! Jesteś piękna.

A za pół roku? Nawet o tym nie pamiętamy. Osiągnięcie tego wielkiego celu, w żaden sposób nie przełożyło się na trwałe poczucie szczęścia w naszym życiu. Co za to odpowiada?

W psychologii nazywa się ten efekt rozmaicie. Hedonistyczna adaptacja, habituacja, prawo hedonistycznej asymetrii. Wszystko sprowadza się do tego, że bardzo szybko przyzwyczajamy się do nowej zdobyczy i traktujemy ją jako coś oczywistego. Zapominamy o radości, jaką nam początkowo dała. Nasza uwaga sama kieruje się nie w stronę tego, co już mamy, ale tego, czego nam brakuje.

A myśląc w kółko o swoich deficytach, trudno jest być szczęśliwym. Wyobraźmy sobie Anie. Ania ma 25 lat i bardzo przejmuje się swoim wyglądem. Chce być piękna. Stworzyła sobie całą listę swoich niedoskonałości i pełna motywacji rozpoczyna prace nad zmianą swojego wyglądu. Nie podoba jej się oponka na brzuchu. Zaczyna więc chodzić na siłownie, biega jak szalona na bieżni, poci się niemiłosiernie na orbitrekach i po kilku miesiącach jest! Oponka z brzucha zniknęła. Sukces! Czy jednak Ania celebruje zwycięstwo? Nie! Od razu bierze się za kolejny punkt z listy. Jest niezadowolona ze swoich słoniowych ud i obwisłego tyłka. Zaczyna więc wykonywać ćwiczenia na dolne partie mięśni i po kilku miesiącach osiąga zadowalający efekt. Czy Ania już jest szczęśliwa i zadowolona ze swojego wyglądu? Nie, bo ma, według siebie, żółte zęby. Zaczyna więc, koncentrować swoją uwagę na regularnym szczotkowaniu pastą 3D white, żeby mieć olśniewający biały uśmiech.

Najsmutniejsze w tej historii jest to, że jeśli Ania nie poprzestawia kilku rzeczy w swoim sposobie myślenia o swoim ciele i swoich przekonaniach, nigdy nie będzie szczęśliwa. Zawsze czegoś jej będzie brakować. Zamiast cieszyć się z postępów, które dokonała, będzie stale myślała o tym, co jeszcze musi zrobić, by móc uznać się za piękną. A być może nawet po odhaczeniu wszystkiego ze swojej listy, dalej nie będzie ze swojego wyglądu zadowolona.

Jak zatem bardziej cieszyć się z tego, co mamy? Jan Kochanowski ma dla nas podpowiedź:

Ślachetne zdrowie, Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, Aż się zepsujesz.

Innymi słowy, doceniamy zdrowie, dopiero w momencie, gdy je stracimy. Jest tak nie tylko ze zdrowiem. Dwa dni temu byliśmy z rodziną w Ostródzie na Mazurach, na placu zabaw. Moja starsza córka zostawiła na nim swoją ukochaną lalę – Annę z Krainy Lodu. Zorientowała się dopiero, gdy byliśmy w samochodzie wiele kilometrów od placu zabaw. Co było jednak robić – zawróciłem auto, zaparkowałem je w pobliżu placu zabaw i udałem się na poszukiwania. Po przeszukaniu wszystkich huśtawek, zjeżdżalni i karuzeli, wreszcie odnalazłem Annę. Gdy wróciłem z lalą Aria wręcz zawyła z radości. Nigdy, może poza dniem, gdy ją dostała, tak bardzo się nie cieszyła z tego, że ją ma.

W swojej młodości wymyśliłem wraz z przyjaciółmi, że w wakacje pozwiedzamy zamki na Dolnym Śląsku. A jest ich kilkadziesiąt, więc mieliśmy w czym wybierać. Stworzyliśmy listę kilkunastu, które nas najbardziej interesowały.

Skończyło się na trzech i chlaniu w Bolkowie. Była w tym mieście restauracja Basztowa, w której codziennie się stołowaliśmy. Jadło było w niej wyśmienite, trzeba było jednak na nie solidnie zaczekać. 30-40 minut od złożenia zamówienia. Początkowo myśleliśmy, że to wada lokalu. Jednak przez czas oczekiwania zdążyliśmy za każdym razem porządnie zgłodnieć i przez to odczuwaliśmy większą przyjemność z jedzenia pysznych dań.

Tak już działa ludzka psychika, że łatwiej nam docenić wagę czegoś poprzez kontrast. Zimno niekoniecznie jest przyjemne. Ale jeśli jest upalny dzień, to lodowate piwko może być źródłem olbrzymiej satysfakcji. Podobnie z ciepłem – może być przykre. Jeśli jednak spędzimy kilka godzin na mrozie, na którym odmarzną nam uszy, brwi zajdą szronem, a palce zmienią się w sztywne patyki, to rozgrzewające ciepełko będzie szczytem rozkoszy.

Nigdy też nie zapomnę, jak jechaliśmy autobusem do Gdańska na Finały Odysei Umysłu – organizacji, która uczy kreatywności i współpracy w grupie. Jednej z sędzin bardzo chciało się zrobić siku. Ale w naszym autobusie nie było toalety. Nie było się też gdzie zatrzymać. Na twarzy młodej kobiety widać było cierpienie, nasilające się z każdą sikundą, znaczy sekundą. Gdy w końcu zatrzymaliśmy się na parkingu, sędzina wystrzeliła jak z procy, pobiegła w krzaczory i poczuła błogą ulgę. Powiedziała później, że ta ulga była dla niej źródłem większej przyjemności niż seks.

Jak zatem zdaniem stoików powinniśmy postępować, by bardziej cieszyć się swoim życiem?

O powstrzymywaniu się przed sikaniem nic w żadnym ze stoickich pism, nie udało mi się wyczytać i ze względów zdrowotnych tej techniki nie polecam. Jednak już wstrzymanie się z jedzeniem posiłku, do momentu poczucia lekkiego głodu, będzie bardzo rozsądną strategią. Pozwoli nam się nie przejadać, jedząc na okrągło, a także zwiększyć satysfakcje z jedzenia.

Skoro doświadczenie braku, straty pozwala nam lepiej coś docenić, możemy je spreparować. Jedną z technik, która nam w tym pomoże jest specjalna odmiana premeditatio malorum, którą nazywam Ostatnim Razem. Stoicy zalecają np., by gdy całujesz swoje dziecko na dobranoc, wyobrazić sobie, że robisz to ostatni raz – że Twój syn lub córka już się nie obudzą.

Wiem, że brzmi to strasznie i bardzo nieprzyjemnie, ma jednak swój sens. Jeśli na serio wyobrazisz sobie, że możesz stracić bliskie Ci osoby w każdej chwili, istnieje wielka szansa, że zaczniesz traktować ich obecność w swoim życiu, nie jako oczywistość, ale jako wyjątkowy dar, który warto doceniać. Następnego dnia chętniej wyjdziesz ze swoim dzieckiem pobawić się do parku, mając świadomość, że być może to ostatni raz, kiedy możesz to zrobić. Łatwiej będzie Ci znieść fochy dziecka, gdy pomyślisz, że może ostatni raz, widzisz jak się denerwuje, bo przegrał w planszówce.

Gdy będziesz w swojej ulubionej restauracji, też pomyśl o tym, że być może jesz w niej ostatni posiłek. Że nastąpi jakaś katastrofa, jak pandemia koronawirusa, po której restauracja się zamknie i to na amen. Bo właściciel splajtuje i już nigdy jej nie otworzy. Tworząc w głowie taką wizję, zwiększysz intensywność odczuwanej przyjemności z posiłku, który właśnie jesz, nie dopłacając za to ani złotówki.

Inną, choć trochę podobną technikę zaproponował Marek Aureliusz w 7 księdze Rozmyślań: „Z tego, co masz, wybierz to, co najbardziej jest cenne, i pomyśl, z jakim byś trudem się o to starał, gdyby tego nie było.”

Wyobraź sobie, że tracisz zdrowie Ty, Twój partner lub Twoje dziecko. Ile poświęcisz, by je odzyskać? Jak błahe stałyby się codzienne problemy, jak nieistotne starania o zagraniczny wyjazd czy nowsze auto? Pozbawiając się w ramach eksperymentu myślowego czegoś bardzo wartościowego w Twoim życiu, możesz to dużo bardziej docenić.

Zachęcam też do prowadzenia dziennika wdzięczności, w którym codziennie zapisujesz, co dobrego się w Twoim życiu wydarzyło. Za co i komu możesz podziękować. Jeśli nagle zaczniesz się frustrować, że nie dostaniesz czegoś, na czym bardzo Ci zależało, zajrzyj do tego dziennika. Przekonasz się wtedy, że masz 99 innych rzeczy, za które możesz okazać wdzięczność. Wtedy dużo łatwiej będzie Ci nie przejmować się tym drobnym powodzeniem, a cieszyć łaskami, którymi obdarzyło Cię życie.

I tym optymistycznym akcentem, kończymy rozważania nad głównym tematem odcinka i przechodzimy do kącików tematycznych.


Kącik naukowy

The Harvard Study of adult development to prawdopodobnie największy projekt badawczy w historii. Przez 75 lat śledzono życie 724 ludzi, pytając ich o ich prace, życie domowe i zdrowie. Było to bardzo dokładne badanie. Badacze nie ograniczyli się tylko do wysłania kwestionariusza. Rozmawiali z badanymi w ich salonach. Robili im testy krwi, tomografie mózgu, przepytywali ich dzieci. Co wyniknęło z dziesiątek tysięcy stron zebranych informacji?

W skrócie: Dobre relacje czynią nas szczęśliwszymi i zdrowszymi.

Zacytuję teraz bardziej szczegółowe wnioski z raportu:

Odkryliśmy trzy ważne fakty o relacjach międzyludzkich. Po pierwsze, relacje społeczne są dla nas bardzo dobre, a samotność zabija. Okazuje się, że ludzie bardziej związani z rodziną, przyjaciółmi czy społeczeństwem, są szczęśliwsi, fizycznie zdrowsi i żyją dłużej niż ci, którzy nie utrzymują takich kontaktów. Samotność jest toksyczna. Ludzie, którzy są bardziej odizolowani od innych niż by tego chcieli, są mniej szczęśliwi, ich zdrowie pogarsza się wcześniej w wieku średnim, ich funkcje mózgowe szybciej się pogarszają i żyją krócej niż ci, którzy nie są samotni.

Wiemy, że można być samotnym w tłumie i można być samotnym w małżeństwie. Więc drugą ważną lekcją jest to, że nie chodzi tylko o liczbę przyjaciół ani o bycie w stałym związku, ale o jakość bliskich relacji. Okazuję się, że życie w konflikcie źle wpływa na zdrowie. Bardzo konfliktowe małżeństwa, bez wielkiego uczucia, źle wpływają na nasze zdrowie, może nawet gorzej niż rozwód. Życie w dobrym, ciepłym związku jest ochroną.

Trzecim ważnym odkryciem o związkach i zdrowiu jest to, że dobre relacje nie tylko chronią ciało, ale także mózg. Okazuję się, że stabilny związek w wieku 80 lat działa jak ochrona. Ludzie, którzy są w związkach, w których czują, że będąc w potrzebie, mogą polegać na drugiej osobie, dłużej zachowują lepszą pamięć. Ludzie w związkach, w których czują, że nie mogą liczyć na drugą osobę, wcześniejszej tracą pamięć.

Dobre relacje są kluczowe do szczęśliwego życia. Z drugiej strony francuski pisarz i filozof Jean Paul Sartre napisał, że piekło to inni ludzie. O tym, jak budować zdrowe relacje, po stoicku, opowiem w innym odcinku podcastu.

Kącik książkowy

Kącik naukowy wysprzątamy, przejdźmy zatem do ostatniego punktu programu, kącika książkowego.

Dziś chcę Ci polecić książkę A Guide to the Good Life: The Ancient Art of Stoic Joy Williama B. Irvine’a. To kompletny przewodnik o tym, jak żyć szczęśliwie, będąc stoikiem. Teraz zaprezentuje Ci drobny wycinek tej książki, dotyczący tego, jak lepiej radzić sobie ze zniewagami. Trzy konkretne techniki wyjmowania żądła z kąśliwej uwagi.

Po pierwsze – warto się zastanowić, czy osoba wygłaszająca zniewagę, nie mówi przypadkiem prawdy. Jeśli ktoś np. naśmiewa się z Twojej łysiny, a faktycznie jesteś łysy, nie jest to zniewaga, tylko stwierdzenie faktu. Warto popracować nad akceptowaniem różnych swoich niedoskonałości – krzywych zębów, wielkiego nosa, śmiesznego nazwiska, podeszłego wieku. Jeśli pogodzimy się z faktami, nikt nie będzie w stanie nas nimi zranić. Wręcz przeciwnie – my będziemy mogli się z nich śmiać, pokazując dystans do siebie i poczucie humoru.

Po drugie – zastanów się, ile o Tobie wie osoba miotająca obelgę. Czy dobrze Cię zna? Czy może ma wyłącznie informacje z drugiej ręki? Ktoś może powtarzać to, co gdzieś usłyszał albo coś, co źle zrozumiał. Zamiast się obrażać, warto sprostować informacje i powiedzieć, jak jest naprawdę. Że to, co ktoś o nas myśli to fake news.

Po trzecie – zastanów się, kim jest osoba, która Cię krytykuje. Jeśli krytyczne uwagi wyraża ekspert w temacie, zamiast się denerwować, warto mu podziękować, za informacje zwrotną, za którą normalnie ekspert pobiera niemałe wynagrodzenie. Dzięki jego uwagom możemy się czegoś nauczyć, coś poprawić.

Jeśli zaś krytykuje mnie osoba, która ma zupełnie inny zestaw wartości ode mnie, zamiast czuć urazę, powinienem czuć ulgę. Jeśli człowiek uważający, że celem życia jest chlanie, ćpanie i posuwanie pochwalałby moje wybory – wtedy mógłbym się zaniepokoić. Jeśli jednak krytykuje moje decyzje, powinienem to potraktować jako dowód na to, że robię to, co należy.

Jeśli masz ochotę przeczytać więcej wskazówek, które wyłowiłem z tej błyskotliwej książki – wejdź proszę na stronę odlaikadostoika.pl/newsletter i zapisz się na usługę delegowania czytania. Będę Ci wysyłał na maila moje szczegółowe notatki z książek, które czytam.

Na koniec mam dla Ciebie jeszcze jedną atrakcję. Niedługo będę przeprowadzał wywiad z autorem książki, z której dzisiaj wyławiałem merytoryczne perełki. Pomyśl proszę, jakie pytanie chciałbyś zadać profesorowi Irvine’owi? Wyślij je do mnie na adres andrzej.bernardyn@gmail.com albo poprzez media społecznościowe. Obiecuję, że część z pytań do wywiadu będzie pochodziło od moich słuchaczy.

A na dzisiaj to już wszystko. Do usłyszenia w kolejnym odcinku.Żegna się, Andrzej Bernardyn.

[w intro i outro podcastu użyty został utwór fragment utworu the Path of the Golbin King Kevina MacLeoda ]

Podcast Od laika do stoika

Głównym tematem odcinka jest zwiększanie odporności psychicznej. 

Omawiam szczegółowo 2 stoickie techniki - premeditatio malorum i trening dobrowolnego dyskomfortu - które w niezwykle skuteczny sposób, pomagają przygotować się na różne życiowe komplikacje.

kąciku naukowym wyjaśniam, jakie są naukowe korzenie koncepcji strefy komfortu oraz 2 główne nieporozumienia związane z tym tematem: o tym, jakie doświadczenia mieszczą się w strefie komfortu oraz o tym, że nie należy z niej wychodzić, tylko ją rozszerzać.

kąciku książkowym wyławiam merytoryczne perełki z książki Williama B. Irvine'a Wyzwanie stoika, jak dzięki filozofii odnaleźć w sobie siłę, spokój i odporność psychiczną. Opowiadam o tym, jak zmienić swoje podejście do przeszkód, dzięki zastosowaniu tytułowego stoickiego wyzwania.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #32

Podobno „Stoik, to taki ktoś, co go nic nie rusza”. Jeśli chcesz zwiększyć swoją odporność psychiczną, tak by mniej rzeczy Cię ruszało, zapraszam do wysłuchania tego odcinka!

Cześć. Witaj w podcaście od Laika do stoika, w którym układamy życie na nowo, korzystając ze stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.

Dzisiaj porozmawiamy o odporności. O tym jak uzyskać legendarny stoicki spokój, bez względu na okoliczności.

Zaczniemy od tego, że są w życiu sytuacje, w których chcemy, żeby coś nas poruszyło czy nawet wzruszyło. Praca nad odpornością psychiczną nie sprawia na szczęście, że nasze serce zamienia się w twardy głaz z piosenki Lombardu.

Następnie przyjrzymy się dwóch stoickim technikom, które pomogą nam pozostać niewzruszoną osobą, gdy zachowanie zimnej krwi i chłodnej oceny sytuacji jest bardzo pomocne. Omówimy premeditatio malorum i trening dobrowolnego dyskomfortu.

W kąciku książkowym opowiem o najnowszej książce Williama Irvinga Wyzwanie stoika, a w kąciku naukowym wyjaśnimy sobie kilka nieporozumień związane z koncepcją strefy komfortu.

Rozkład jasny już podany, no to ruszamy!

Kiedy nie warto być niewzruszonym

Stoicyzm to filozofia, pokazująca jak wieść dobre, wartościowe życie. To także zestaw praktyk, ćwiczeń umysłowych, które pomagają nam się uporać z różnymi problemami. Oczywiście można skorzystać z pełnego pakietu: filozofia + praktyka. Są jednak osoby, które mimo tego, że nie zostają pełnokrwistymi stoikami, ochoczo korzystają ze stoickich technik.  

Jest tak z wieloma innymi aktywnościami. Możesz chodzić na jogę, żeby się rozciągać, bez oddawania się jogowym praktykom duchowym. Możesz regularnie medytować, nie zostając przy tym zen buddystą. Podobnie nie musisz zostawać stoikiem, czyli przyjmować określony światopogląd, wartości, by móc korzystać z dobrodziejstw stoickich technik.

Ja też nie mam ambicji, by nawracać słuchaczy podcastu na stoicyzm. Zapraszać ich na potajemne schadzki, podczas których kłaniamy się z szacunkiem posągowi Marka Aureliusza, wykrzykując ekstatycznie hegomonikon! Żartuję, nic mi o podobnych spotkaniach nie wiadomo. Ale jak ktoś je organizuje, to dajcie mi znać.

Zamiast tego, chce w tym podcaście prezentować różne stoickie rozwiązania problemów współczesnego człowieka. Bierz to, co Ci odpowiada, ignoruj to, co nie do końca Ci podpasowało. Nie musisz przyjmować wszystkiego z dobrodziejstwem inwentarza.

Ja mimo tego, że jestem praktykującym stoikiem, korzystam zarówno z filozofii, jak i praktyk stoickich, też w niektórych sytuacjach ten swój stoicyzm zawieszam. W wielu sytuacjach daje się porwać odruchom serca, które mi jeszcze nie skamieniało.

Potrafię się wzruszyć oglądając film do tego stopnia, że do moich oczu napływają łezki. Gdy dzieci pójdą spać i mamy z żoną dla siebie czas tylko we dwoje, reaguje na bliskość z nią w zdecydowanie niestoicki sposób.

20 dni przed nagraniem tego podcastu zmarł mój dziadek Czesław. Jak głupio, by to nie zabrzmiało, to był mój ostatni dziadek. Nie mam już ani dziadka ani babci. Z dziadkiem Czesławem mam wiele dobrych wspomnień, gdy wspólnie graliśmy w brydża, spędzałem wakacje w jego domu koło Gorlic albo gdy opowiadał mi o swojej działalności w Armii Krajowej. Jego śmierć nie była dla mnie zaskoczeniem – miał 95 lat, od dłuższego czasu chorował na cukrzyce.

Mogłem skorzystać z wielu technik w swoim stoickim arsenale, by spróbować szybciej i lepiej poradzić sobie z emocjami smutku i żalu, które pojawiły się w moim sercu. Nie chciałem jednak tego robić. Zależało mi na tym, by przeżyć w możliwie pełny sposób żałobę po swoim dziadku.

Są więc takie sytuacje, w którym z premedytacją wybieram, by nie być niewzruszonym. Obcując ze sztuką, ze swoją żoną czy ze śmiercią bliskiej mi osoby. Mój stoicyzm nie ograbia mnie z możliwości przeżycia w tych chwil w normalny sposób.

Podsumujmy tą część podcastu błyskotliwą sentencją:

SENTENCJA: Gdy wzrusza Cię przepiękna muzyka, nie czas wtedy odgrywać stoika.

Tak przy okazji wyjaśnię. W tym podkaście regularnie będą się pojawiać różne sentencje. Ich funkcją nie jest popisanie się przeze mnie swoimi wątpliwymi poetyckimi talentami. Nie mam też ambicji stawać w szranki z Paulo Coehlo ani porażać Cię głębią myśli. Celem sentencji jest ułatwienie Ci zapamiętania prezentowanych w podcaście treści. Krótkie rymowane zdanie zazwyczaj jest w tym pomocne. Koniec off-topu.

W wielu sytuacjach życiowych lub zawodowych, bycie opanowanym czy wręcz zdystansowanym jest szalenie pomocne. Przejdźmy zatem do tego, jak zachować stoicki spokój, nawet gdy czasem grunt osuwa się pod nogami.

Premeditatio malorum

Premeditatio malorum to jedna z najbardziej znanych stoickich praktyk. Polega ona na przewidywaniu złych wydarzeń i przygotowaniu się na nie zawczasu. Opowiem Ci o tym, jakie korzyści daje ta technika. Kiedy i dlaczego warto ją stosować. Przekażę Ci kilka różnych wariantów, w których tę technikę możesz wykonać.

Zacznijmy od korzyści z praktykowania premeditatio malorum. Jest ich cała masa! Po pierwsze, przewidując różne trudności, możesz zapobiec ich wystąpieniu. Załóżmy, że jedziesz samochodem z Wrocławia do Białegostoku i wiesz, że po drodze trzeba będzie zatankować. Zastanawiając się, co może pójść nie tak, łatwo wyobrazić sobie sytuacje, w której będzie problem z płatnością kartą. Bo terminal się popsuł na stacji. Albo są grube chmury i sygnał nie przechodzi. Po co się stresować sytuacją, że zatankowałeś i nie masz jak teraz zapłacić? Lepiej jest zawczasu wypłacić we Wrocławiu gotówkę z bankomatu. W ten sposób przygotowujesz się na wiele innych komplikacji. Np. coś Ci się popsuje w aucie i trzeba będzie podjechać do najbliższego warsztatu, w którym nie można płacić kartą. Mówi się, że przezorny zawsze ubezpieczony. Dodałbym, że jest też zawsze przygotowany. Oczywiście nie na każdą ewentualność. Nie zastanawiam się na przykład nad tym, co zrobię, jeśli uprowadzą mnie kosmici albo jeśli znajdę się na trasie porachunków gangsterskich. Biorę jednak pod uwagę te komplikacje, które są prawdopodobne i poprzez odpowiednie przygotowanie, mogę pozostać niewzruszony, gdy się pojawią.

Druga korzyść z premeditatio malorum, to przygotowanie sobie planu działania, gdy komplikacja wystąpi. Czasem nie da się przeciwdziałać jej wystąpieniu. Trzymając się przykładu podróży samochodem – może być wypadek na autostradzie, który spowoduje, że stanę w wielogodzinnym korku. Na to nie mam wpływu. Mogę jednak zawczasu naładować swojego kindla z setką fajnych książek do przeczytania i umieścić go w zasięgu swojej ręki w samochodzie. Wtedy zamiast frustrować się, że nie mogę jechać tak szybko, jakbym chciał, będę się cieszył, że znalazłem czas na poczytanie książki, która mnie interesuje.

Mogę też spakować przed wyjazdem butelkę z wodą, paczkę orzechów, kilka jabłek i banana, żebym miał czym zaspokoić głód i pragnienie.

Choć sytuacja stania w wielogodzinnym korku nie jest specjalnie przyjemna i dobrowolnie bym jej nie wybrał, to mając przy sobie kindla, picie i jedzenie – mogę przyjąć ją ze spokojem, zamiast się wściekać i biadolić.

Trzecia korzyść z praktykowania premeditation malorum to podjęcie decyzji i stworzenie planu działania na spokojnie, gdy jeszcze nie targają naszym sercem silne emocje. Załóżmy, że bierzesz udział w wypadku samochodowym. Będąc w stanie szoku, raczej nie podejmiesz optymalnych decyzji. Większość Twojej uwagi, pójdzie prawdopodobnie na uspokajanie siebie i gorączkowe myślenie, jak to się mogło stać!

Jeśli jednak przewidzisz taką sytuacje, możesz z góry zdecydować, że w sytuacji wypadku zrobisz po kolei ABCDE. A – wystawisz trójkąt i włączysz światła awaryjne. B – zadzwonisz na policję i do swojego ubezpieczyciela. C – powiadomisz osoby, z którymi się umówiłeś, co się wydarzyło i że Cię nie będzie. Itd. Możesz nawet mieć te rzeczy spisane w formie check-listy, wydrukować ją i wrzucić do auta. A jak wypadek będzie miał miejsce, możesz drżącymi rękami odhaczać wykonanie kolejnych aktywności. Czy nie byłoby wspaniale mieć opracowaną gotową strategie radzenia sobie w podbramkowej sytuacji, zamiast gorączkowego kombinowania „Co robić?!”, gdy Twoje logiczne myślenie nie jest w najlepszej formie?

W podobny sposób pracuje z klientem, który przygotowuje się do ważnego wystąpienia publicznego. Z menadżerem, który zdaje raport z wyników finansowych przed dyrektorami. A nigdy nie jest on tak dobry, jak bossi by chcieli. Z przedsiębiorcą, który występuje na konferencji albo przed inwestorami, prosząc o sypnięcie groszem. Spisujemy razem wszystkie sytuacje, których się mój klient obawia, a potem zastanawiamy się nad 2 rzeczami: jak im zapobiec i jak zareagować, gdy jednak wystąpią? Wypracowanie tych rozwiązań daje niesamowity kojący efekt. Pozwala oswoić trudną sytuacje i nie bać się tak jej wystąpienia.

Premeditatio malorum pozwala też przezwyciężyć hedonistyczną adaptacje, czyli cieszyć się tym co mamy, zamiast wciąż uganiać się za nowym celem. Ale o tym opowiem Ci w kolejnym odcinku podcastu.

Teraz przejdźmy do sposobów zastosowania tej techniki. Jedna z nazw, która przyległa do niej zwłaszcza w literaturze anglojęzycznej to negatywna wizualizacja. Zamiast wyobrażać sobie coś pozytywnego, np. jak osiągasz upragniony cel, wyobrażasz sobie trudności, problemy i komplikacje, a następnie to, jak sobie z nimi poradzisz, gdy wystąpią.

Niektórzy współcześni stoicy zalecają przeprowadzenie premeditatio malorum właśnie w formie wizualizacji, czyli odtwarzania sobie w głowie filmu, z sobą w roli głównej. Przyznam się Ci szczerze i bez bicia, że wizualizacja, to nie moja bajka. Gdy zamykam oczy i próbuje przywołać kolejne obrazy, to w miejscu zadanego wydarzenia, zaczyna mi się pojawiać stek t-bone albo seksowna, roznegliżowana kobieta. Trzecia opcja jest taka, że zasypiam. Tak czy inaczej, nic pożytecznego z moich wizualizacji nie wychodzi. Dużo lepiej myśli mi się słowami niż obrazami.

Jeśli masz podobnie, zachęcam ze skorzystania z innej formy premeditatio malorum, a mianowicie prostej tabelki, z trzema kolumnami. W pierwszej wypisujesz: Co się może w tej sytuacji sp..artolić. Czego się obawiam? Wypisz wszystkie realne zagrożenia, które przychodzą Ci do głowy. Gdy wyrzucisz już z siebie swoje lęki i uwięzisz je na kartce lub w pliku na kompie, przechodzimy do kolumny drugiej. Jak mogę temu zapiec? Może jesteś w stanie całkowicie temu przeciwdziałać lub chociaż zmniejszyć siłę negatywnego rażenia dalej komplikacji. Do każdej problematycznej sytuacji starasz się znaleźć sposoby prewencji. Trzecia kolumna to reagowanie. Jak się zachowam, gdy to już nastąpi?

Żeby łatwiej to było zrozumieć, podam przykład. Załóżmy, że obawiasz się, że podczas Twojego wystąpienia przed ważną dla Ciebie publicznością w którymś momencie się zatniesz. Zapisujemy więc w pierwszej kolumnie: pustka w głowie. Co możemy wpisać w drugiej kolumnie – zapobieganie? Np. przygotuje sobie dobre notatki, na jednej kartce A4 umieszcze słowa klucze, na podstawie których będę wiedział / wiedziała, co mówić dalej. Albo wrzucę sobie do prezentacji w Power Point notatki, które będę widzieć w widoku prezentera. No dobra, coś mamy. A co z trzecią kolumną, reagowanie? Jak się zachować, jak już zawiecha nastąpi? Warto zadać publiczności pytanie, np. „Co sądzicie o tym, co przed chwilą powiedziałem / powiedziałam? Zgadzacie się ze mną? Zastanówcie się chwilę i dajcie mi znać”. Nie ważne o czym mówiliśmy wcześniej na 99% to pytanie będzie pasowało. Nawet jeśli publiczność nie do końca wie, na czym na się zastanawiać, najważniejsze że przez chwile zajmie się sobą i swoimi myślami, zamiast wpatrywać się w mówcę. A prezenter kupił sobie w ten sposób 20 sekund, by wziąć kilka głębszych oddechów, podejść do kartki z notatki i przypomnieć sobie, co ma do powiedzenia.

Jeśli opracujesz sobie w podobny sposób każdą swoją obawę, dużo mniej się będziesz stresować, bo wiesz, że nawet w razie wystąpienia danego problemu, wiesz co robić.

Ostatnia ciekawa forma premeditatio malorum to rozrysowanie drzewka decyzyjnego. Załóżmy, że czeka kupiłeś / kupiłaś mieszkanie i czeka Cię remont mieszkania. Wiem coś o tym, właśnie to przerabiam. Nie wiesz do końca, czy pod tapetami na ścianach jest tynk, czy goły beton. Nie wiesz do końca w jakim stanie jest instalacja elektryczna i czy trzeba będzie ją wymieniać. Chcesz się jednak przygotować na ten gorszy scenariusz. Bierzesz kartkę i na górze rysujesz kwadrat, wpisując w niego remont mieszkania. Od kwadratu rysujesz linie w dół i w kolejnym kwadracie zapisujesz pytanie: czy instalacja elektryczna jest ok? Jeśli tak, to temat zamknięty, jeśli nie – to co w tej sytuacji zrobisz. Np. zadzwonię do kumpla Heńka, który się na tym zna. Jeśli Heniek będzie dostępny to git! A jeśli Heńka, mimo tego że elektryka prąd nie tyka, energia jednak tak popieściła, że nie może już pracować? To wstawię post na fejscie i poproszę o rekomendacje dobrego elektryka znajomych. Itd. Zdaje sobie sprawę, że opisywanie graficznych schematów w podkaście ma umiarkowy sens, ale podejrzewam, że już wiesz o co kaman.

Rozpisując sobie pełen taki algorytm zachowania: jeśli TAK to X, jeśli NIE to Y, jesteś w stanie przygotować się na wiele różnych nieprzyjemności. Nie na wszystkie oczywiście, ale na wiele.

Podsumujmy tą część podcastu błyskotliwą sentencją:

Rozmyślaj nad potencjalnymi przeciwnościami, by móc je powitać z otwartymi ramionami.

Myśląc o potencjalnych komplikacjach, możemy się na nie psychicznie przygotować. Jeszcze lepiej będzie odczuć je na własnej skórze i przekonać się czy taki diabeł straszny jak go malują. Do tego posłuży nam druga ze stoickich technik zwana treningiem dobrowolnego dyskomfortu albo treningiem odporności.

Podobnie jak poprzednio, najpierw opowiem Ci o korzyściach płynących z jej stosowania, potem o przykładach z mojego życia jej stosowania, a na koniec będziesz mieć niezwykłą możliwość wpłynięcia na moje życie.

Trening dobrowolnego dyskomfortu, jak sama nazwa wskazuje, polega na tym, że z własnej woli robimy coś… niecodziennego. Albo pozbawiamy się przyjemności, którą normalnie doświadczaliśmy – np. jedzenia słodyczy, picia alkoholu czy kawy. Albo robimy coś, co jest fizycznie nieprzyjemne (np. kąpiel w lodowatej wodzie) czy trudne emocjonalnie (np. powiedzenie swojej mamie, że jednak nie smakują nam jej ciasteczka i niech ich nam nie przynosi za każdym razem).

Być może wkradła się do Twojego umysłu wątpliwość: „Ale po jaką cholerę mam się tak męczyć! Dość mam już zmartwień, które życie samo mi funduje. A mam jeszcze dokładać kolejne? Przecież to absurd!”

Masz rację. Na pierwszy rzut ucha, tak się może wydawać. Posłuchaj jednak proszę, jakie korzyści ta technika może Ci dać.

Po pierwsze – trening dobrowolnego dyskomfortu zmienia Twój sposób myślenia o tym, co nieprzyjemne. Jako ludzie mamy naturalną tendencję do tego by iść po linii najmniejszego oporu. Uciekać od tego co trudne, męczące i bolesne. Krótkoterminowo ta strategia sprawdza się znakomicie! Zamiast męczyć się z jakimś trudnym zadaniem dziś, lepiej odłożyć je do jutra. Czujesz wtedy natychmiastowe poczucie ulgi. Problem z głowy! Niestety jednak nie na długo. Za chwile ten sam problem może wrócić ze zdwojoną siłą.

Wyobraź sobie, że jadłeś / jadłaś dziś spaghetti. Odkładasz talerz ubrudzony sosem do zlewy. Możesz zmyć go od razu. Ale Ci się nie chce – przecież możesz zrobić to jutro. Jednak gdy zabierzesz się do tego zadania następnego dnia, umycie talerza będzie znacznie trudniejsze, bo sos zmieni się do tego czasu w zaschniętą, obrzydliwą skorupę.

Jerzy Gregorek, polski mistrz w podnoszeniu ciężarów, sformułował ciekawą sentencję.

„Łatwe wybory ­– trudne życie. Trudne wybory – łatwe życie”

Trening dobrowolnego dyskomfortu przyzwyczaja Cię do dokonywania trudnych wyborów. Do robienia rzeczy, których nie lubisz, które są męczące, nieprzyjemne. Prawda jest taka, że przed większością z nich nie uciekniesz. Możesz tylko je odkładać, aż w pewnym momencie spadną na Ciebie jak grom z jasnego nieba, wywołując potężny kryzys. Lub zamiast zamiatać kolejne problemy pod dywan, możesz na bieżąco stawiać im czoło.

Tim Ferris, autor książek i jednego z najpopularniejszych podcastów na świecie, powiedział, że istnieje bardzo duża korelacja między Twoim sukcesem zawodowym i życiowym a ilością trudnych rozmów, które jesteś gotowy / gotowa odbyć. Jeśli nie tchórzysz i mówisz wprost o trudnych rzeczach, mocno przekłada się to na Twoją zdolność realizacji ważnych celów.

Wykonując regularnie nieprzyjemne rzeczy, uodparniasz się na nie. Przestają robić na Tobie wrażenie. Zamiast szukać zadań budzących najmniejszy opór i z premedytacją odkładać te trudniejsze, zaczynasz celowo wybierać te zadania, które stanowią dla Ciebie wyzwanie. Często to ich wykonanie pozwoli w największym stopniu rozhulać Twój biznes czy Twoją karierę.

Po drugie – trenując dobrowolny dyskomfort możesz wzmocnić swoje poczucie własnej wartości. Pokonywanie wewnętrznego lenia, wewnętrznego tchórza i całej gamy innych darmozjadów, które żyją razem z Tobą w Twojej głowie, daje ogromną satysfakcje.

Zamiast wkurzać się na siebie, że znowu nie wykonałeś / wykonałaś tego telefonu, czujesz dumę, że w końcu masz to z głowy. Zamiast myśleć o sobie w kategoriach nieudacznika, lenia czy tchórza, cieszysz się z własnej odwagi i siły woli.

Za każdym razem, gdy wyjdziesz spod lodowatego prysznica, oprócz odtajania skóry poczujesz także przypływ szacunku do siebie, że potrafisz dokonać tego, co trudne.

Po trzecie – regularnie mierząc się z dyskomfortem, uczysz się radzić sobie w każdej sytuacji. Brak udogodnienia przestaje robić na Tobie wrażenie i nie wytrąca Cię z równowagi. Nie ma ciepłej wody? Nie ma problemu – wykąpie się w zimnej, robiłem to już dziesiątki razy. Zepsuł się ekspres do kawy? Spoko – przecież przez ostatni miesiąc nie napiłem się ani łyka, robiąc sobie kofeinowy detoks. Znowu nie ma prądu w domu? Nie ma problemu. Mam to już przećwiczone – książki na tę właśnie sytuację czekają już na półce.

Świadomie rezygnując czasowo z udogodnień współczesnego świata nauczysz się radzić sobie bez nich. Ich brak nie będzie dla Ciebie ani zaskakujący ani szczególnie problematyczny. Z rozbawieniem będziesz przyglądać się osobom, np. w hotelu, którzy przeżywają atak histerii, bo skończyło się mleko do kawy.

No i jak? Udało mi się przekonać Cię, że warto rozpocząć trening dobrowolnego dyskomfortu? Jeśli tak, to porozmawiajmy o tym, jak się do niego zabrać.

Stwórz sobie listę różnych udogodnień i przyjemności z których aktualnie korzystasz. Może to być związane z jedzeniem i piciem: kawa, alkohol, gazowane napoje, słodycze, słone przekąski itd. Pomyśl o sprzętach, z których korzystasz: komputer, telefon, tablet. O sposobach poruszania się: winda, samochód itd.

Pierwszy sposób trenowania dyskomfortu to dzień bez … czegoś. Dzień bez kawy. Dzień bez telefonu. Dzień bez windy. Przez 24 godziny masz bezwzględny zakaz korzystania z tego udogodnienia. Zamiast kawy pijesz wodę. Telefon oddajesz zaufanej osobie, by nie mieć do niego fizycznego dostępu. Zamiast wozić swoje szlachetne cztery litery windą – drałujesz po schodach. Jeśli jesteś ambitny / ambitna możesz z czasem podjąć się większego wyzwania w postaci tygodnia BEZ np. internetu na urlopie albo miesiąca BEZ alkoholu. Zachęcam jednak, by nie porywać się z motyką na słońce i zacząć od stosunkowo prostych rzeczy. Gdy już będziesz mieć pierwsze sukcesy na koncie, wtedy można pomyśleć o wydłużeniu swojej abstynencji.

Drugi rodzaj dobrowolnego dyskomfortu to dołożenie nowej aktywności, która jest niezbyt przyjemna. Np. codzienne rozciąganie się. Na samą myśl już się wzdrygnąłem. To jest bowiem od zawsze moja pięta achillesowa. Gdy robię skłon, z pewnym wysiłkiem jestem w stanie dotknąć dłońmi swoich kolan. Nie żartuję. Dotknięcie palcami stóp jest poza moim zasięgiem. A widząc ludzi, którzy kładą przy skłonie całe dłonie na podłodze, posądzam ich o bycie kosmitami. Ale kończąc ten off-topic: wybierz taką nową aktywność, która jest pożyteczna, a jednocześnie bolesna. Zamiast rozciągania możesz robić pompki, przysiady, brzuszki albo podnosić ciężary. Możesz dołożyć do swojej diety warzywo, które jest zdrowe, ale go nie lubisz. Twoim zadaniem będzie zjedzenie codziennie chociaż jego kawałka. Możliwości są nieograniczone. Czasem jest ich wręcz za dużo i warto wtedy skorzystać ze wsparcia. Ja znajduje się właśnie w tej sytuacji. Mam 3 pomysły na sierpniowy trening dyskomfortu i chcę Cię prosić o pomoc w dokonaniu wyboru.


Opcja pierwsza to miesiąc bez kawy – ani jednej kropelki! Kawę piję codziennie, zazwyczaj 2 razy w ciągu dnia, więc jest to niemałe wyrzeczenie.

Opcja druga to tydzień bez łóżka – przez 7 dni będę spał na podłodze.

Opcja trzy to dzień bez jedzenia – ani jednego gryza przez 24 godziny.

Wraz z publikacją tego odcinka podcastu organizują głosowanie. Która z opcji dostanie najwięcej głosów, z tej skorzystam. Jeśli chcesz móc zadecydować o moim życiu – wyślij mi maila na adres andrzej.bernardyn@gmail.com albo znajdź mnie na fejsie lub linkedinie i wyślij mi wiadomość. Wystarczy, że wpiszesz Andrzej Bernardyn w wyszukiwarce portalu i bez problemu mnie odnajdziesz.

Będzie to też okazja, by nawiązać pomiędzy nami kontakt. Ja mam wielką ochotę dowiedzieć się więcej o Tobie. Jak trafiłeś / trafiłaś na mój podcast? Dlaczego go słuchasz? Jakie tematy odcinków, by Cię interesowały? Mam nadzieję, że to głosowanie nad źródłem mojego następnego cierpienia będzie doskonałym pretekstem do tego, byśmy mogli się poznać.

Podsumowując technikę dobrowolnego dyskomfortu, odpowiem jeszcze na jedną obiekcję. Niektórzy ludzie niewłaściwie interpretują powody do jej praktykowania. Nie chodzi tutaj o umartwianie się w życiu doczesnym, by zasłużyć na lepsze życie po śmierci – jak to ma miejsce w niektórych religiach. Trening dyskomfortu poprawia nasze życie tu i teraz, dostarczając wielu korzyści, o których mówiłem: pomaga nam dokonywać trudnych wyborów, daje poczucie dumy z siebie i odporność psychiczną.

Nie chodzi też o to, by robić sobie trwałą krzywdę. W następnym odcinku nie będę Cię pytał jakim biciem smagać się po plecach ani który palec mam sobie wyłamać. Wręcz przeciwnie – wszystkie te praktyki mają pomagać naszemu ciału i duchowi. Zimne prysznice dają cały wachlarz korzyści – zaczynając od zdrowszej skóry i włosów, przez większą odporność na infekcje, aż do przyspieszenie metabolizmu. Chodzenie po schodach zamiast jechania windą, albo na piechotę zamiast jazdy autem, korzystnie wpłynie na Twoje serce i układ krążenia. Miesięczny detoks organizmu z kofeiny czy alkoholu pozwoli Twojemu organizmowi się oczyścić. Bolesne rozciąganie zwiększy ruchomość Twoich stanów i pozwoli je lepiej odżywić.

Mam nadzieje, że te przykłady przekonały Cię, że stoicy nie należą do tych grup, które lubią okazjonalnie przejechać się po ręce nożem. Trening dobrowolnego dyskomfortu ma być przejawem troski o własne ciało, a przy okazji także sposobem na wzmocnienie siły woli i odporności psychicznej.

Podsumujmy tą część podcastu błyskotliwą sentencją:

Spraw sobie czasem trochę przykrości, by zyskać na psychicznej odporności

Główny temat odcinka, mamy już rozpykany.

Przejdźmy zatem do dwóch kącików tematycznych. Dzisiaj zaczniemy od książkowego.

William B. Irvine jest autorem 7 książek w tym światowego best-sellera A Guide to the Good Life: The Ancient Art of Stoic Joy. Ten hicior nie został niestety przetłumaczony na język polski, ale najnowsza książka Billa już tak. Jest nią: Wyzwanie stoika, jak dzięki filozofii odnaleźć w sobie siłę, spokój i odporność psychiczną.

Głównym motywem książki jest właśnie owo wyzwanie stoika. Cóż to takiego? Oddają głos autorowi książki. „Stając w obliczu problemu, powinniśmy potraktować go jako próbę odporności i zaradności, na którą wystawiają nas wyobrażeni stoiccy bogowie”.

Innymi słowy – gdy wydarzy się w Twoim życiu coś niespodziewanego i nie jest to umówmy się, dycha znaleziona na ulicy – powinniśmy powiedzieć sobie: Aha! Próba się zaczęła! Zobaczymy czy jej sprostam. Brak rezerwacji pokoju w hotelu to nie „jakaś masakra” ani „tragedia” tylko próba naszego charakteru. Jeśli się wkurzymy, załamiemy, damy wyprowadzić z równowagi – punkt zdobywają stoiccy bogowie. Kim są, za chwilkę wyjaśnię. Jeśli jednak wyjdziemy z opresji obronną ręką, bez cienia marudzenia – to my wygrywamy!

William Irving ma dla nas nawet bardziej precyzyjną skale ocen próby. „Ważnym kryterium oceny będzie twoja reakcja emocjonalna na problem. Jeśli przyjmiesz go ze spokojem i opanowaniem, możesz wystawić sobie czwórkę. Samo zachowanie zimnej krwi nie wystarczy jednak na piątkę ani tym bardziej na szóstkę. Żeby zasłużyć na najwyższe stopnie, musisz witać komplikacje życiowe z zadowoleniem i wręcz cieszyć się na nie. Pod tym względem powinieneś przypominać strażaka, który po wieloletnim szkoleniu zostaje wezwany do pożaru. Wreszcie dostaje szansę, żeby się wykazać”.

Taka postawa pozwoli Ci dużo lepiej ukierunkować swoją uwagę i energię – z narzekania i użalania się nad sobą – do szukania konkretnych rozwiązań.

No dobra – możesz sobie pomyśleć – ale o co chodzi z tymi stoickimi bogami. Wiedziałem, że Ci stoicy, to jakaś sekta!

Już spieszę z wyjaśnieniem. Łatwiej będzie Ci wczuć się w sytuacje próby, jeśli przyjmiesz, że ktoś celowo przygotował dla Ciebie te komplikacje, by Cię sprawdzić. Dzięki temu może zdobyć dodatkową motywację do wygrania pojedynku z żartownisiem, który próbował Ci pokrzyżować szyki. Bill wprost pisze w swojej książce, że nie wierzy w istnienie tych bogów, to dla niego forma żartu i gry psychologicznej. Jeśli ten pomysł Ci pasuje to super, skorzystaj z niego. Jeśli nie, masz inne możliwości.

Jeśli tak jak ja, jesteś wierzącą osobą, możesz przyjąć interpretacje, że to Bóg przygotował tę próbę dla Ciebie, jako element treningu. Bóg chce byś cały czas pracował / pracowała nad swoją kreatywnością, opanowaniem i zaradnością. Dlatego co jakiś czas przygotowuje dla Ciebie próby. Bez nich wyjdziesz z formy i zgnuśniejesz.

Jeśli nie wierzysz w Boga, możesz sobie wyobrazić, że wynająłeś / wynajęłaś trenera odporności psychicznej, który pracowicie aranżuje dla Ciebie różne komplikacje i spogląda na Ciebie przez lornetkę, patrząc jak sobie radzisz po napotkaniu przeszkody i robi notatki. Wybierz taki wariant, który Tobie najbardziej odpowiada. Dzięki temu zaczniesz patrzeć na przeciwności losu w zupełnie inny, znacznie korzystniejszy dla siebie sposób.

W tym miejscu mam dla Ciebie nietypową propozycję. Zapraszam do skorzystania z nietuzinkowej usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter na stronie

odlaikadostoika.pl/newsletter/

Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Wysprzątaliśmy już kącik książkowy – zobaczmy, co na nas czeka w drugim – naukowym.

Chce się z Tobą podzielić kilkoma spostrzeżeniami dotyczącymi strefy komfortu. Być może uda Ci się dzięki nim zabłysnąć w towarzystwie przy najbliższym spotkaniu w korporacyjnym wodopoju lub na spotkaniu rodzinnym.

Zacznijmy od tego, jakie są naukowe podstawy fenomenu strefy komfortu. Jedna z hipotez jest taka, że wywodzi się ona z prac Yerkes, R & Dodson, J. - "The Dancing Mouse, A Study in Animal Behavior" 1907. Na podstawie eksperymentów z myszami, sformułowali oni prawo, mówiące o tym, że istnieje optymalny poziom pobudzenia, który pomaga nam wykonywać efektywnie zadania. Jeśli pobudzenie jest zbyt niskie – robimy zadania źle, bo nam się nie chce. Jeśli pobudzenie jest zbyt wysokie, zaczynamy panikować i też nasz poziom wykonania pozostawia wiele do życzenia.

Drugi naukowy trop strefy komfortu to badania Daniela Ellsberga z 1961 nad uncertainty aversion, czyli strachem przed niewiadomą, niepewnością. W swoim eksperymencie Ellsberg dawał ludziom do wyboru 2 urny. W każdej z nich było po 100 kulek. W pierwszej proporcja była fitfi-fifti. 50% szans na wygraną po wyciągnięciu czerwonej kulki, 50% szans na przegraną, jeśli wyjmiesz kulkę czarną. W drugiej nie było określone, ile kulek jest w jakim kolorze.

Jak zachowywali się badani? 70% z nich wybrało pierwszą urnę. Jak widać mało kto ma w sobie żyłkę hazardzisty.

Poznaliśmy już korzenie tej koncepcji, zobaczmy teraz jak ona działa. Warto to wyjaśnić, bo często dochodzi w tej materii do nieporozumień. Pierwsze dotyczy tego, co znajduje się w strefie komfortu? Pewnie myślisz, że jak sama nazwa wskazuje, to co komfortowe, przyjemne. Otóż nie! W strefie komfortu jest wszystko to, co nam znane. Do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Wrzeszczący na nas szef też jest w naszej strefie komfortu, jeśli robi to regularnie. Jedzenie krakersów z keczupem też w niej może się znajdować, jeśli jesteś biednym studentem. To, czego już doświadczyliśmy nas nie zabiło. Nawet jeśli nie było do końca przyjemne. To z kolei daje nam poczucie bezpieczeństwa. Jest jak jest, ale przynajmniej wiem, jak sobie z tym poradzić. To czego nie znam, może być groźne, jeszcze gorsze. Nie będę więc ryzykować i pozostanę przy obecnym partnerze czy pracy, nawet jeśli mnie unieszczęśliwiają. Strach przed nieznanym bierze górę.

Krótko podsumowując pierwsze nieporozumienie: w strefie komfortu nie znajdują się wyłącznie rzeczy przyjemne, tylko te, które są nam znane.

Drugie nieporozumienie: naszym celem nie powinno być wychodzenie ze strefy komfortu, ale jej rozszerzanie. Doświadczając nowych sytuacji, stopniowo się z nimi oswajamy. Pierwsze wystąpienie publiczne może być niezwykle stresujące. Setne wystąpienie na ten sam temat, to będzie już bułka z masłem. Wygłaszając tę setną prezentacje nie wychodzimy poza strefę komfortu, tylko znajdujemy się w nowej dzielnicy miasta Komfortowo. To drapieżne miasto potrafi połknąć sąsiadujące z nim wioski i w ten sposób włączyć je w swój obręb. Tak następuje rozszerzenie strefy komfortu.

Słowo komfort odmienialiśmy już przez różne przypadki przy okazji treningu dobrowolnego dyskomfortu. Czy istnieje jakiś związek między tą stoicką techniką o strefą komfortu? Oczywiście! Odmawianie sobie różnych przyjemności albo inicjowanie trudnych, niekiedy bolesnych aktywności, to właśnie wspaniały sposób na poszerzanie swojej strefy komfortu.

Doświadczymy na własnej skórze, że możemy się obyć bez porannej kawy. Że zostawiając u zaufanego sąsiada telefon na jeden dzień, byliśmy w stanie przeżyć. Że nie korzystając z internetu przez tydzień podczas urlopu, nikt nas nie wyrzucił z pracy, a świata nie opanowali w tym czasie reptilianie. Gdy następnym razem przyjdzie nam się zmierzyć z podobną niedogodnością, już nie dobrowolnie, a przymusowo, będziemy się czuli bezpiecznie, bo nie jest to dla nas nic nowego.

I tego Ci właśnie życzę. Byś zwiększał / zwiększała swoją odporność, dzięki premeditatio malorum, treningowi dobrowolnego dyskomfortu i podjęciu stoickiego wyzwania, opisywanego przez Billa Irvinga.

Do usłyszenia w kolejnym odcinku podcastu, w którym porozmawiamy o szczęściu.

Zanim się pożegnam, krótkie przypomnienie. Odezwij się do mnie proszę mailowo, pisząc na adres Andrzej.bernardyn@gmail.com lub znajdź mnie w social media. Pomóż mi proszę wybrać, jaką formę dyskomfortu mam wybrać w sierpniu: miesiąć bez kawy, tydzień bez łóżka, czy dzień bez jedzenia. Będzie mi bardzo miło, jak przy okazji tego głosowania, będziemy się mogli poznać.

Teraz już, żegna się Andrzej Bernardyn.

 

Podcast Od laika do stoika

[#31] O tym czy warto być stoikiem?  

Głównym tematem odcinka jest poszukiwanie tego, kim jest stoik (stoiczka).

Wokół tego tematu narosło wiele mitów i nieporozumień. Wyjaśniam skąd wzięły się te stereotypy oraz jak naprawdę myśli i zachowuje się stoik.

Na podstawie tych informacji wyrobisz sobie zdanie czy warto zostać stoikiem (stoiczką).

kąciku naukowym opowiadam, czym jest wyuczona bezradność. Co sprawia, że zaczynamy w siebie wątpić? Jak wykorzystując strategię małych kroków oraz umiejętnie formułując cele możemy w nią nie popadać.

kąciku książkowym wyławiam merytoryczne perełki z książki Ryana Holidaya Przeszkoda czy wyzwanie, czyli stoicka sztuka przekuwania problemów w sukcesy. Opowiadam o strategiach, które pozwalają popatrzeć na przeszkody z innej perspektywy, a nawet je docenić.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #31

Cześć. Witaj w podcaście od Laika do stoika, w którym układamy życie na nowo, korzystając ze stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.

Dziś po raz pierwszy wysłuchasz podcastu w nowej, mam nadzieję udoskonalonej formule.

W każdym odcinku skoncentruję się na jednym temacie, omawiając go dokładnie przez kilkadziesiąt minut. Aby było ciekawiej, będę okraszał go metaforami, historiami i stoickimi sentencjami. Pod koniec odcinka zaproszę Cię też do dwóch kącików tematycznych: naukowego i książkowego. W pierwszym zaprezentuje praktyczne wnioski z badań psychologicznych. W drugim, podzielę się z Tobą wrażeniami z książki, którą ostatnio czytałem i wyłowię dla Ciebie kilka merytorycznych perełek.

Po wysłuchaniu dzisiejszego odcinka:

- wyrobisz sobie zdanie czy chcesz być stoikiem lub stoiczką

- dowiesz się czym jest wyuczona bezradność i jak w nią nie popadać

- nauczysz się inaczej patrzeć na przeszkody, które stawia przed Tobą życie

No to zaczynamy!

Przygotowując się do tego odcinka, przeprowadziłem wśród znajomych ankietę, zadając im pytanie: Kim jest stoik? Jakie ma cechy? Jak się zachowuje?

Po cichu liczyłem na pojawienie się krzywdzących stereotypów, z którymi następnie chciałem się brutalnie rozprawić. Okazuje się jednak, że mam zbyt obeznanych, inteligentnych znajomych. Muszę sobie zapamiętać, żeby ich przy następnej okazji wymienić na gorszy model.

Oto, co mi odpowiedzieli. Kasia „Stoik to człowiek analizujący, spokojny, posiadający wiedzę”

Adam, poza tym, że jak zwykle myślał, że pytam nie o stoika o sŁoika, skomentował: „stoik, to taki ktoś, co go nic nie rusza”

Klaudia zaszalała pisząc: „Stoik kieruje sie w zyciu cnotami. A nie maksymalizacja przyjemnosci. Kojarzy mi sie z odpornoscia na porazki, hartem ducha i wytrwaloscia.”

Przemek pokazał swoje poetyckie oblicze, komentując: „Stoik to skalisty brzeg pośród sztormu. Na tyle mi się spodobało to określenie, że ukradłem je do trailera podcastu!”

Maja dodała, że „Stoik to to takie zen, tylko europejskie chyba?

a Mateusz, że:„Stoik to osoba, która akceptuje rzeczywistość taką, jaka jest.

Tylko Mirka wywiązała się jako tako z zadania zdyskredytowania stoika pisząc: „Osoba niepokazująca emocji, z dystansem do wszystkiego, nieco flegmatyczna, nudnawa.

No nic. Jeśli chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam. Oto jak zmieszać stoika z błotem:

W bramce nr 1 mamy: Stoik to osoba wyprana z emocji. Spock ze Star Treka. A najlepiej robot.

Bramka nr 2: Stoik to osoba, której wszystko zwisa i powiewa. Na niczym mu nie zależy. Wszystko jest mu obojętne. Nawet by nie zauważył, jeśli ktoś by go obrabował na ulicy.

Bramka nr 3: Stoik to pustelnik i asceta. Świat go nie interesuje. Gardzi pieniędzmi, wegańskim jedzeniem i w ogóle ludźmi. Najchętniej siedziałby w jaskini, zjadał grzybki i popijał wodę z podziemnego strumienia, oddając się przy tym swoim dziwnym praktykom.

Wybierając dowolną z tych bramek nie ma co się dziwić pytaniom, które nieraz pojawiają się w social media: Kto o zdrowych zmysłach chciałby zostać stoikiem?

Porozmawiajmy zatem chwilę o tych skojarzeniach. Nie są one całkiem wyssane z palca. W każdym z nich znajduje się ziarno prawdy, które obrosło następnie grubą warstwą lepkich domysłów i niezrozumienia.

Zacznijmy od słynnej stoickiej apatii. Jednym z tłumaczeń greckiego słowa pathos, jest uczucie, drugim jest namiętność. Grecka literka a sugeruje brak czegoś. Tak jak w słowie asymetria, czyli brak symetrii. Apatia, w stoickim rozumieniu, nie jest jednak zaleceniem braku jakichkolwiek uczuć, tylko nie ulegania namiętnościom.

To silne emocje, które odbierają nam zdolność do racjonalnego myślenia, są problemem. Zarówno te nieprzyjemne, jak gniew i trwoga, jak i przyjemne – euforia albo poczucie, że mogę wszystko. Będąc pod wpływem… różnych substancji, możemy podjąć fatalne decyzje. Wsiąść do auta i je rozbić. Zdradzić swojego partnera albo powiedzieć coś okrutnego i głupiego. Gdy wyłączamy rozum i działamy na bazie instynktu, wychodzi z nas zwierzę, a może nawet bydle. Działanie po pijaku, na zbaku czy właśnie pod wpływem silnych emocji to dla stoika niemal to samo. Karygodne pozbawienie siebie tego, co czyni z nas ludzi – naszego rozumu.

Stoicy nie mają nic przeciwko łagodnym, nieogłupiającym emocjom. Humor, pogoda ducha, delikatna radość są jak nadmorska bryza w upalny dzień. Dodają życiu smaku i urozmaicają je. Stoik poprzez zmianę sposobu myślenia i regularne ćwiczenia, potrafi utrzymać stabilne, łagodnie radosne samopoczucie przez cały czas. Czyż nie jest to gra warta świeczki?

Zajmijmy się teraz drugi stereotypem, zgodnie z którym, stoik jest chodzącą kukłą, która co prawda je i oddycha, ale do niczego nie dąży, nic ją nie interesuje. Tak sobie po prostu trwa, aż któregoś dnia umiera.

Stoików faktycznie mniej interesują dobra zewnętrzne, takie jak pieniądze, uznanie, najnowszy model iphone’a czy setki lajków pod nowym postem. Wszystkie te elementy podpadają pod kategorię rzeczy niezależnych, czyli takich, które znajdują się poza sferą naszej kontroli. W każdej chwili los lub inni ludzie mogą nam te rzeczy odebrać, dlatego zdaniem stoików, nie ma co budować swojego poczucia szczęścia na tak nietrwałym fundamencie. Mam dużo pieniędzy? To super. Mam ich mniej? Też dobrze. Przez to, że się do nich nie przywiązuje i nie kupuje rzeczy na kredyt, mogę się bez ich obejść. Nie stresuje się tym, że mi nie starczy na drogi styl życia.

Natura, również ludzka, nie zna jednak próżni. Stoicy budują swoje szczęście na skale, tym nadmorskim klifie, o którym już wspominałem. Dzięki temu żadna zawierucha nie jest im w stanie tego szczęścia odebrać. Dużo uwagi poświęcają dobrom wewnętrznym – zbudowaniu wewnętrznej siły charakteru, siły woli, odporności psychicznej, byciu dobrym człowiekiem. O tym, jak to osiągnąć, opowiem w kolejnych odcinkach.

Przejdźmy płynnie do trzeciego stereotypu stoika-odludka i ascety. Te nieliczne osoby, które w ogóle poświęcają stoikom trochę swojej uwagi, wyciągają często następujący wniosek. Skoro stoicy pogardzają mamoną i famem, to pewnie żyją gdzieś w lasach czy jaskiniach, całymi dniami medytując nad życiem i śmiercią. Nic bardziej mylnego! Wielu znanych w historii stoików było bardzo zaangażowanych społecznie. Katon Młodszy walczył z Juliuszem Cezarem w obronie Rzymskiej Republiki do samego końca, ponosząc śmierć w imię republikańskich ideałów. Podobnie Seneka Młodszy najpierw wychowywał cesarza Nerona, potem mu doradzał i zarządzał w jego imieniu imperium. A na koniec, ze stoickim spokojem przyjął wyrok śmierci szalonego tyrana. Marek Aureliusz sam był cesarzem i przez prawie 20 lat wojował z barbarzyńcami, wprowadzał reformy, ratował kraj pogrążony w zarazie i niepokojach społecznych.

Jeśli antyczne przykłady to dla Ciebie zamierzchła historia, sięgnijmy do bardziej nowoczesnych. Jerzy Waszyngton i Tomasz Jefferson, ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych, byli zadeklarowanymi stoikami. Współcześni żołnierze, sportowcy, a także politycy, menadżerowie i biznesmeni też coraz częściej sięgają do stoicyzmu, by lepiej radzić sobie z niepewnością i stresem w swojej pracy.

Chcę Ci przez to pokazać, że stoicy to ludzie czynu, kochający wysiłek i pracę, często na rzecz całej społeczności w której żyją, a nie tylko własnych interesów. Nie jest też tak, że nowy stoicki konwertyta, czyli ktoś kto decyduje się zostać stoikiem, rozdaje cały swój majątek, a ciało wystawia na spalenie. Umiejętnie korzysta z zasobów, które ma, bez rozdawania ich na prawo i lewo. Po prostu mniej się do nich przywiązuje i przez to kiedy trzeba będzie je oddać, robi to bez żalu.

Kończąc rozważania o tym, kim stoik nie jest, wyobraź sobie fanatycznego fana drużyny piłkarskiej, np. Realu Madryt. Załóżmy, że dziś wieczorem jest El Clásico, czyli pojedynek Realu z Barcą rozgrzewający emocje fanów do czerwoności. Odwieczna wojna dwóch najbardziej utytułowanych hiszpańskich klubów. Nasz bohater, nadajmy mu imię Alejandro, przez cały dzień nie może się skoncentrować w pracy. Udaje tylko, że pracuje, bo myślami jest już na zielonej murawie ze swoimi ulubieńcami. Zwalnia się wcześniej pod byle pretekstem, by zająć dobre miejsce w knajpie. Dostaje niemal palpitacji serca, gdy sędzia gwiżdże po raz pierwszy, rozpoczynając mecz. W zależności od tego jakim wynikiem mecz się skończy, Alejandro przez najbliższy tydzień będzie chodził po ulicach Madrytu cały w skowronkach albo będzie powłóczył nogami jak zombiak, złorzecząc Bogu, sędziom albo światu.

Młody Hiszpan nie ma żadnego wpływu na wynik meczu. Zawodnicy Realu, od których rezultat częściowo zależy, nawet nie wiedzą o jego istnieniu. A mimo tego Alejandro oddaje im całkowitą władzę nad swoim samopoczuciem. To doskonały przykład ANTY-STOICKIEJ postawy. Bycia dokładnie na drugim biegunie tego, co robią stoicy.

Stoik po pierwsze dzieli świat na rzeczy zależne i niezależne od niego. Przeprowadza tę linię podziału w każdej dziedzinie życia. Robi co w jego mocy, by jak najlepiej zająć się rzeczami, na które ma wpływ. Z kolei, jeśli coś jest poza jego kontrolą, szczególnie się tym nie ekscytuje. Posłużmy się przykładem, by łatwiej było to zrozumieć. Mieliśmy niedawno w Polsce wybory prezydenckie. Jeden z kandydatów, w drugiej turze, zdecydowanie bardziej odpowiadał mi niż drugi. Co było zależne ode mnie, żeby wygrał mój ulubieniec? Po pierwsze oddałem na niego swój głos. Po drugie delikatnie agitowałem za nim wśród znajomych, którzy rokowali na to, że może zmienią swoje zdanie i zechcą zagłosować tak jak ja. Poza tym nie miałem żadnego wpływu na ostateczny wynik wyborów, dlatego się nim szczególnie nie ekscytowałem. Zrobiłem swoje i spokojnie czekałem na wynik, nie ekscytując się specjalnie cząstkowymi wynikami, które spływały z PKW. Zamiast ciągle sprawdzać medialne doniesienia, wolałem ten czas wykorzystać w bardziej wartościowy dla mnie sposób – na czytanie, pisanie, zabawę z dziećmi i żoną.

Kim w takim razie jest stoik, tak jednym zdaniem?

Dla mnie stoik to człowiek zdyscyplinowany, wolny i niezależny, który podchodzi do życia ze spokojem i pogodą ducha, koncentruje się na tym, co zależne od niego i akceptuje świat takim, jaki jest, nawet jeśli coś nie układa się po jego myśli.

Jeśli chcesz stać się takim właśnie człowiekiem, znajdziesz w tym podcaście wiele wskazówek, jak to osiągnąć.

Wprowadzenie do Kącików

Po zrealizowaniu głównego tematu odcinka przejdźmy do 2 krótkich stałych segmentów podcastu: kącika naukowego i książkowego. W pierwszym będę opisywał znany psychologiczny efekt lub badania i opowiadał o praktycznym zastosowaniu tej wiedzy.

W drugim, zarekomenduję Ci ciekawą książkę, którą niedawno czytałem. Opowiem Ci o kilku wartościowych wnioskach, które wyciągnąłem po jej lekturze.

Przejdźmy zatem do Kącika Naukowego.

Musnęliśmy dzisiaj temat dychotomii kontroli, czyli podziału świata na rzeczy zależne i niezależne od nas. Będziemy do niego jeszcze nieraz wracać, bo znajduje się w samym sercu stoickiej filozofii. Efektem psychologicznym, które kojarzy się z tym tematem jest … wyuczona bezradność (Learned helplessness). Badania nad tym zjawiskiem prowadził Martin Seligman, a później wielu innych badaczy.

Ludzie lubią mieć kontrolę, czuć, że decydują, że potrafią osiągnąć to, na czym im zależy. Jeśli tak nie jest, im poczucie własnej wartości spada, a wraz z nim poczucie satysfakcji z życia. W niektórych wypadkach może się to skończyć depresją.

Badania Stipeka z 1988, pt. Motivation to learning pokazały, że studenci, którym nie udaje się zaliczyć egzaminu, mogą dojść do wniosku że są nieogarami. Są za głupi i nigdy się nie nauczą danego materiału. Dlatego nawet przestają próbować, co skutkuje jeszcze gorszymi wynikami, spadkiem pewności siebie i często wyleceniem ze studiów.

A cały problem zaczyna się w ich głowie od przekonania o własnej niekompetencji.

Jak sobie radzić z tym problemem i nie nauczyć się bezradności? Warto stosować metodę małych kroków. Zaczynać się najprostszej wersji zadania i gdy uda się je rozwiązać, delikatnie podnosić poprzeczkę. W ten sposób nabierzesz przekonania, że jednak jesteś się w stanie tego nauczyć. Jeśli zaczniesz od trudnego zadania i ono Ci nie wyjdzie, to możesz dojść do wniosku, że jesteś na to za głupi albo że to „nie twoja bajka”. I przez to nastawienie, nie poradzisz sobie nawet z prostym zadaniem, które normalnie rozpykałbyś raz dwa.

Jaki wyuczona bezradność ma związek ze stoicyzmem? Już tłumaczę. Wyobraź sobie, że baaardzo ci zależy na czymś, co nie jest w pełni zależne od ciebie. Poderwaniu pięknej dziewczyny lub przystojnego chłopaka. Zdaniu megatrudnego egzaminu na studiach. Sprzedaży twojego produktu. Wkładasz w to całe swoje serducho i kreatywność. Próbujesz na 10 różnych sposobów i nic z tego nie wychodzi. A innym wokół się udaje. Jaki wniosek możesz z tego wyciągnąć? Jestem loserem. Nic mi nie wychodzi, nie warto nawet próbować. O! to jest właśnie esencja wyuczonej bezradności.

Stoicy zalecają, by stawiać sobie realistyczne cele, związane wyłącznie z rzeczami zależnymi od nas. Zamiast: „muszę poderwać tę dziewczynę”, „popracuję nad swoją odwagą – podejdę do niej i zagadam”. To zależy ode mnie. Czy moja twarz, koszulka, ton głosu się jej spodoba – to już nie. Jednak przez mądrze sformułowany cel, nawet jeśli mnie spławi lodowatym tonem, mogę tę próbę uznać za sukces, bo się przełamałem i zagadałem. + 5 punktów do odwagi.

SENTENCJA

Podsumujmy kącik naukowy błyskotliwą sentencją:
By nie dać się zdołować wyuczonej bezradności, celuj w to, co zależne od Ciebie, w każdej sposobności.

KĄCIK KSIĄŻKOWY

W kąciku książkowym polecam Twojej uwadze książkę Ryana Holidaya – Przeszkoda czy wyzwanie, stoicka sztuka przekuwania problemów w sukcesy. 

Nie jest to podręcznik, jak zostać dobrym stoikiem. W ogóle stoicyzm jest w tej książce na tak dalekim planie, że można go w niej nawet nie dostrzec. Ryan ma dla nas za to wiele wartościowych wskazówek o tym, jak lepiej radzić sobie z przeszkodami.

Po pierwsze pokazuje, że potrzebujemy przeszkód. Cytuje Benjamina Franklina, „te rzeczy, które bolą, kształcą”. Lub jak współcześnie mawiają Amerykanie: „no pain, no gain”. Nawet jeśli uda nam się coś zdobyć bez wysiłku, raczej tego nie docenimy. Dlatego dobrze, że boli, bo te właśnie lekcje zapamiętamy.

Po drugie zachęca do właściwej perspektywy. Mówi: „Najważniejsze wcale nie jest to, jakie to są przeszkody, lecz to, jak Ty je postrzegasz, jak na nie reagujesz i czy potrafisz zachować spokój.”

Jak ten spokój zachować, mimo pojawienia się niespodziewanych trudności? Możesz np. zadać sobie ciekawe pytanie: Czy umierasz z tego powodu? Jeśli nie, może nie ma się czym martwić?

Innym rozwiązaniem jest technika dialogu z samym.

„Emocje pokonujemy dzięki logice — tak przynajmniej jest w teorii. Logika to pytania i stwierdzenia. Mając ich wystarczająco dużo, możemy dojść do pierwotnych przyczyn (z którymi zawsze jest dużo łatwiej sobie radzić). Straciliśmy pieniądze. Ale czy taka utrata nie jest czymś normalnym w prowadzeniu działalności gospodarczej? Tak. Czy ta strata jest kolosalna? Nie bardzo. A więc nie jest ona zupełnie nieoczekiwana, prawda? Dlaczego ta sytuacja miałaby być taka zła? Dlaczego tak bardzo się martwisz czymś, co musi się stać, przynajmniej raz na jakiś czas?”

Druga polecana technika to „doradź swojemu przyjacielowi. „Obiektywizm oznacza usunięcie „Ciebie” — elementu subiektywnego — z całego równania. Pomyśl, co się dzieje, gdy dajesz innym rady? Dla Ciebie ich problemy są proste i zrozumiałe, a rozwiązania oczywiste.”

Pomyśl o swoim problemie i wyobraź sobie, że to nie przytrafiło się Tobie. Pisz lub mów do swojego przyjaciela, a dzięki stworzeniu dystansu, może Ci się odkryć proste i skuteczne sposoby rozwiązania problemu.

A jeśli mimo wszystko, nie uda się przekuć przeszkody w szansę, pamiętaj, że jak powiedział miliarder Richard Branson — „okazje biznesowe są jak autobusy; zawsze pojawia się następna”.

Do usłyszenia w kolejnym odcinku, mówił Andrzej Bernardyn

Koniec i początek drogi

Zawsze masz możność żyć szczęśliwie, jeśli pójdziesz dobrą drogą i zechcesz dobrze myśleć.”

Marek Aureliusz
Rozmyślania, V.34

Dziękuję Ci za wspólną drogę, 30 dni przygody ze stoicką filozofią. Na pewien czas potrzebuję ukierunkować swoją uwagę w inne miejsce. Artykuły i podcast jednak wrócą, w zmienionej, mam nadzieję, że na lepsze, formule.

Żeby Cię jednak, drogi Czytelniku, nie zostawiać w środku drogi bez dalszych drogowskazów, w dzisiejszym odcinku zrobię przegląd wartościowych stoickich treści. W ten sposób będziesz wiedział, którędy dalej podążać, zanim wrócę do Ciebie z nowymi odcinkami podcastu.

Zacznijmy od formy audio. Gorąco polecam Twojej uwadze podcast „Ze stoickim spokojem” Tomasza Mazura. Tomasz jest doktorem filozofii, pisarzem i stoikiem praktykującym od co najmniej kilkunastu lat. Opowiada o stoicyzmie z erudycją, sięga do źródeł i porusza tematy w głęboki interesujący sposób. Sam wiele się od niego nauczyłem.

Drugi podcast, już po angielsku, to Daily Stoic Ryana Holidaya. Codzienne, krótkie odcinki z jedną konkretną lekcją. To na nim wzorowałem swój podcast. Nie zżynałem jednak bezczelnie z Ryana, tworząc treść swoich odcinków samodzielnie. Dlatego nie grożą Ci powtórki.

Inna forma, przynajmniej częściowo składająca się z dźwięku, to wideo. Również w tym formacie Ryan Holiday ma wartościowe materiały do zaproponowania – kanał na youtube o tej samej nazwie, co jego podcast czyli Daily Stoic. Znajdziesz tam krótkie, kilkuminutowe lekcje oraz dłuższe fragmenty z wystąpień publicznych Ryana. Ostrzegam, że po angielsku.

Opowiedziałem już co stoickiego warto słuchać i oglądać, teraz przejdźmy do czytania. Na pewnym etapie każdy praktyk lub sympatyk stoicyzmu powinien sięgnąć do źródłowych tekstów. Są nimi: Rozmyślania – Marka Aureliusza, Diatryby – Epikteta oraz różne dzieła Seneki – polecam zacząć od Listów moralnych do Lucyliusza. Jeśli jednak czytanie antycznych tekstów Ci nie do końca się uśmiecha, możesz sięgnąć do ich współczesnych opracować. Na polskim rynku najpełniejszego podsumowania stoickich myśli dokonał Piotr Stankiewicz w książce Sztuka życia według stoików. To ponad 500 stron niezwykle inspirujących, dobrze napisanych treści. Znajdziesz w nim kilkaset cytatów z klasycznych, antycznych stoickich tekstów. Więc do pewnego stopnia, czytając książkę Piotra, czytasz też teksty źródłowe. Dwie pieczenie na jednym ogniu.

Inne książki, które są dobrym wprowadzeniem do stoicyzmu to Przeszkoda czy wyzwanie oraz Ego to twój wróg – obie autorstwa Ryana Holidaya. Znajdziesz w nich wiele interesujących, dobrze opowiedzianych historii, tłumaczących jak współcześni ludzie w praktyce stosują stoicyzm w swoim życiu. Jeśli będziesz miał apetyt na więcej, na trochę bardziej zaawansowane stoickie koncepcje, polecam książki Donalda Robertsona, m.in. How to think like a roman emperor, bardzo ciekawą biografię Marka Aureliusza, która jednocześnie pokazuje jak stoicyzm pozwolił cesarzowi osiągnąć tak wiele, mimo licznych przeciwności losu.

Masz ochotę na więcej stoickiej mądrości?

Zapraszam do zapisania się na Filozoficzny Newsletter

Nie cześciej niż raz na tydzień dostaniesz od nas świeżą porcję materiałów inspirowanych stoicką filozofią – w formie wartościowych artykułów, podcastów i nagrań wideo.

Tuż po dołączeniu do newslettera, dostaniesz wyjątkowy prezent w postaci elegancko wydanego e-booka:

Produkowanie szczęścia

„​Do tego, by żyć szczęśliwie, nie potrzeba wielkiego zasobu środków. Każdy jest w stanie uczynić siebie szczęśliwym.

Seneka Młodszy,
O pocieszeniu do matki Helwii, V.1

Staram się zapewniać swoim dzieciom to, co najlepsze – podobnie jak bohater filmu „W pogoni za szczęściem”. W tym dramacie Will Smith, wciela się w rolę samotnego ojca, który pomimo przeciwności losu, stara się zapewnić godny byt sobie i swojemu synowi. Pogoń za szczęściem to także metafora, ilustrująca dominujący sposób myślenia o szczęściu w kapitalistycznym społeczeństwie. Wedle tej ideologii szczęście znajduje się gdzieś w oderwaniu od nas, w zewnętrznym świecie, a naszym zadaniem jest je odkryć i zdobyć. Czasem, by je osiągnąć, będziemy potrzebowali zdobyć pracę marzeń, innym razem seksownego partnera. Niekiedy niezbędne okaże się wielkie mieszkanie, luksusowy samochód czy wycieczka w egzotyczne miejsce. Na wszelki wypadek warto zdobyć te wszystkie rzeczy na raz. Wtedy szczęście będzie murowane. Czy aby na pewno?

Stoicka wizja szczęścia diametralnie różni się od tej kapitalistycznej. Dla stoika to, czy jesteś szczęśliwy zależy nie od wydarzeń i osiągnięć w zewnętrznym świecie, ale WYŁĄCZNIE od Twojego świata wewnętrznego. Możesz pojechać na 3 miesięczne wakacje all-inclusive, za dnia zwiedzać najpiękniejsze zakątki Ziemi, a wieczorem popijać drinki z palemką w pięciogwiazdkowym hotelu. Nie znajdziesz jednak szczęścia w tym doświadczeniu, jeśli wewnątrz Ciebie panuje rozgardiasz. Możesz uciekać na drugi koniec świata, a i tak Cię dopadną Twoje lęki, żale, wewnętrzne konflikty, rozbuchane pragnienia, poczucie bezsensu i zagubienia. Żadna ilość materialnych zasobów nie wypełni wewnętrznej pustki, która jest w Tobie.

Na szczęście możemy też odwrócić ten sposób myślenia. Jak zauważa Seneka, nie ma znaczenia czy posiadacz wielki czy skromny „zasób środków” – i tak możesz być szczęśliwy, jeśli tylko odpowiednio poukładasz swój sposób myślenia. Dan Gilbert, współczesny amerykański psycholog pracujący na Harvardzie, mówi o 2 rodzajach szczęścia: naturalnym i syntetycznym. Naturalne szczęście występuje wtedy, gdy dostajemy to, czego chcieliśmy z zewnętrznego świata. Syntetyczne szczęście możemy wyprodukować sami, pomimo tego, że los nie obdarował nas tym, na co liczyliśmy. Gdy potrafimy zapomnieć o niespełnionych marzeniach i cieszyć się tym, co mamy.

Jak to zrobić? Jak stać się rzemieślnikiem zdolnym do wyprodukowania swojego szczęścia, bez względu na okoliczności? Poświęciłem temu zagadnieniu 28 wcześniejszych odcinków podcastu. Jeśli jeszcze ich nie słuchałeś, zapraszam by do nich sięgnąć. Spróbuję dziś jednak podsumować 10 wybranych zasad, które Ci w tym pomogą. Oto skonstruowany arbitralnie przeze mnie stoicki dekalog:

1. Dziel świat na rzeczy zależne i niezależne od Ciebie. 

Ignoruj rzeczy niezależne, nie poświęcaj im uwagi, nie fantazjuj o nich. Skoncentruj swoje myśli, plany i działania wyłącznie na rzeczach od Ciebie zależnych. Pracuj nad samodzielnymi celami, czyli takimi, których osiągnięcie zależy tylko od Ciebie.

2. Pamiętaj, że nie wybierasz tego, co Ci się w życiu przytrafia, ale to, jak na to odpowiesz. 

W każdej sytuacji możesz wykazać się mądrością i heroizmem, nawet leżąc w łóżku i dzielnie znosząc chorobę.

3. Każdą przeszkodę traktuj jako wyzwanie.

Szansę na rozwój, by zrobić coś inaczej, czegoś się nauczyć, zdobyć nową perspektywę albo potrenować własną cierpliwość i akceptowanie świata takim, jaki jest.

4. Umiejętnie zarządzaj swoimi pragnieniami.

Nie pragnij rzeczy, które są od Ciebie niezależne, bo wiecznie będziesz na łasce losu i innych ludzi, nigdy nie osiągając wewnętrznego spokoju i szczęścia.

5. Przygotowuj się psychicznie na nadejście różnych nieszczęść. 

Wykonuj ćwiczenie pre-meditatio malorum, czyli przewidywanie złych wydarzeń. Podejmij na spokojnie decyzje, jak się zachowasz, gdy nadejdą i pomyśl, co możesz zrobić, by im przeciwdziałać.

6. Żyj tu i teraz, bo tylko teraźniejszość jest od Ciebie zależna.

Przeszłość już minęła i w żaden sposób na nią nie wpłyniesz. Porzuć więc żale dotyczące złych wyborów i uczynków. Pomyśl o tym, jak możesz dobrze przeżyć ten czas, który jeszcze Ci pozostał.

7. Nie przejmuj się tym co myślą, mówią i robią inni ludzie.

Są to rzeczy od Ciebie niezależne. Skoncentruj się na tym, co dobrego Ty możesz zrobić i wspomagaj radą tych, którzy chcą jej słuchać.

8. Bądź wierny sobie i swoim zasadom.

Nie szukaj potwierdzenia słuszności swojej drogi na zewnątrz. Kieruj się wewnętrznym kompasem, swoimi kluczowymi wartościami.

9. Panuj nad sobą i swoimi emocjami. 

Emocje nie są żywiołem, który porywa Cię jak lawina i nie masz wpływu na to, co się z Tobą dzieje pod ich wpływem. Co prawda nie kontrolujemy swojej pierwszej, szybciej reakcji (gniewu, smutku, lęku) na wydarzenie z zewnętrznego świata. Możemy jednak przy pomocy swoich myśli się zatrzymać, zmienić początkową ocenę i odpowiedzieć w sposób znacznie bardziej skuteczny niż podpowiadał nam pierwotny impuls.

10. Buduj właściwe alternatywy.

Albo obecna sytuacja nie jest taka zła i akceptujesz ją bez marudzenia czy utyskiwania, że przecież mogło być lepiej. Albo aktywnie pracujesz nad jej zmianą, wykonując konkretne działania.

Nawet jeśli zastosujesz tylko cześć z tych zasad Twoje szczęście stanie się bardziej wewnątrzsterowne. To Ty, a nie zewnętrzny świat, będziesz o nim decydować. Czego Ci serdecznie życzę

Masz ochotę na więcej stoickiej mądrości?

Zapraszam do zapisania się na Filozoficzny Newsletter

Nie cześciej niż raz na tydzień dostaniesz od nas świeżą porcję materiałów inspirowanych stoicką filozofią – w formie wartościowych artykułów, podcastów i nagrań wideo.

Tuż po dołączeniu do newslettera, dostaniesz wyjątkowy prezent w postaci elegancko wydanego e-booka:

menu