Kurs Stoicyzmu LOGO

Podcast Od laika do stoika

Głównym tematem odcinka jest szczęście. 

Korzystając ze współczesnych badań psychologicznych i historii z życia wziętych, pokazuje dlaczego pieniądze i sława nie tylko szczęścia nie gwarantują, ale często je wręcz uniemożliwiają.

Podpowiadam, jak samemu siebie, po stoicku, uczynić szczęśliwym, dzięki zdobyciu odporności i radości z życia.

kąciku naukowym prezentuję wyniki najdłuższego w historii świata badania nad szczęściem The Harvard Study of adult development. Dzięki niemu dowiesz się, jaki jeden aspekt życia w największym stopniu przyczynia się do naszego poczucia szczęścia i utrzymania dobrego zdrowia do późnej starości.

kąciku książkowym wyławiam merytoryczne perełki z książki Williama B. Irvine'a A Guide to the Good Life: The Ancient Art of Stoic Joy . Opowiadam o tym, jak radzić sobie ze zniewagami. Jak zamawiam denerwować się krytyką, znosić ją ze spokojem i uśmiechem na ustach.

Zapraszam do wysłuchania podcastu:

MAM DLA CIEBIE NIECODZIENNĄ PROPOZYCJĘ  : - )

Zapraszam do skorzystania z usługi delegowania czytania. Ja przeczytam za Ciebie książkę i zrobię z niej dla Ciebie szczegółowe notatki. Ty zaoszczędzisz swój cenny czas, zapoznając się wyłącznie z esencją książki. Usługa jest bezpłatna, ma jednak dwa haczyki:

1) ja wybieram książki, które czytam i opracowuję
2) ja określam, co w książce jest najważniejsze - nie daję gwarancji, że też uznasz to za istotne lub nie pominę czegoś, co byłoby znaczące dla Ciebie

Jeśli taki układ Ci odpowiada - zapisz się proszę na mój newsletter. Wraz z informacją o publikacji nowego odcinka podcastu, dostaniesz również bonus w postaci esencji z książki.

Transkrypcja

Nie masz warunków, by posłuchać podcastu? Wolisz przeskanować wzrokiem zawartość i wybrać dla siebie najbardziej smakowite kąski? Nie ma problemu! Kliknij poniżej, by rozwinąć transkrypcję odcinka.

Transkrypcja odcinka OLDS #33

Chcesz czuć szczęście niemal każdego dnia Twojego życia? Bez zażywania dragów, bez zapisywania się do sekciarskiej organizacji i bez względu na okoliczności? Jeśli tak, zapraszam do wysłuchania tego odcinka!

Nazywam się Andrzej Bernardyn. Jestem trenerem biznesu z nurtu evidence based, ekspertem od rozwijania nawyków i praktykującym stoikiem. A to mój podcast Od laika do stoika, w którym pokazuję, jak możesz żyć inaczej. Jak zamiast wypruwać sobie żyły w pogoni za sukcesem, cieszyć się życiem tu i teraz, korzystając z mądrości stoickiej filozofii i współczesnej psychologii.

Dzisiaj porozmawiamy o szczęściu. Być może będzie to dla Ciebie zaskakujące lub nawet nie dasz wiary moim słowom, ale istnieje prosty przepis na szczęśliwe życie. Dzisiaj Ci go zdradzę.

Najpierw opowiem Ci o tym, jak to możliwe, że nikt wcześniej Ci go nie zdradził. Potem pokażę Ci za czym większość współczesnych ludzi się ugania i dlaczego nie znajdują w tym szczęścia. Na koniec zdradzę, na czym według stoików polega szczęście i jak je uzyskać.

W kąciku książkowym wyłowię dla Ciebie kilka merytorycznych perełek z książki Williama Irvine’a The Guild to a Good Life, a w kąciku naukowych opowiem o najdłuższym badaniu naukowym nad szczęściem.

Rozkład jazdy już podany, no to ruszamy!

Niewiedza to nieszczęście

Amerykanie mają powiedzenie Ignorance is bliss, czyli niewiedza to błogosławieństwo. Czasem pewnie tak jest. Uważam jednak, że w większości przypadków jest odwrotnie - niewiedza to nieszczęście.

Zacznijmy od dowodu anegdotycznego z mojego życia, a dokładniej grejpfruta.

Podejrzewam, że znasz jego smak. Jak go opiszesz?

Ja przez większość swojego życia użyłbym dwóch określeń: gorzki i obrzydliwy. Teraz jednak jest to mój trzeci ulubiony owoc, zaraz po bananie i wiśni. Czemu grejpfrut zawdzięcza taki spektakularny awans w rankingu? Okazało się, że przez 27 lat jadłem go w niewłaściwy sposób.

Być może się zastanawiasz, jak on mógł źle jeść grejpfruta? Zżerał go razem ze skórką czy co? Otóż nie! Moi rodzice przekrajani owoc na dwie połówki i posypywali go cukrem. A potem wcinali łyżeczką. Nie mając innych wzorców – robiłem tak samo. Cukier tylko chrzęścił w zębach, ale niewiele zmieniał smak gorzkiego paskudztwa. To był ten zły sposób.

Poznanie dobrego sposobu zawdzięczam swojej żonie. Marta pokazała mi, że grejpfrutowa gorycz tkwi w białej skórce w środku owocu. I jak się zdejmie tą osłonkę, to sam miąższ jest przepyszny.

Przez 27 lat swojego życia źle jadłem grejpfruty. Sam siebie unieszczęśliwiałem, nie wiedząc, że można lepiej.

Zdaniem stoików z naszym życiem jest bardzo podobnie. Nieumiejętnie z niego korzystamy. Większość cierpienia, które doświadczamy, sami na siebie sprowadzamy. I jeśli tylko nauczymy się lepiej zarządzać swoimi myślami, pragnieniami i emocjami, ściągniemy z życia tę gorzką osłonkę i będziemy bardziej cieszyć się jego smakowitą zawartością.

Fura, skóra i zgrabna figura

Większość współczesnych ludzi ugania się za dwoma rzeczami: bogactwem i sławą. Chcemy mieć szmalu jak lodu i równie dużo INSTAwielbicieli. Zdaniem stoików pragnąc bogactwa i sławy, przegrywamy w grze o własne szczęście już na starcie. Zanim się jeszcze rozpoczęła. I to bez względu czy uda Ci się zdobyć majątek czy uznanie otoczenia.

Zacznijmy od pieniędzy.

Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają. Niektórzy dodają do tego, że może i tak, ale lepiej płakać w ferrari niż w maluchu. To jak to jest z tym związkiem między zarobkami a szczęściem?

Naukowcy też się tym tematem zajęli. Oto, co ustalili. W 2010 roku Daniel Kahneman and Angus Deaton opublikowali artykuł o tytule: High income improves evaluation of life but not emotional well-being, czyli wysokie zarobki poprawiają ocenę życia, ale nie dobrostan emocjonalny. Na podstawie swoich badań odkryli, że najbiedniejsi ludzie w Stanach Zjednoczonych często są nieszczęśliwi. Jeśli dostaną więcej pieniędzy, ich poczucie szczęścia wzrośnie. Do pewnego momentu. Po przekroczeniu progu 75 tysięcy dolarów rocznie, czyli ok. 6 tysięcy dolarów miesięcznie, wyższe zarobki nie przekładają się już w żaden sposób na poczucie szczęścia.

Ma to sens. Jeśli ktoś jest biedny i ledwo wiąże koniec z końcem, często będzie doświadczać negatywnych emocji, które mocno utrudniają mu cieszenie się życiem. Jeśli ktoś się zastanawia za co kupi jedzenie dla dzieci albo jak spłaci kolejną ratę kredytu, by bank nie zabrał mu domu – dodatkowe pieniądze realnie rozwiążą jego problemy i zwiększą szczęście.

Jeśli jednak pieniędzy Ci nie brakuje, nie musisz ciągle się o nie martwić, to czy zarabiasz 6 tysięcy miesięcznie, 16 tysięcy czy 60 tysięcy, przestaje decydować o Twoim szczęściu.

Mam dla Ciebie jeszcze ciekawsze badanie, przeprowadzone w 1978 roku przez Philipa Brickmana i Ronnie Janoff-Bulman, Lottery Winners and Accident Victims: Is Happiness Relative? Zwycięzcy loterii i ofiary wypadków: Czy szczęście jest względne?

Badacze przebadali 27 zwycięzców lotto. Okazało się, że wygrana ogromnej fortuny nie wpłynęła w znaczący sposób na ich szczęście. Dlaczego? Kontrast pomiędzy uczuciem euforii, gdy dowiedzieli się o wygranej sprawił, że trudno było im się cieszyć ze zwykłych, codziennych przyjemności. Z kolei nowe przyjemności szybko przestały ich cieszyć, w wyniku hedonistycznej adaptacji (habituacji), czyli efektu przyzwyczajenia się – traktowania doświadczenia jako czegoś zwyczajnego. Po mniej więcej roku od wygranej, zwycięzcy loterii byli tak samo szczęśliwi, jak przed złożeniem losu w kolekturze.

Podobnie z drugą grupą badanych, którzy w wyniku wypadku zostali sparaliżowani i skończyli na wózku inwalidzkim. Po początkowym szoku i drastycznym obniżeniu poczucia szczęścia, przyzwyczaili się do nowej rzeczywistości i byli tak samo szczęśliwi, jak przed wypadkiem.

Jak widzisz, a dokładniej słyszysz, pieniądze szczęścia w żaden sposób nie gwarantują. A mogą mu też wprost szkodzić. Zaraz wyjaśnię w jaki sposób.

Dodam tylko na marginesie, że stoicy nie mieli nic przeciwko zarabianiu pieniędzy czy ich posiadaniu. Gromadzenie oszczędności, jest wręcz zalecane, jako jeden ze sposobów na zwiększenie swojej odporności względem zewnętrznych wydarzeń. Problem tkwi nie w pieniądzach, a w naszym przywiązaniu się do nich oraz sposobie w jaki je wydajemy.

Wielu ludzi chce dużo zarabiać, by móc sfinansować luksusowy styl życia. Super chatę, wypasioną furę, markowe ciuchy, żarcie z topowych restauracji. A przyzwyczajenie się do luksusu to już prosta droga do nieszczęścia. Stoicy nazywają wręcz życie w luksusie chorobą duszy i uważają ją za dużo gorszą niż choroba ciała.

Z pewnością kojarzysz zblazowanych bogaczy, którym nic się nie podoba. Robią awanturę o najmniejsze niedociągnięcie. Głośno komentują swoje niezadowolenie, robią wręcz z tego show. Siadają w sfoszonej pozie, krzycząc z manierą: Kelner! Co to ma znaczyć! Moja zupa nie jest wystarczająco ciepła. Proszę mi natychmiast przynieść nową!

Są wręcz dumni z tego, jak trudno ich zadowolić. Na spotkaniach z innymi bogaczami, prześcigają się w wyliczeniu tego, jak ostatnio zostali źle potraktowani lub jak niekompetentni byli ludzie, którzy ich obsługiwali.

Być może uzyskują w ten sposób dodatkowe punkty do wyrafinowania i mogą nadąć swoje ego jeszcze bardziej, jednak tracą coś dużo cenniejszego. Żadna z codziennych, zwykłych przyjemności nie sprawia im już frajdy. Albo coś jest najlepsze albo jest do niczego. A rzadko kiedy bywa najlepsze. Dlatego większość życia przeżywają frustrując się i narzekając, mimo że opływają w luksusach.

Problem ten dotyczy nie tylko najzamożniejszych. Razem z moją żoną Martą i moimi dwoma przyjaciółmi, Tomkiem i Mateuszem, chodzimy do escape roomów średnio raz w miesiącu. Na początku każdy pokój z zagadkami był dla nas ekscytujący. Nawet jeśli nie wyglądał pięknie i nie miał superzaawansowanej technologii. Któregoś razu wpadłem na fatalny pomysł, by wejść na stronę lockme.pl i wyszukać tych pokojów, które były najwyżej w rankingu. Poszliśmy potem do najlepszych pokojów, zdaniem podobnych do nas escaperoomerów. Te z najwyższej półki szybko się skończyły i byliśmy zmuszeni wrócić do tych ze średniej. Nawet jeśli pokój był bardzo w porządku, to niesmak pozostawał. Bo nie było tak fajnie jak W lochach króla Artura czy Obłędzie. Pokój, który początkowo by nas oczarował, stawał się przeciętny i nieco rozczarowujący, przez kontrast z tymi najwypaśniejszymi. Sami sobie zgotowaliśmy ten los, zażywając luksusu.

Problemów z luksusem jest znacznie więcej. Jednym z nich jest to, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a to z kolei prowadzi do wiecznego głodu, którego nie da się zaspokoić. Moim pierwszym autem był złoty punciak, którego kupiłem za 9 tysięcy złotych ze stypendium ministra. Z wyposażenia nie miał nic, poza wspomaganiem kierownicy i immobilizerem. Nawet szybki były na korbkę. Za to nic się w nim nie psuło, przez brak elektroniki i służył mi dzielnie. Do momentu, kiedy nie rozbiłem go w wyniku zderzenia czołowego z innym pojazdem, ale to historia na inny odcinek podcastu. Moim kolejnym autem był Renault Modus, kupiony za ok. 17 tys złotych, czyli dwa razy więcej niż punciak. Modus miał już znacznie więcej bajerów. Elektryczne szyby i lusterka, centralny zamek, klimę. No żyć, nie umierać! Renault było o kilka klas wyżej niż moja złota strzała. Przyszedł jednak czas, gdy moje zarobki z prowadzenia szkoleń były na stabilnym wysokim poziomie i mogłem sobie pozwolić, by wziąć samochód w wynajmie długoterminowym. Czyli takim leasingu, w którym co miesiąc się płaci pewną sumę. Różnica jest taka, że w leasingu trzeba spłacać do końca, aż się staje właścicielem auta, a w wynajmie biorę umowę na 2-3 lata, oddaje auto i nie muszę szukać na niego kupca. Po długiej rozkminie zdecydowałem się na toyotę C-HR, która miała, z mojej perspektywy, wszystko. Automat, aktywny tempomat, hybrydowy silnik, wspomaganie kontroli trakcji, dzięki któremu auto samo skręca na zakrętach. Boskie narzędzie pracy dla trenera, który rocznie robi ok. 50 tysięcy kilometrów po całej Polsce. Wartość tej wypasionej fury to ok 100 tysięcy złotych. Po tym, jak mi się skończy umowa wynajmu, będę potrzebował znaleźć nowe auto. Już zobaczyłem w pojazdach znajomych bajery, których w mojej toyocie brakuje. Lusterka się same nie składają, gdy wyłączę silnik. Jak podejdę z kluczykiem w kieszeni, to auto się nie otworzy samo, gdy pociągnę za klamkę. W bagażniku nie ma pstryczka-elektryczka, którym mógłbym go otwierać i zamykać. Nagle samochód, który był spełnieniem moich marzeń, stał się oczywistością, do tego mocno wybrakowaną.

Tak właśnie kusi nas luksus. Zaczyna się niewinnie, początkowo dokonujemy niewielkich zmian, razem ze wzrostem naszych zarobków. Ale jak już raz wejdziemy na drogę dążenia do luksusu, bardzo trudno z niej zawrócić. A jak życiowa sytuacja zmusi nas do tego, to cierpimy podwójnie. Po pierwsze dlatego, że nie mamy już tego, co potraktowaliśmy jako normę. Po drugie musimy korzystać z gorszej wersji, cały czas narzekając, że nie jest tak dobra, jak wersja premium.

Z byciem bogatym wiąże się cała masa innych problemów, zwłaszcza jeśli dorobisz się fortuny w krótkim czasie. Tracisz przyjaciół i znajomych, którzy lubili z Tobą spędzać czas, ze względu na to, jakim jesteś człowiekiem. Dostajesz w zamian lizusów lub roszczeniowców, którzy ustawiają się do ciebie w kolejce jak do bankomatu.

Pojawiają się problemy, których istnienia nawet nie podejrzewałeś. Decyzje do podjęcia, dotyczące tego, jak zainwestować swoje pieniądze. Ryzyko włamania, kradzieży czy nawet uprowadzenia dziecka dla okupu. Pieniądze być może rozwiązują niektóre problemy, ale dokładają wiele innych.

Aby zgromadzić pokaźny majątek, trzeba zazwyczaj na niego ciężko zapracować. I nie mówię tutaj o pracy 8 godzin od poniedziałku do piątku. Ale o tyraniu po 80-100 godzin tygodniowo. Podejmowaniu wielu ryzykownych, bolesnych decyzji. Zaniedbywaniu potrzeb swoich i swojej rodziny.

Jak elokwentnie powiedział Jose Mujica, były prezydent Urugwaju:

Kiedy coś kupujesz, nie płacisz za to pieniędzmi! Płacisz godzinami swojego życia, które poświęciłeś, by na to zarobić.”

Czy kupienie zegarka za 50 000 zł zamiast tego za 500 zł jest faktycznie warte miesiąca czy choćby tygodnia życia dobrze zarabiającej osoby? Czy nabycie wielkiego, 300 metrowego domu z basenem za 2 miliony zł aż tak poprawi jakość życia w stosunku do 80 metrowego mieszkania? Warto oddać za nie kilka najlepszych, najbardziej produktywnych lat?

Zarówno stoicy jak i współcześni naukowcy mówią stanowcze nie! Jak napisał Marek Aureliusz w swoich Rozmyślaniach, to nie ubóstwo nas nęka, tylko pragnienie bogactwa.

Jakie praktyczne wnioski, możemy wyciągnąć z tych rozważań nad bogactwem?

Po pierwsze zadbaj o to, by mieć za co godnie żyć. By nie trzeba było się zastanawiać, za co zapłacić rachunki czy kredyt.

Po drugie – mądrze zarządzaj swoimi pragnieniami. Nie popadnij w chorobę duszy, czyli życie w luksusie. Dużo lepiej niż mieć Ferrari, jest tego Ferrari w ogóle nie pragnąć. Bo po jeżdżeniu Ferrari bezpowrotnie stracisz możliwość czerpania przyjemności z jazdy mniej wypasionymi furami. Nie mówiąc już, że koszt ubezpieczenia i napraw też przysporzy Ci nie lada zmartwień. Każda ryska na Twoim cudownym wozie będzie źródłem stresu, a strach przed kradzieżą, będzie Ci stale towarzyszył.

Po trzecie – gromadź oszczędności. Warto mieć pieniądze i użyć ich, gdy stoiccy bogowie albo los ześle na Ciebie komplikacje i problemy. Możliwość skorzystania z prywatnej służby zdrowia, zamiast czekania roku na zabieg, może uratować Ci zdrowie, a nawet życie.

Po czwarte – z zarobkami jest jak z rozmiarem buta. Jeśli but jest zbyt mały, będzie Cię cisnął i unieszczęśliwiał. Nie znaczy to jednak, że im większy rozmiar buta, tym lepiej. Zbyt duże obuwie sprawi, że buty co chwile będą Ci zlatywać i będą generować zupełnie inny zestaw problemów. Każdy z nas ma właściwy dla siebie rozmiar buta i właściwą, umiarkowaną wysokość zarobków. Za dużo to też niedobrze. 

 

Rozpracowaliśmy już związek pieniędzy ze szczęściem. Przejdźmy teraz do drugiego obiektu pożądania wielu współczesnych ludzi – do sławy. Sławę rozumiem tutaj bardzo szeroko, jako uznanie i akceptacje w oczach innych ludzi. Nie chodzi więc tylko o bycie celebrytą, setki tysięcy followersów w mediach społecznościowych czy bycie autorem książki z tysiącami pięciogwiazdkowych recenzji. Tego nie każdy pragnie.

Natomiast potrzeba bycia ważnym i szanowanym, choćby w lokalnej społeczności czy gronie znajomych, to już coś dużo bardziej powszechnego.

Dlaczego dążenie do zdobycia i utrzymania sławy to kiepski przepis na szczęście? Jest ku temu wiele powodów.

Po pierwsze – bycie popularnym jest czymś w dużej mierze niezależnym od Ciebie i Twoich starań. Możesz inwestować mnóstwo czasu i energii w tworzenie wartościowych treści i ich promocje, ale jeśli nie będziesz mieć szczęścia, mało kto je zobaczy. Zostanie sławnym częściej jest wynikiem działania przypadku niż zasługi. Wielu ludzi, którzy zasługiwało na bycie sławnymi, nimi nie zostało. Przypomnij sobie chociażby malarzy, których dzieła są teraz sprzedawane za miliony dolarów, a za życia nikt nie chciał ich kupić. Z drugiej strony mamy ludzi, którzy są sławni, ale bynajmniej na uwagę nie zasługują. Różnej maści celebrytów, którzy są znani wyłącznie z tego, że są znani.

Staranie się o zostanie sławnym jest jak kupowanie biletu na loterii. Chętnych na wygraną jest bardzo wielu, zwycięża jeden na milion.

Po drugie – Tak jak „łaska pańska na pstrym koniu jeździ”, czyli przychylność zamożnych, wysoko postawionych osób jest bardzo niestabilna, podobnie jest z miłością wielbicieli. Jednego dnia mogliby nosić Cię na rękach i zrobić dla Ciebie wszystko. Za tydzień, nie z twojej winy, możesz popaść w ich niełaskę.

Budowanie swojego poczucia szczęścia na tak nietrwałym fundamencie, jest jak stawianie domku z kart na plaży. Wystarczy nieuważne dziecko albo lekki powiew wiatru znad morza, by runął efekt Twojej ciężkiej pracy. I nie jest to też kwestia tego CZY Twoja sława minie lub zamieni się w niesławę, ale KIEDY się to stanie.

Po trzecie – oddawanie władzy nad swoim samopoczuciem w ręce innych ludzi, to delikatnie mówiąc szalony pomysł. Jeśli jeszcze byłyby to spracowane ręce Twojej mamy, która mocno Cię kocha i chce dla Ciebie jak najlepiej – jest szansa, że to wypali.

W przypadku sławy dajesz władzę nad swoim szczęściem ludziom, których nie znasz i wcale nie wszyscy Ci dobrze życzą. Część z nich z wielką satysfakcją popatrzy na Twój upadek. I nawet jeśli ta złośliwa część Twojej publiczności jest niewielka, jej ukąszenie może wystarczyć, by zepsuć Ci dzień. Wystarczy przeczytać wywiady z youtuberami, którzy przestrzegają przed czytaniem komentarzy pod swoimi wideo. Bo nawet jeśli na 100, 99 jest przychylnych, a tylko 1 jest jadowitą krytyką – ten jeden zapamiętają najmocniej i będą o nim długo myśleć. Możesz też obejrzeć, np. na netflixie, film dokumentalny o Taylor Swift pt. Miss America, w którym pokazane jest jak przez krytykę ze strony fanów na wiele miesięcy przestała tworzyć i popadła w depresję.

Po czwarte - jeśli zależy nam na sławie, zamiast być sobą i żyć zgodnie ze swoimi wartościami, zachowujemy się tak, by przypodobać się innym. Tymi innymi może być anonimowe grono wielbicieli, ale równie dobrze jest to grupa naszych rówieśników, kumpli, a może nawet pojedyncze osoby – tata, mama czy teściowa. Jak długo będziesz uzależniać swoje szczęście od ich aprobaty, jesteś na przegranej pozycji. Stoik jest samowystarczalny, jeśli chodzi o swojego szczęście. Od nikogo ani niczego go nie uzależnia.

Zaraz przejdę do tego, jak to szczęście osiągnąć. Chciałem jednak wcześniej Cię trochę pocieszyć. Być może z zazdrością spoglądasz na ludzi, którym się „lepiej powodzi”, czyli zarabiają więcej od Ciebie, są bardziej popularni w środowisku, do którego Ty również należysz. Pamiętaj, że pieniądze i sława nie tylko szczęścia nie gwarantują, ale w wielu sytuacjach je wręcz uniemożliwiają. Zamiast gonić za nimi i rozczarować się po ich zdobyciu, lepiej jest skierować swoją energię w inne miejsce.

Stoicki przepis na szczęście

Uwaga, stoicka sentencja:

Do tego by żyć szczęśliwie nie potrzeba wielkiego zasobu środków. Każdy jest w stanie uczynić siebie szczęśliwym. Seneka

Czego zatem potrzebujemy, by móc samemu uczynić się szczęśliwym, zdaniem stoików? Tylko dwóch rzeczy. Odporności i radości.

Odporności, czyli nieprzejmowania się, gdy życie potoczy się inaczej niż sobie tego wymarzyliśmy. Radości, czyli autentycznego cieszenia z tego, co już mamy.

O tym jak zdobyć tę odporność opowiadałem w poprzednim, 32. odcinku podcastu. Zapraszam do wysłuchania lub przypomnienia go sobie. Dziś dodam kilka nowych elementów.

Zacznijmy od pragnień. Zdaniem stoików mamy pełną kontrolę nad tym, czego pragniemy. To czy uda nam się te pragnienia zaspokoić, to już zupełnie inna para kaloszy. Ale to my decydujemy, czy uznamy daną rzecz za ważną dla nas czy też nie.

Dla stoika dużo większą wartością jest nie pragnięcie ferrari czy innego lamborghini niż jego rzeczywiste posiadanie.

Pragnienie rzeczy niezależnych, takich jak pieniądze i sława, unieszczęśliwia nas na wiele sposobów. Co zatem powinniśmy zrobić? Dokonać przesunięcia przedmiotu starań. Uniezależnienia siebie i swojego szczęścia od dóbr zewnętrznych. Jak to określił Muzoniusz Rufus, jeden z 4 wielkich rzymskich stoików:

„Lepiej ponieść trud wychowania własnych żądz, niż trudzić się, by zdobyć cudzą żonę. Zamiast zabiegać o pieniądz, ćwiczyć się, by niewielu ich potrzebować. Zamiast czynić wysiłki w celu zdobycia sławy, usilnie starać się, by nie być jej żądnym.”

Właściwe zarządzanie pragnieniami to klucz to szczęścia. Jeśli będziesz pragnąć 100 rzeczy, bardzo trudno będzie Ci je wszystkie zdobyć. To z kolei sprawi, że będziesz czuć się nieszczęśliwie, bo tak wielu rzeczy Ci brakuje. Jeśli jednak będzie Ci zależało tylko na 10 rzeczach, znacznie łatwiej będzie Ci posiąść każdą z nich i mieć wszystko, czego potrzebujesz do szczęścia.

Stoicy dokonują też ciekawego podziału na pragnienia naturalne i nienaturalne. Naturalne pragnienie to takie, które da się zaspokoić. Jeśli jesteś głodny i zjesz posiłek – przestajesz czuć głód. Podobnie z pragnieniem – napijesz się wody albo zimnego piwka i problem z głowy. Nienaturalne pragnienia to z kolei takie, których zaspokoić się nie da. Żądza bogactwa nigdy się nie kończy. Podobnie ze sławą. Ciągle chce się więcej, bo apetyt na te rzeczy, rośnie w miarę jedzenie. Powinniśmy więc wystrzegać się jak ognia, nienaturalnych pragnień, bo są one jak czarna dziura, która wyssie całą radość z twojego życia.

Inna stoicka rekomendacja dotycząca odporności, to nie komplikowanie sobie życia na własne życzenie. Weźmy na przykład romans. Mając kochankę żyłbym w ciągłym stresie. Musiałbym inwestować masę czasu w zacieranie śladów mojego pozamałżeńskiego związku, a i tak drżałbym, że żona w końcu się dowie. Z drugiej strony obawiałbym się, że moja kochanka sama któregoś razu powie wszystko mojej żonie. Żadne cielesne uciechy z kochanką, nie zrekompensowałyby mi ciągłego życia w napięciu i obawie, że wszystko się wyda. Nie mówiąc już o poczuciu winy, z zafundowania głębokiej i trwałej krzywdy psychicznej swoim dzieciom.

Możemy uwikłać się nie tylko w romans, ale także w szemrane interesy. Robimy coś nielegalnego, licząc na szybkie wzbogacenie się. I gdy już się nachapaliśmy, chcemy się rakiem wycofać. Ale to nie takie proste. Masz biznesowy partner nie chce nas tak łatwo wypuścić i grozi, że jeśli go zostawimy, złoży anonimowy donos do prokuratury. Bo to my wykonywaliśmy czarną robotę, a on na papierze jest czysty.

Możemy zabrnąć w naszym w życiu w sytuacje bez wyjścia, jak w antycznej tragedii. Każdy wybór prowadzi do katastrofy. Jedyny sposób, by tak marnie nie skończyć, to w ogóle się w te sytuacje nie pakować.

Ostatnia rzecz, do której zachęcę dzisiaj w ramach budowania własnej odporności, to gromadzenie kapitału – finansowego i społecznego. Tak jak wspominałem, warto mieć oszczędności, bo za pieniądze można rozwiązać wiele problemów. Jeśli zamiast podnosić poziom swojego życia i fundować sobie luksusową chorobę duszy, gromadzisz kapitał na czarną godzinę, jest to zdecydowanie dobry pomysł. Nie tylko pieniądze przydają się w trudnych sytuacjach, również ludzie i znajomości mogą okazać się bezcenne. Dlatego warto dla każdego być życzliwym i wspierać go w ramach swoich możliwości. Nigdy nie wiesz, kiedy będzie Ci potrzebna pomoc danego człowieka. 

Wiemy już, jak zwiększyć swoją odporność na życiowe komplikacje. Przyjrzyjmy się teraz drugiemu składnikowi stoickiego szczęścia. Umiejętności cieszenia się z życia.

Jak to jest. Stawiamy sobie ważny dla nas cel, np. napisanie książki, wycieczka do Indii czy kupienie sobie nowego auta. Tak bardzo nam zależy na tym, żeby się to udało. Wkładamy dużo wysiłku i w wyniku ciężkiej pracy, w końcu spełniamy swoje marzenie. Czujemy euforię! Życie jest takie wspaniałe. Moglibyśmy wykrzyknąć: Trwaj chwilo! Jesteś piękna.

A za pół roku? Nawet o tym nie pamiętamy. Osiągnięcie tego wielkiego celu, w żaden sposób nie przełożyło się na trwałe poczucie szczęścia w naszym życiu. Co za to odpowiada?

W psychologii nazywa się ten efekt rozmaicie. Hedonistyczna adaptacja, habituacja, prawo hedonistycznej asymetrii. Wszystko sprowadza się do tego, że bardzo szybko przyzwyczajamy się do nowej zdobyczy i traktujemy ją jako coś oczywistego. Zapominamy o radości, jaką nam początkowo dała. Nasza uwaga sama kieruje się nie w stronę tego, co już mamy, ale tego, czego nam brakuje.

A myśląc w kółko o swoich deficytach, trudno jest być szczęśliwym. Wyobraźmy sobie Anie. Ania ma 25 lat i bardzo przejmuje się swoim wyglądem. Chce być piękna. Stworzyła sobie całą listę swoich niedoskonałości i pełna motywacji rozpoczyna prace nad zmianą swojego wyglądu. Nie podoba jej się oponka na brzuchu. Zaczyna więc chodzić na siłownie, biega jak szalona na bieżni, poci się niemiłosiernie na orbitrekach i po kilku miesiącach jest! Oponka z brzucha zniknęła. Sukces! Czy jednak Ania celebruje zwycięstwo? Nie! Od razu bierze się za kolejny punkt z listy. Jest niezadowolona ze swoich słoniowych ud i obwisłego tyłka. Zaczyna więc wykonywać ćwiczenia na dolne partie mięśni i po kilku miesiącach osiąga zadowalający efekt. Czy Ania już jest szczęśliwa i zadowolona ze swojego wyglądu? Nie, bo ma, według siebie, żółte zęby. Zaczyna więc, koncentrować swoją uwagę na regularnym szczotkowaniu pastą 3D white, żeby mieć olśniewający biały uśmiech.

Najsmutniejsze w tej historii jest to, że jeśli Ania nie poprzestawia kilku rzeczy w swoim sposobie myślenia o swoim ciele i swoich przekonaniach, nigdy nie będzie szczęśliwa. Zawsze czegoś jej będzie brakować. Zamiast cieszyć się z postępów, które dokonała, będzie stale myślała o tym, co jeszcze musi zrobić, by móc uznać się za piękną. A być może nawet po odhaczeniu wszystkiego ze swojej listy, dalej nie będzie ze swojego wyglądu zadowolona.

Jak zatem bardziej cieszyć się z tego, co mamy? Jan Kochanowski ma dla nas podpowiedź:

Ślachetne zdrowie, Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, Aż się zepsujesz.

Innymi słowy, doceniamy zdrowie, dopiero w momencie, gdy je stracimy. Jest tak nie tylko ze zdrowiem. Dwa dni temu byliśmy z rodziną w Ostródzie na Mazurach, na placu zabaw. Moja starsza córka zostawiła na nim swoją ukochaną lalę – Annę z Krainy Lodu. Zorientowała się dopiero, gdy byliśmy w samochodzie wiele kilometrów od placu zabaw. Co było jednak robić – zawróciłem auto, zaparkowałem je w pobliżu placu zabaw i udałem się na poszukiwania. Po przeszukaniu wszystkich huśtawek, zjeżdżalni i karuzeli, wreszcie odnalazłem Annę. Gdy wróciłem z lalą Aria wręcz zawyła z radości. Nigdy, może poza dniem, gdy ją dostała, tak bardzo się nie cieszyła z tego, że ją ma.

W swojej młodości wymyśliłem wraz z przyjaciółmi, że w wakacje pozwiedzamy zamki na Dolnym Śląsku. A jest ich kilkadziesiąt, więc mieliśmy w czym wybierać. Stworzyliśmy listę kilkunastu, które nas najbardziej interesowały.

Skończyło się na trzech i chlaniu w Bolkowie. Była w tym mieście restauracja Basztowa, w której codziennie się stołowaliśmy. Jadło było w niej wyśmienite, trzeba było jednak na nie solidnie zaczekać. 30-40 minut od złożenia zamówienia. Początkowo myśleliśmy, że to wada lokalu. Jednak przez czas oczekiwania zdążyliśmy za każdym razem porządnie zgłodnieć i przez to odczuwaliśmy większą przyjemność z jedzenia pysznych dań.

Tak już działa ludzka psychika, że łatwiej nam docenić wagę czegoś poprzez kontrast. Zimno niekoniecznie jest przyjemne. Ale jeśli jest upalny dzień, to lodowate piwko może być źródłem olbrzymiej satysfakcji. Podobnie z ciepłem – może być przykre. Jeśli jednak spędzimy kilka godzin na mrozie, na którym odmarzną nam uszy, brwi zajdą szronem, a palce zmienią się w sztywne patyki, to rozgrzewające ciepełko będzie szczytem rozkoszy.

Nigdy też nie zapomnę, jak jechaliśmy autobusem do Gdańska na Finały Odysei Umysłu – organizacji, która uczy kreatywności i współpracy w grupie. Jednej z sędzin bardzo chciało się zrobić siku. Ale w naszym autobusie nie było toalety. Nie było się też gdzie zatrzymać. Na twarzy młodej kobiety widać było cierpienie, nasilające się z każdą sikundą, znaczy sekundą. Gdy w końcu zatrzymaliśmy się na parkingu, sędzina wystrzeliła jak z procy, pobiegła w krzaczory i poczuła błogą ulgę. Powiedziała później, że ta ulga była dla niej źródłem większej przyjemności niż seks.

Jak zatem zdaniem stoików powinniśmy postępować, by bardziej cieszyć się swoim życiem?

O powstrzymywaniu się przed sikaniem nic w żadnym ze stoickich pism, nie udało mi się wyczytać i ze względów zdrowotnych tej techniki nie polecam. Jednak już wstrzymanie się z jedzeniem posiłku, do momentu poczucia lekkiego głodu, będzie bardzo rozsądną strategią. Pozwoli nam się nie przejadać, jedząc na okrągło, a także zwiększyć satysfakcje z jedzenia.

Skoro doświadczenie braku, straty pozwala nam lepiej coś docenić, możemy je spreparować. Jedną z technik, która nam w tym pomoże jest specjalna odmiana premeditatio malorum, którą nazywam Ostatnim Razem. Stoicy zalecają np., by gdy całujesz swoje dziecko na dobranoc, wyobrazić sobie, że robisz to ostatni raz – że Twój syn lub córka już się nie obudzą.

Wiem, że brzmi to strasznie i bardzo nieprzyjemnie, ma jednak swój sens. Jeśli na serio wyobrazisz sobie, że możesz stracić bliskie Ci osoby w każdej chwili, istnieje wielka szansa, że zaczniesz traktować ich obecność w swoim życiu, nie jako oczywistość, ale jako wyjątkowy dar, który warto doceniać. Następnego dnia chętniej wyjdziesz ze swoim dzieckiem pobawić się do parku, mając świadomość, że być może to ostatni raz, kiedy możesz to zrobić. Łatwiej będzie Ci znieść fochy dziecka, gdy pomyślisz, że może ostatni raz, widzisz jak się denerwuje, bo przegrał w planszówce.

Gdy będziesz w swojej ulubionej restauracji, też pomyśl o tym, że być może jesz w niej ostatni posiłek. Że nastąpi jakaś katastrofa, jak pandemia koronawirusa, po której restauracja się zamknie i to na amen. Bo właściciel splajtuje i już nigdy jej nie otworzy. Tworząc w głowie taką wizję, zwiększysz intensywność odczuwanej przyjemności z posiłku, który właśnie jesz, nie dopłacając za to ani złotówki.

Inną, choć trochę podobną technikę zaproponował Marek Aureliusz w 7 księdze Rozmyślań: „Z tego, co masz, wybierz to, co najbardziej jest cenne, i pomyśl, z jakim byś trudem się o to starał, gdyby tego nie było.”

Wyobraź sobie, że tracisz zdrowie Ty, Twój partner lub Twoje dziecko. Ile poświęcisz, by je odzyskać? Jak błahe stałyby się codzienne problemy, jak nieistotne starania o zagraniczny wyjazd czy nowsze auto? Pozbawiając się w ramach eksperymentu myślowego czegoś bardzo wartościowego w Twoim życiu, możesz to dużo bardziej docenić.

Zachęcam też do prowadzenia dziennika wdzięczności, w którym codziennie zapisujesz, co dobrego się w Twoim życiu wydarzyło. Za co i komu możesz podziękować. Jeśli nagle zaczniesz się frustrować, że nie dostaniesz czegoś, na czym bardzo Ci zależało, zajrzyj do tego dziennika. Przekonasz się wtedy, że masz 99 innych rzeczy, za które możesz okazać wdzięczność. Wtedy dużo łatwiej będzie Ci nie przejmować się tym drobnym powodzeniem, a cieszyć łaskami, którymi obdarzyło Cię życie.

I tym optymistycznym akcentem, kończymy rozważania nad głównym tematem odcinka i przechodzimy do kącików tematycznych.


Kącik naukowy

The Harvard Study of adult development to prawdopodobnie największy projekt badawczy w historii. Przez 75 lat śledzono życie 724 ludzi, pytając ich o ich prace, życie domowe i zdrowie. Było to bardzo dokładne badanie. Badacze nie ograniczyli się tylko do wysłania kwestionariusza. Rozmawiali z badanymi w ich salonach. Robili im testy krwi, tomografie mózgu, przepytywali ich dzieci. Co wyniknęło z dziesiątek tysięcy stron zebranych informacji?

W skrócie: Dobre relacje czynią nas szczęśliwszymi i zdrowszymi.

Zacytuję teraz bardziej szczegółowe wnioski z raportu:

Odkryliśmy trzy ważne fakty o relacjach międzyludzkich. Po pierwsze, relacje społeczne są dla nas bardzo dobre, a samotność zabija. Okazuje się, że ludzie bardziej związani z rodziną, przyjaciółmi czy społeczeństwem, są szczęśliwsi, fizycznie zdrowsi i żyją dłużej niż ci, którzy nie utrzymują takich kontaktów. Samotność jest toksyczna. Ludzie, którzy są bardziej odizolowani od innych niż by tego chcieli, są mniej szczęśliwi, ich zdrowie pogarsza się wcześniej w wieku średnim, ich funkcje mózgowe szybciej się pogarszają i żyją krócej niż ci, którzy nie są samotni.

Wiemy, że można być samotnym w tłumie i można być samotnym w małżeństwie. Więc drugą ważną lekcją jest to, że nie chodzi tylko o liczbę przyjaciół ani o bycie w stałym związku, ale o jakość bliskich relacji. Okazuję się, że życie w konflikcie źle wpływa na zdrowie. Bardzo konfliktowe małżeństwa, bez wielkiego uczucia, źle wpływają na nasze zdrowie, może nawet gorzej niż rozwód. Życie w dobrym, ciepłym związku jest ochroną.

Trzecim ważnym odkryciem o związkach i zdrowiu jest to, że dobre relacje nie tylko chronią ciało, ale także mózg. Okazuję się, że stabilny związek w wieku 80 lat działa jak ochrona. Ludzie, którzy są w związkach, w których czują, że będąc w potrzebie, mogą polegać na drugiej osobie, dłużej zachowują lepszą pamięć. Ludzie w związkach, w których czują, że nie mogą liczyć na drugą osobę, wcześniejszej tracą pamięć.

Dobre relacje są kluczowe do szczęśliwego życia. Z drugiej strony francuski pisarz i filozof Jean Paul Sartre napisał, że piekło to inni ludzie. O tym, jak budować zdrowe relacje, po stoicku, opowiem w innym odcinku podcastu.

Kącik książkowy

Kącik naukowy wysprzątamy, przejdźmy zatem do ostatniego punktu programu, kącika książkowego.

Dziś chcę Ci polecić książkę A Guide to the Good Life: The Ancient Art of Stoic Joy Williama B. Irvine’a. To kompletny przewodnik o tym, jak żyć szczęśliwie, będąc stoikiem. Teraz zaprezentuje Ci drobny wycinek tej książki, dotyczący tego, jak lepiej radzić sobie ze zniewagami. Trzy konkretne techniki wyjmowania żądła z kąśliwej uwagi.

Po pierwsze – warto się zastanowić, czy osoba wygłaszająca zniewagę, nie mówi przypadkiem prawdy. Jeśli ktoś np. naśmiewa się z Twojej łysiny, a faktycznie jesteś łysy, nie jest to zniewaga, tylko stwierdzenie faktu. Warto popracować nad akceptowaniem różnych swoich niedoskonałości – krzywych zębów, wielkiego nosa, śmiesznego nazwiska, podeszłego wieku. Jeśli pogodzimy się z faktami, nikt nie będzie w stanie nas nimi zranić. Wręcz przeciwnie – my będziemy mogli się z nich śmiać, pokazując dystans do siebie i poczucie humoru.

Po drugie – zastanów się, ile o Tobie wie osoba miotająca obelgę. Czy dobrze Cię zna? Czy może ma wyłącznie informacje z drugiej ręki? Ktoś może powtarzać to, co gdzieś usłyszał albo coś, co źle zrozumiał. Zamiast się obrażać, warto sprostować informacje i powiedzieć, jak jest naprawdę. Że to, co ktoś o nas myśli to fake news.

Po trzecie – zastanów się, kim jest osoba, która Cię krytykuje. Jeśli krytyczne uwagi wyraża ekspert w temacie, zamiast się denerwować, warto mu podziękować, za informacje zwrotną, za którą normalnie ekspert pobiera niemałe wynagrodzenie. Dzięki jego uwagom możemy się czegoś nauczyć, coś poprawić.

Jeśli zaś krytykuje mnie osoba, która ma zupełnie inny zestaw wartości ode mnie, zamiast czuć urazę, powinienem czuć ulgę. Jeśli człowiek uważający, że celem życia jest chlanie, ćpanie i posuwanie pochwalałby moje wybory – wtedy mógłbym się zaniepokoić. Jeśli jednak krytykuje moje decyzje, powinienem to potraktować jako dowód na to, że robię to, co należy.

Jeśli masz ochotę przeczytać więcej wskazówek, które wyłowiłem z tej błyskotliwej książki – wejdź proszę na stronę odlaikadostoika.pl/newsletter i zapisz się na usługę delegowania czytania. Będę Ci wysyłał na maila moje szczegółowe notatki z książek, które czytam.

Na koniec mam dla Ciebie jeszcze jedną atrakcję. Niedługo będę przeprowadzał wywiad z autorem książki, z której dzisiaj wyławiałem merytoryczne perełki. Pomyśl proszę, jakie pytanie chciałbyś zadać profesorowi Irvine’owi? Wyślij je do mnie na adres andrzej.bernardyn@gmail.com albo poprzez media społecznościowe. Obiecuję, że część z pytań do wywiadu będzie pochodziło od moich słuchaczy.

A na dzisiaj to już wszystko. Do usłyszenia w kolejnym odcinku.Żegna się, Andrzej Bernardyn.

[w intro i outro podcastu użyty został utwór fragment utworu the Path of the Golbin King Kevina MacLeoda ]

menu